sobota, 2 kwietnia 2016

Madama Butterfly

Miłość i śmierć
Motywy miłości i śmierci są obecne we wszystkich dziedzinach artystycznej działalności człowieka od sztuk plastycznych poprzez literaturę aż na muzyce skończywszy. Niepodważalna jest także ich nierozerwalność. Pomimo tego iż miłość i śmierć są z gruntu różne, często są ze sobą złączone w dramatycznych losach kochanków. Ta specyficzna symbioza szczególnie uwidoczniła się w przedstawieniach operowych stając się nośnikiem niezwykłych emocji. Nie przesadzę jeśli napiszę, że najbardziej poruszającą i najbardziej znaną, nawet laikom, operą, w której miłość nieuchronnie wiedzie bohaterów do śmierci, jest "Madama Butterfly" Giacomo Pucciniego. 1 kwietnia miałem okazję po raz drugi zobaczyć inscenizację losów młodziutkiej Cio-Cio-San na deskach Opery Krakowskiej. 

Egzotyka Pucciniego
Puccini, nie rezygnując z typowych dla siebie środków artystycznego wyrazu, przenosi akcję swojego dzieła do odległej Japonii. Orientalny koloryt to jednak tylko pretekst do przedstawienia dramatu psychologicznego, w którym to młoda kobieta targana jest sprzecznymi emocjami. Premiera w mediolańskiej La Scali w 1904 roku zakończona porażką i wygwizdaniem utworu skłoniła twórcę do wprowadzenia kilku zmian, sugerowanych już wcześniej przez współpracowników. Tak oto powstało dzieło zajmujące zaszczytne miejsce w repertuarach większości teatrów operowych świata. Sama treść, nie będąca specjalnie skomplikowaną, skupia się na miłości nastoletniej Cio-Cio-San do amerykańskiego oficera Pinkertona oraz jej następstwom wynikającym po części z różnic kulturowych. Z jednej strony bezkresne zakochana kobieta, a z drugiej mężczyzna chcący się trochę zabawić, zażyć egzotyki z dala od domu. To co dla Pinkertona jest zwykłym romansem dla Butterfly jest nie tylko szczerą miłością i spełnieniem marzeń, ale także złamaniem wielowiekowych tradycji, swoistym wstępem do koszmaru. To dla Pinkertona Butterfly przechodzi na katolicyzm za co zostaje przeklęta przez swojego wuja Bonzo. Okazuje się, że miłość nie była tego warta, Pinkerton wyjeżdża, a Cio-Cio-San zostaje sam w Japonii. Towarzyszy jej służąca Suzuki, wkrótce na świecie pojawia się jedyna radość dziewczyny - dziecko będące owocem jej miłości do amerykańskiego oficera. Lata mijają, Butterfly czeka cierpiąc biedę, kiedy w końcu do portu w Nagasaki przybija statek Pinkertona dziewczyna nie może powstrzymać radości. Jednak nie szczęście i spełnienie przynosi ze sobą Pinkerton, a smutek i śmierć.

Pani Motyl po raz wtóry
Tak jak zasygnalizowałem we wstępie widziałem tę inscenizację opery "Madama Butterfly" w Operze Krakowskiej niespełna dwa lata temu i mogłem spojrzeć na wczorajsze przedstawienie znacznie bardziej krytycznym okiem. Sprzyjała temu także zmieniona obsada bo poza Martą Abako wszyscy soliści, w stosunku do inscenizacji z 2014 roku, zostali wymienieni. I tak w tytułowej roli mamy Martę Abako, której rozedrgany głos w pierwszym akcie napawał mnie sporymi obawami o to co będzie dalej. Podwójne zmartwienie, gdyż pamiętam jej pomyłkę w "Un bel di vedremo" w występie z 2014, jednak muszę przyznać, że rozwiała moje wątpliwości i od drugiego aktu, aż do samego końca, wszystko było na miejscu. Popisowa aria powalała na kolana, zupełnie jakby mi za te wcześniejsze wątpliwości chlasnęła w twarz, i to bardzo mocno. Niestety zwykle rewelacyjni Tomasz Kuk w roli Pinkertona i Wołodymyr Pankiv jako wuj Bonzo wypadli blado. Gniew Bonza na Cio-Cio-San był mało przekonujący, zupełnie jakby solista nie wykorzystał swojego mocnego głosu na 100%, podobnie sprawa ma się z Kukiem. I kto by pomyślał, że znacznie mniej doświadczony Andrzej Lampert lepiej się sprawdzi w roli amerykańskiego porucznika niż doświadczony Kuk? Agnieszka Cząska w roli Suzuki, służącej Butterfly, sprawdziła się doskonale, nie było w jej interpretacji krztyny fałszu, podobnie zresztą jak w partiach Sharplessa (Adam Szerszeń) i Goro (Krzysztof Kozarek) i za to im wielkie dzięki. 
Nie obyło się bez kilku "kiksów" wprost z orkiestry. Miałem wrażenie, i oby to było tylko wrażenie, że już na samym początku ktoś z orkiestry się pomylił. Słyszałem ten utwór naprawdę niezliczoną ilość razy i mam dość wyczulone na tym punkcie ucho. Chwilami orkiestra grała zbyt głośno, zagłuszając solistów, co absolutnie nie miało miejsca, kiedy pierwszy raz oglądałem Panią Motyl w Krakowie. Dziwne, podwójnie dziwne bo dyrygent Tomasz Tokarczyk zwykle jest bezkonkurencyjny w swojej profesji. Może pierwszy dzień kwietnia podziałał "rozluźniająco" na ekipę? Nie zmienia to postaci rzeczy, że te nieznaczne mankamenty wczorajszego wykonania nie wpłynęły znacząco na mój pozytywny odbiór dzieła Pucciniego. 

INFO
Kompozytor: Giacomo Puccini
Tytuł: "Madama Butterfly"
Libretto: Luigi Illica i Giacomo Giacosa wg Davida Belasco
Reżyseria: Waldemar Zawodziński
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Kostiumy: Maria Balcerek
Choreografia, ruch sceniczny: Janina Niesobska

środa, 30 marca 2016

Czarnobylska modlitwa

30 lat minęło...

26 kwietnia 2016 roku minie 30 lat od katastrofy elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Nie była to pierwsza katastrofa elektrowni jądrowej na świecie, jak pokazały późniejsze wypadki z 2011 z Japonii, gdzie uległa awarii elektrownia w Fukushimie, nie była też ostatnią, jednak to właśnie ona znacząco przyczyniła się do zmiany procedur obowiązujących w obiektach tego typu. Zmieniło się także społeczne postrzeganie elektrowni atomowych. Potęga atomu, kryjąca się za obiektami tego typu, jest wyjątkowo pociągająca ze względu na korzyści z niej płynące, od czasu Czarnobyla nie jest już tak bezkrytycznie przyjmowana. Postęp technologiczny, zapewnienie energii wielu przedsiębiorstwom i gospodarstwom domowym, a także zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery - to argumenty z jednej strony. Z drugiej to problem utylizacji radioaktywnych odpadów oraz ciągły lęk przed ewentualnym skażeniem środowiska w przypadku awarii podobnej do tej z Czarnobyla. 
Wypadki z Czarnobyla oraz ich następstwa stały się pożywką, na której wyrosło wiele legend i mitów. Autorzy książek niemalże wszystkich gatunków wykorzystują tę największą katastrofę przemysłowa XX wieku do pokazania swoich fantastycznych wizji, ludzkich i zwierzęcych mutantów i innych tego typu okropieństw. Jednak rzeczywistość jest znacznie mniej "romantyczna". Czarnobylska modlitwa... Swietłany Aleksijewicz to zbiór wspomnień ludzi biorących udział w akcji niwelowania skutków awarii, obywateli wysiedlonych z miasta Prypeć i okolicznych wsi na terenach Ukrainy i Białorusi. Jest to zapis uczuć i emocji ludzi, których życie zostało zniszczone przez błędy zarówno pracowników elektrowni oraz decydentów odpowiadających za "akcję ratowniczą". 

Utracone życie

W książce właściwie nie znajdziemy rozbudowanych opisów przyczyn katastrofy czarnobylskiego reaktora jądrowego. Jeżeli czytelnik sięgnie po tę pozycję właśnie by takich szczegółów się dowiedzieć to srogo się zawiedzie bo nie o technice, nie o inżynierii jądrowej jest Czarnobylska modlitwa..., ale o zwykłych ludziach pracujących w elektrowni, żyjących w jej pobliżu oraz o tych ściągniętych z różnych rejonów ZSRR w celu wzięcia udziału w akcji gaszenia reaktora, zabezpieczania skażonego promieniowaniem terenu. Aleksijewicz, w podtytule Kronika przyszłości, zawarła ważny przekaz. To co stało się tam, w Czarnobylu w kwietniu 1986 roku, żywotnie wpłynęło na przyszłość nie tylko likwidatorów i wysiedlonych, ale nas wszystkich. Zwiększony poziom promieniowania został zarejestrowany nie tylko w najbliższej okolicy, ale niemalże na całym świecie. Radioaktywna chmura spowiła całą Ziemię i tylko dzięki informacją płynącym z odległej od Czarnobyla Szwecji świat mógł dowiedzieć się o katastrofie. Nieodpowiedzialność włodarzy ZSRR miała wpływ na nas wszystkich, jednak to ludność Ukrainy i Białorusi ucierpiała szczególnie i to właśnie przekazuje nam autorka. Nie ma tu opisów zmutowanych ludzi, zwierząt wielogłowych i wielonogich jest za to płacz żon i matek likwidatorów - tych młodych mężczyzn wysyłanych wprost na reaktor, aby go ugasić bez żadnego zabezpieczenia. Jest smutek rodzin żegnających się ze swoimi domami, swoją ojcowizną i miejscem na ziemi w czasie wyjątkowo pięknej wiosny, pełnej kwitnących kwiatów.

INFO
Autor: Swietłana Aleksijewicz
Tytuł: "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości"
Wyd: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012
Il.str.: 288
Cena: 42,50 zł

sobota, 19 marca 2016

Miłość do trzech pomarańczy

Niespotykane dzieło
Dziś wszystko nastawione jest na zysk, dziś łatwiej sięgnąć po coś znanego, po coś co zapewni widownię w myśl zasady, że najbardziej podobają nam się rzeczy, które już znamy. Także przedstawienia operowe muszą się sprzedać, przyciągnąć widownię, stąd na naszej rodzimej scenie tylko sporadycznie można trafić na tytuły wcześniej nigdy nie wystawiane. Łatwiej jest sięgać po znane utwory klasyków gatunku, zapewniając sobie widownię, niż spróbować przenieść na deski teatru coś zupełnie nieznanego, co niekoniecznie do tej samej widowni może trafić. Opera Krakowska zaryzykowała i w roku 2014 zaprezentowała na swojej scenie dzieło wcześniej w Polsce nie wystawiane - "Miłość do trzech pomarańczy" Siergieja Prokofiewa z roku 1921 w reżyserii Michała Znanieckiego - i sądząc po recenzjach trafiła w dziesiątkę o czym mogłem przekonać się na własne oczy i uszy. 

Przekleństwo trzech pomarańczy
Punktem wyjścia utworu Prokofiewa staje się nierozstrzygalny dylemat co jest ważniejsze, co jest lepsze dramat liryczny, komedia czy tragedia, jednak nie od razu przenosimy się na dwór Króla Treflowego (w tej roli po raz kolejny możemy zobaczyć potężnego Wołodymyra Pankiva dysponującego silnym basem), gdzie ma odbyć się przedstawienie sztuki Miłość do trzech pomarańczy, która to niejako miałaby ten dylemat rozwiązać, lecz znajdujemy się w szarym i przygnębiającym domu starców. Otoczeni emerytami na wózkach inwalidzkich oraz personelem medycznym stajemy się świadkami tego jak na skutek zepsucia się odbiornika telewizyjnego pensjonariusze, wraz ze swoimi opiekunami, przeistaczają się w aktorów mających odegrać role we wspomnianej sztuce. Książę (znany z roli Fausta w "Mefistofelesie" Vasyl Grokholskyi odegrał tę rolę wprost niezwykle), będący w istocie następcą tronu, to nieuleczalny hipochondryk. Wyleczyć go może tylko śmiech, jednak nie tak łatwo Księcia rozbawić. Demoniczna Fata Morgana (tutaj mamy do czynienia z Magdaleną Barylak, nie jestem fanem jej głosu, jednak w tej roli spisała się dobrze, widać nie rola Halki jej pisana, a złej wiedźmy) rzuciła na młodzieńca urok, także bratanica Króla Treflowego Księżniczka Clarissa (Małgorzata Ratajczak) oraz dworski urzędnik Leander (Mariusz Godlewski) dbają o to, aby Książę nigdy nie wyzdrowiał. Wszystkie zabiegi Truffaldina (Janusz Ratajczak znany mi z wstępów w operetkach dał się poznać jako mistrz w swojej klasie) zmierzające do uleczenia chłopaka spalają na panewce, dziwnym zrządzeniem losu sama Fata Morgana zupełnie przypadkiem rozwesela następce tronu, wściekła przeklina go mówiąc, że zakocha się w trzech pomarańczach. Niebawem Książę wraz z Truffaldinem wyruszają do Zamku Kreonty, w którym magicznych owoców szczerze wyjątkowo groźna Kucharka (Przemysła Firek w tej roli był zarówno groźny i zabawny, był jak połączenie bolszewika z kucharką ze szkolnej stołówki). Czarnoksiężnik Celio (Wojtek Śmiłek) ostrzega Księcia, że owoce może otworzyć tylko w pobliżu wodny, nie może inaczej pomóc młodzieńcowi w zdobyciu owoców, gdyż wcześniej przegrał w karty z Fata Morganą lecz wręcza mu magiczną wstążkę...

Trochę inne zakończenie
Opera Krakowska wystawiając na swoich deskach "Miłość do trzech pomarańczy" dała wyraźny sygnał, że aspiruje do czegoś więcej niż tylko do bycia kolejnym tego typu obiektem w Polsce. Odważna inscenizacja autorstwa Michała Znanieckiego, obejmująca oprócz reżyserii także stworzenie kostiumów, z pomysłową scenografią projektu Luigi Scoglio to dzieło niezwykłe. Sam pomysł przeniesienia akcji do domu starców, który w moim odczuciu bardziej przypominał szpital psychiatryczny, to krok dość kontrowersyjny. Połączenie tego z niezwykle dynamiczną muzyką Prokofiewa w znakomitym wykonaniu orkiestry pod batutą Tomasza Tokarczyka wydało owoc wyjątkowo smaczny wymagający wyczucia smaku i absurdalnego poczucia humoru. Całe dzieło jest nim przesycone. Farsa i groteska goni tu prawdziwy dramat i śmiech przez łzy. 
Michał Znaniecki ze szczęśliwego zakończenia utworu sobie zakpił, dokonał znaczącej korekty. W jego inscenizacji finał to triumf zła i miernoty. Reżyser zmienił tym samym wydźwięk całego dzieła. Ta surrealistyczna farsa wzniosła się dzięki temu na znacznie wyższy poziom, Znaniecki niejako wyciągnął na światło dzienne drugie dno tego utworu. Mający ponieść karę Leander, Clarissa i ich pomocnica murzynka Smeraldina (Agnieszka Cząstka) zamiast ponieść zasłużoną karę z pomocą Fata Morgany doprowadzają do przewrotu obejmując władzę w królestwie. Król Treflowy zostaje obalony, a Książę i Ninetta (Tu po raz kolejny możemy zobaczyć Katarzynę Oleś-Blacha) zamienieni w służących. Wszystko to kojarzy się z przejęciem władzy przez bolszewików w carskiej Rosji. We wstępie napisałem, że recenzje opery "Miłość do trzech pomarańczy" były bardzo entuzjastyczne, opisywały nawet żywiołową reakcję publiczności na zakończenie utworu, ja spotkałem się z czym zupełnie innym - po wybrzmieniu ostatnich akordów opery zapanowała konsternacja. Widownia zupełnie nie wiedziała co się dzieje, a słabe, wręcz mikre brawa sugerowały, że albo czekają na coś jeszcze, na kolejny zwrot akcji lub zwyczajnie, że sztuka nie przypadła "krakowskim koneserom sztuki i melomanom" do gustu. przykre to, bo Sergiusz Prokofiew stworzył dzieło awangardowe i absolutnie genialne. 

INFO
Tytuł: "Miłość do trzech pomarańczy"
Kompozytor: Siergiej Prokofiew
Libretto: Siergiej Prokofiew wg bajki Carlo Gozziego
Reżyseria: Michał Znaniecki
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia: Luigi Scoglio

poniedziałek, 7 marca 2016

Il turco in Italia

Opera buffa
Zazwyczaj myśląc o operze, jeżeli oczywiście już nam taka myśl do głowy przyjdzie, mamy przed oczami poważne widowisko, w którym to otyłe kobiety i przysadziści mężczyźni wyrzucają z siebie zupełnie niezrozumiały tekst do muzyki poważnej. Nic jednak bardziej mylnego. Rozpatrywanie opery tylko w kategoriach poważnego widowiska jest dużym błędem wszakże wiele z oper to przedstawienia komiczne będące zabawnym przedstawieniem epoki zwykle bliskiej kompozytorowi, a sama muzyka powszechnie nazywana "poważną" aż tak poważna nie jest. Napisana w Mediolanie, mająca swoją premierę w La Scali w roku 1814, opera komiczna "Turek we Włoszech" po długiej nieobecności na polskiej scenie zawitała do Krakowa w inscenizacji Włodzimierza Nurkowskiego, odsłaniając zupełnie inne oblicze tego gatunku.

Krakowska inscenizacja
Można śmiało uznać krakowską premierę "Turka we Włoszech" za duże wydarzenie, gdyż sama inscenizacja ma być zaledwie trzecią próbą przeniesienia opery Rossiniego na deski polskiego teatru operowego. Wcześniejsze polskie inscenizacje miały miejsce kolejno w Teatrze Wielkim w Poznaniu (rok 1992) oraz w Warszawskiej Operze Kameralnej (rok 1999), łatwo więc można policzyć, że od ostatniej premiery dzieła Rossiniego minęło aż 17 lat! Zupełnie nie do pomyślenia przy takich operach jak chociażby "Madama Butterfly" czy "Tosca" mistrza gatunku Pucciniego.
Sama opera w warstwie fabularnej to czysty banał. Historia z gruntu podobna do tej znanej z "Zemsty nietoperza" Starussa, ot niewierna żona Fiorilla o wiele starszego od niej męża Geronia lawiruje między młodymi kochankami podczas weneckiego karnawału. Karnawał w Wenecji jak nic innego w świecie sprzyja niewierności małżeńskiej i flirtom stając się kolorowym miłosnym tyglem, w którym to prawdziwe oblicza ukryte są pod wymyślnymi maskami, a ciała spowijają zwiewne szaty. Jednym z kochanków Fiorilli jest przyjaciel jej męża Narciso lecz to nie on stanie się spiritus movens całego zamieszania. W tym karnawałowym tyglu temperatura osiąga masę krytyczną kiedy to do Włoch przypływa książę turecki Selim. Fiorilla postanawia zdobyć egzotycznego księcia, a on ma równie niecne zamiary w stosunku do niej. Zazdrosny mąż nie może przeboleć niewierności Fiorilli, a Poeta szukający natchnienia do napisania sztuki widzi w całej sytuacji materiał do stworzenia nowego dzieła. Pikanterii całej komedii pomyłek, tej ferii barw i gagów dodaje fakt iż w Wenecji znajduje się także była ukochana Selima cyganka Zaida, chcąca odzyskać swojego księcia, jednak aby to zrobić musi stanąć w szranki z kochliwą Fiorillą.

Co z tym turkiem?
Tak jak napisałem wcześniej pod względem fabularnym "Turek we Włoszech" to nic nowego, jednak ten banał rozgrzesza w 100% muzyka i śpiew. Tomasz Tokarczyk ze zwyczajowym profesjonalizmem poprowadził orkiestrę, która kapitalnie odegrała dzieło Rossiniego. Można śmiało napisać, że pod względem wokalnym jest to jedno z lepszych przedsięwzięć Opery Krakowskiej. Katarzyna Oleś-Blacha jako Fiorilla i Grzegorz Szostak w roli męża-rogacza Geronia wprost hipnotyzowali publiczność swoimi umiejętnościami. Szczególnie Oleś-Blacha dysponująca niesamowitym sopranem koloraturowym mogła wykorzystać pełnię swojego talentu. To był jej show! Mariusz Godlewski jako Poeta oraz Andrzej Lampert w roli przyjaciela męża Narciso byli przekonujący i zabawni w swoich kreacjach. Tytułowy Turek książę Selim w interpretacji Łukasza Golińskiego mnie nie porwał podobnie zresztą jak zwykle kapitalna Monika Korybalska w roli Zaidy. Ich wykonaniom nie można odmówić kunsztu zabrakło mi jednak tej iskry, jakieś to bez charyzmy wszystko było.
Cała ta historia była by niczym bez oddania klimatu karnawału w Wenecji co udał się tylko częściowo. Kostiumy autorstwa Anny Sekuły były barwne i wesołe, doskonale pasujące do przedstawionej opowieści, podobnie sprawa ma się w kwestii wykorzystania światła. Wszystko było kolorowe i roztańczone, jednak scenografia także autorstwa Anny Sekuły, te jeżdżące domki z dykty bardzo mnie rozczarowały. Było nie równo, pewne sceny były kapitalnej chociażby ta, w której Narciso wciąga nosem krechy białego proszku, by po chwili wyśpiewać swoją arię w otoczeniu satyrów, gdzie światło, scenografia i postacie jawiły się jak z narkotycznego snu bohatera, bomba! Inne zaś budziły tylko zdziwienie, a ozdobniki w postaci żonglera światła zdawały się być tylko tanim wypełniaczem, zupełnie nic nie wnosiły.
Kolejny wieczór w Operze Krakowskiej mogę uznać za bardzo udany, przyznam jednak, że brakuje mi już bardziej krwistych przedstawień dlatego też z utęsknieniem czekam na pewną odmianę, którą w kwietniu przyniesie mi "Madama Butterfly" i "Traviata".

INFO
Tytuł: "Turek we Włoszech"
Kompozytor: Gioacchino Rossini
Libretto: Felice Romani
Reżyseria: Włodzimierz Nurkowski
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia i kostiumy: Anna Sekuła

sobota, 5 marca 2016

King w formie

Zezowate szczęście
O tym, że los bywa bardzo przewrotny, a fortuna kołem się toczy nie muszę przekonywać nikogo. Sami na pewno nie raz doświadczyliście na własnej skórze sytuacji, które na pierwszy rzut oka zdawały się zdobyciem "złotego biletu" Willy'ego Wonki, a w rzeczywistości były początkiem bardzo przykrych wydarzeń. Ta zasada działa też w drugą stronę - bywa, że zupełnie beznadziejne wydarzenia układają się w całkiem logiczną i korzystną z szerszej perspektywy sytuację. Znalazłeś coś wartościowego i to zatrzymałeś? Masz wyrzuty sumienia, czy raczej cieszysz się ze znaleziska? Szukasz właściciela, czy w skrytości cieszysz oko niespodzianką przysłaną przez kapryśny los? Właśnie o takim niezwykłym znalezisku, a także o przewrotności losu, o jego bezwzględności opowiada kryminał Stephena Kinga Znalezione nie kradzione, który naprawdę warto przeczytać.

Kryminał od Stephena Kinga
Stephen King jest wyjątkowo płodnym autorem, jednak nie każde jego reklamowane jako bestseller dzieło jest warte poświęconego na czytanie czasu. Ostatnie jego powieści raczej mnie rozczarowywały (Przebudzenie czy Doktor Sen były raczej smętne choć niepozbawione specyficznego dla autora klimatu) dlatego skłaniałem się do jego starszych, nazwijmy je umownie "klasycznych" pozycji z lat '80 i '90 XX wieku. Miłym zaskoczeniem była dla mnie lektura kryminału Znalezione nie kradzione, który był dużym powiewem świeżości w raczej zakurzonym świecie króla horroru. 
Opowieść to o zbrodni sprzed lat, która rzutuje na teraźniejszość. Niby straszny banał, ale jak przedstawiony! Pisarz poczytnych powieści zostaje zabity we własnym domu, morderca zabiera pieniądze oraz rękopisy nigdy niepublikowanych utworów. O tym, że zginęły pieniądze wiedzą wszyscy, o rękopisach krążą legendy i tak ma zostać przez lata bo rabuś dotknięty niewidzialną ręką sprawiedliwości trafia do więzienia za zupełnie inną zbrodnie. Udaje mu się ukryć rękopisy i pieniądze, które po latach znajduje młody chłopak Peter Saubers. Pieniądze z tajemniczego kufra pomagają jego pogrążonej w kryzysie rodzinie wyjść na prostą, jednak i pieniądze się kończą, a i stary złoczyńca uważający się za ich właściciela opuszcza więzienie i ma tylko jeden cel - zdobyć ukryte niegdyś rękopisy Rothsteina. Koło fortuny zalicza kolejne obroty, a sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie.

Trafione w 10!
Zdecydowanie w 10! Znalezione nie kradzione nie dość, że jest świetnie napisana, że wciąga i pozwala zatopić się w tym klimacie, z którego King jest znany i popularny to jeszcze przedstawia nam umiejętności ulubionego autora w zupełnie innym świetle. King, nie jest już tylko zamkniętym w jednym gatunku autorem długich i makabrycznych opowieści, ale jawi się jako autor całkiem zgrabnych kryminałów, które w dodatku pozbawione są typowych dla niego dłużyzn. Okazuje się, że spokojnie można napisać ciekawą, wciągającą książkę i zamknąć się w niecałych 500 stronach. Znalezione nie kradzione jest też portretem społeczeństwa amerykańskiego czasów kryzysu co jest wielkim atutem powieści. Autor udowadnia, że nie tylko ma niezwykłą wyobraźnie, ale przede wszystkim, że jest wnikliwym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. 

INFO
Autor: Stephen King
Tytuł: "Znalezione nie kradzione"
Wyd.: Albatros, Warszawa 2015
Il.str.: 480
Cena: 38,50 zł

sobota, 23 stycznia 2016

Baron cygański

Strauss w Krakowie
Jeszcze nie opadały emocje po niedzielnym spektaklu "Zemsta nietoperza", a już w pięć dni później przyszło mi zobaczyć kolejne dzieło Johanna Straussa na deskach krakowskiej opery. I o ile realizacja obu dzieł stoi na wysokim poziomie to właśnie ta wczorajsza inscenizacja "Barona cygańskiego" pod względem muzycznym bardziej przypadła mi do gustu. Jest to chyba najczęściej grana operetka Straussa będąca obecną nieprzerwanie na teatralnych afiszach w całej Polsce od lat. Po tym co zobaczyłem w Operze Krakowskiej trudno się dziwić popularności "Barona...".

Powrót do domu
W tej opowieści jak zwykle chodzi o uczucia, o miłość i dążenie do niej ponad trudnościami, których przysparza nam los. Młody Sandor Barinkay (w tej roli Andrzej Lamper potwierdzający tezę, że krakowska scena rodzi prawdziwe diamenty - był rewelacyjny!) wraca do włości, których właścicielem był jego ojciec. Na miejscu zastaje cygański tabor ze "starą wiedźmą" Cziprą (przekonująca Jolanta Gzela) na czele oraz hodowlę świń niejakiego Kalmana Żupana (Przemysław Rezner w roli Żupana wprost porwał publiczność). Włości niegdyś zarekwirowane ojcu Barinkaya mają wrócić do prawowitego spadkobiercy. Kalman Żupana jako obecny ich właściciel wpada na pomysł, aby wydać swoją córkę Arsene (Karolina Wieczorek) za Barinkaya, by tylko zachować otrzymane fartem włości. Można się spodziewać, że córka hodowcy świń, do której smoli cholewki syn guwernantki Ottokar (Marcin Kotarba) nie tak łatwo da się zdobyć młodemu spadkobiercy - wszakże kocha innego. Jest jeszcze córka cyganki Saffi (w tej roli znana mi z inscenizacji "Halki" Magdalena Barylak - zagłuszająca swoim śpiewem wszystko, i nie jest to komplement, oj nie!), której to po odmowie Arseny oświadcza się Sandor... 

Jeszcze operetka czy może już opera?
No właśnie, z przyrodzenia operetka, ale samych kwestii mówionych jest dużo mniej niż w innych operetkach, które widziałem, także sama warstwa muzyczna jest bliższa realizacjom operowym niż operetkowym. Chyba właśnie dlatego muzyka Straussa z "Barona Cygańskiego" spodobała mi się po stokroć bardziej niż ta z "Zemsty nietoperza". Orkiestra pod kierownictwem Tomasza Tokarczyka bez krztyny fałszu przekazała wszystkie zawarte w muzyce Straussa emocje. Brawurowe walce i marsze podrywały zwykle kostyczną publiczność z siedzeń, a cały spektakl zakończył się owacjami na stojąco (co wcale nie jest takie częste przy odgrywaniu pięćdziesiątego spektaklu z kolei). Jeszcze słowo o scenografii i kostiumach. Widziałem już kilka przedstawień w reżyserii Laco Adamika o muszę przyznać, że można zawsze liczyć na wysoki ich poziom, było i tak przy "Baronie cygańskim", w którym to kostiumy, nastrojowa scenografia i oświetlenie zlały się w jedną spójną całość, bardzo przyjemną dla oka.

INFO:
Tytuł: "Baron cygański"
Kompozytor: Johann Strauss
Libretto: Ignaz Schnitzer wg opowiadania Saffi Maurycego Jokaya
Reżyseria: Laco Adamik
Scenografia: Barbara Kędzierska
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Zemsta nietoperza

Nieśmiertelny humor
Przyglądając się poczynaniom solistów na scenie Opery Krakowskiej, podczas wczorajszego spektaklu "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa, zastanawiałem się czy sam autor dzieła przypuszczał, że humor, którym nasycił utwór bawił będzie jeszcze wiele lat po premierze. Jeśli o niej mowa to do samej premiery doszło w 1874 w Wiedniu. Od tego czasu utwór nieprzerwanie wystawiany jest na operowych scenach całego świata, a zabawne sceny z życia wyższych sfer powalają swoją aktualnością.

Przyjacielska intryga
Prowodyrem całego zamieszania w "Zemście nietoperza" jest doktor Falke (Michał Kutnik), który postanawia wciągnąć w rozmyślną intrygę swojego przyjaciela Eisensteina (Janusz Ratajczak - świetny!). Oczywiście powodem jest zemsta za to iż doktor przez przyjaciela został niegdyś ośmieszony. Od tamtego czasu w mieście Falke znany jest pod przezwiskiem doktor nietoperz. A jak najlepiej skompromitować i ośmieszyć mężczyznę, który lubuje się w podszczypywaniu pokojówki Adeli (Anita Maszczyk - urocza) jeśli nie zapraszając go na wytworny bal do ekscentrycznego księcia Gigi Orlovskiego (jak dla mnie najlepsza postać całej operetki odegrana przez Bożenę Zawiślak-Dolny), gdzie będzie mógł do woli bawić piękne damy? Będzie bawił Einsenstein piękne damy nie wiedząc, że jedną z uroczych tancerek z opery jest jego pokojówka, a ta druga, skryta pod woalem księżna węgierska, to jego żona Rozalinda (Ewa Biegas) we własnej osobie.

I?

I salwom śmiechu na widowni nie było końca, bo jak tu się nie zaśmiać widząc przezabawnie odegrane sceny z życia wyższych sfer, skupionych na dobrej zabawie i romansach? Wciąż aktualny humor zaaplikowany przez Straussa w połączeniu ze skocznym walcem sprawiał, że nastrój zarówno na scenie jak i na widowni był znakomity. Libretto w przekładzie Tuwima jest rewelacyjne, a wprowadzone do niego uwspółcześnienia nie zepsuły klimatu całego dzieła. Orkiestra pod batutą Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego tradycyjnie już dała popis profesjonalizmu i pomimo iż operetka nie jest moim ulubionym gatunkiem, że sama warstwa muzyczna nie powaliła mnie na kolana (wolę bardziej poważne utwory) to z budynku opery wyszedł uśmiechnięty od ucha do ucha.

INFO
Tytuł: "Zemsta nietoperza"
Kompozytor: Johann Strauss
Libretto: Karl Haffner, Richard Genée wg sztuki Rodericha Benedixa Das Gefängnis i wodewilu Meilhaca i Halévy'ego Le Réveillon w przekładzie Juliana Tuwima
Reżyseria: Janusz Józefowicz
Scenografia: Andrzej Woron
Kierownictwo muzyczne: Uwe Theimer

niedziela, 17 stycznia 2016

Przebudzenie Mocy

Wspomnieniowo
Tak na początek trochę sentymentalny wstęp, który sam nasunął mi się na myśl, gdy tylko otworzyłem paczkę z moim świeżym nabytkiem słownikiem obrazkowym najnowszej części "Gwiezdnych wojen". Pamiętam ten czas kiedy pierwsza z trzech nowych części Sagi wchodziła do kin, był to rok 1999, o posiadaniu komputera z internetem nawet nie marzyłem, o tak szerokim dostępie do publikacji dotyczących mojego hobby nie było mowy. Mała mieścina, do której każda nowość docierała z opóźnieniem nie dawała zbytnich szans na zdobycie upragnionych skarbów. Czas oczekiwania miał w sobie coś magicznego, ale chwilami przyprawiał o ból głowy. Kiedy już udało się zdobyć upragnioną książkę, upragniony słownik obrazkowy z "Mrocznego widma" radości nie było końca, a sama książka była czytana i wertowana wielokrotnie. Coś podobnego poczułem gdy otworzyłem nowy słownik z "Przebudzenia Mocy", jednak było to już zupełnie inne uczucie.

Słownik ilustrowany
Sam słownik ilustrowany formą i treścią (choć ta została nieznacznie odświeżona) nie różni się od słowników z poprzednich części Gwiezdnej Sagi. Dostajemy zatem informację na temat postaci, miejsc, urządzeń, które mogliśmy zobaczyć na kinowym ekranie. Jest i o nowych szturmowcach Najwyższego Porządku, obcych z zamku Maz Kanaty oraz samych bojownikach Ruchu Oporu pod dowództwem Generał Organy. Informacje te w pewnym stopniu poszerzają naszą wiedzę o głównych bohaterach jak i tych drugoplanowych. Sama opowieść nabiera dzięki temu głębszego kontekstu choć, tu muszę przyznać bez bicia, książka tylko rozbudza ciekawość i chęć poznania "nowych "Gwiezdnych wojen". Stare Expanded Universe zostało "skasowane", a nowe dopiero się rodzi dlatego też musimy poczekać, aż wokół "Przebudzenia Mocy" narośnie otoczka komiksów, gier, książek by lepiej wejść w ten nowy/stary świat stworzony 1977 roku przez Georga Lucasa. "Star Wars. Przebudzenie Mocy. Słownik ilustrowany" to dopiero swoista jaskółka, która wiosny nie czyni jest jednak dobrym wstępem do czegoś większego, do czegoś na co czeka każdy fan. 
W tym miejscu muszę też wspomnieć o szacie graficznej, która stoi na bardzo wysokim poziomie. Zdjęcia są fenomenalnej jakości, jest ich dużo, układ graficzny jest przejrzysty, choć odniosłem wrażenie, że na kilku stronach wieje pustką, że czegoś tam brakuje. Niektórym z postaci poświecono więcej niż dwie standardowe strony (Kylo Ren, Rey, Finn), by lepiej pokazać ich przemiany zachodzące w filmie. Innym postaciom, jak Luke Skywalker czy Naczelny Wódz Snoke, mającym co prawda szczątkowy udział w filmie, nie poświęcono nawet jednej strony, chociaż wypadałoby pół kartki dla nich znaleźć, no trudno. 

Moja ocena
I tutaj ponownie wraca wspomnienie tamtych lat, w których to zdobycie takiej książki graniczyło z cudem. Star Wars. Przebudzenie Mocy. Słownik ilustrowany oficjalną premierą będzie mieć 20 stycznia, książkę zamówiłem dużo przed tą datą, ale publikację otrzymałem już teraz, co bardzo mnie ucieszyło. Odpadło wyczekiwanie, poszukiwanie gdziekolwiek się tylko dało informacji na temat tej książki, poszukiwanie po księgarniach itp. Radość po otwarciu ta sama, samo jednak wertowanie słownika ilustrowanego nie było już tak bezkrytyczne jak niegdyś. To smutne, ale w takich właśnie chwilach czuje się upływ czasu, czuje się, że nie jest się już tą samą osobą, którą było się paręnaście lat wcześniej. Bo czy dziś można bezkrytycznie przyjąć taki oto podpis ilustracji: "Oskarżycielski palec podkreśla niekwestionowany autorytet" albo "Skwaszona mina"? Kiedyś nie budziło to żadnych negatywnych odczuć, teraz tylko bawi. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że książka jest bardzo ładna, że doskonale wprowadzi nowych fanów "Gwiezdnych wojen" w ten niezwykły świat, a i starym pozwoli powspominać jak to było niegdyś.

INFO
Autor: Pablo Hidalgo
Tytuł: "Star Wars. Przebudzenie Mocy. Słownik ilustrowany"
Wyd.: Egmont Polska, Warszawa 2016
Il.str.: 80
Cena: 39,90 zł

środa, 13 stycznia 2016

Wiedźmina dwa tomy - zaległe

Opóźniony
Powiedzieć, że mam spore opóźnienie w pisaniu i publikowaniu notek na blogu to mało, ja mam olbrzymie opóźnienie w samych książek czytaniu! W sumie to tę niewiarygodną wręcz "obsuwę" można porównać do tego co od czasu do czasu dzieje się na polskiej kolei. Pociąg opóźniony jest czasem o parę godzin, ale trzeba mieć na uwadze, że "opóźnienie może ulec zmianie". Taki stan rzeczy wynika z wielu czynników, jednak roztrząsanie tego tematu nie ma większego sensu, ale trzeba powiedzieć jasno, że czasu na czytanie oraz inne ukochane przeze mnie aktywiści mam mniej niż kiedyś. Przykre to, ale prawdziwe, czasem proza życia przytłacza ważne by się temu nie poddać, by nie popaść w stan całkowitego intelektualnego rozkładu. Przed tym rozkładem w ostatnim czasie ratują mnie wypady do opery, które na blogu także opisuję, udaje się czasem też skubnąć i parę stron ulubionej książki. Dziś słów kilka na temat dwóch tomów sagi o Wiedźminie Geralcie. Czas pogardy oraz Chrzest ognia to kolejno czwarty i piąty tom odsłony przygód pogromcy potworów. Z tych dwóch powieści ten drugi tytuł podobał mi się znacznie bardziej. 

Co w środku piszczy?
Kontynuacja ma swoje prawa, to rzecz jasna, a Czas pogardy i Chrzest ognia to książki będące składowymi większej całości, historii, która swój początek ma w powieści Krew elfów. Na czoło opowieści wysuwa się osoba dziecka niespodzianki, wychowanki wiedźmina Ciri. Dziewczyna jest kluczem do posunięć niemalże wszystkich bohaterów. Włodarze wiedźminowego świata - zarówno ci oficjalni jak i szare eminencje w postaci władających magią czarodziejek - postanawiają zdobyć, pojmać Ciri do własnych celów. Także wszechpotężny cesarz Nilgaardu Emhyr var Emreis ostrzy sobie na Ciri zęby. 
W Czasie pogardy obserwujemy jak Królestwa Północy pogrążają się w pożodze wojny, wszystko płonie, a spisek uknuty przez czarownika Vilgefortza ma swój tragiczny finał na wyspie Thanedd, gdzie dochodzi do tajemniczego zniknięcia Ciri. Chrzest ognia to już opowieść o poszukiwaniu zaginionej Ciri oraz o tym jak sama księżniczka dostosowała się do warunków w jakie rzucił ją niestabilny portal Wieży Mewy. W tle oczywiście mamy samego Geralta poszukującego dziewczyny wraz z wyjątkową kompanią, której niezwykłym członkiem jest tajemniczy Regis. Postać Regisa jest opisana wręcz fantastycznie, i jak dla mnie to właśnie on jest perełką tej części wiedźmińskiej sagi. Knowania czarodziejek, które tworzą tajemną lożę, politykują i snuja plany o potędze jaką ma zapewnić im Ciri to kolejny mocny element powieści. Skłamałbym jeśli napisałbym, że w Chrzcie ognia jest mniej brutalnych opisów walki i typowego dla Sapkowskiego rubasznego humoru niż w Czasie pogardy, pod tym względem obie książki są bardzo podobne. 

Jakie wrażenia?
O ile brutalność Czasu pogardy i Chrztu ognia chwilami mnie męczyła to wątki polityczne, szczególnie te z czarodziejkami osłodziły mi każde, nawet najohydniejsze opisy pożogi i zniszczenia. Emocji tu nie mało. Rebelia na Thanedd, spisek Vilgefortza oraz jej następstwa to istny majstersztyk. Każdy kto lubuje się w spiskach, walce o władzę odnajdzie w tych powieściach coś co mu się spodoba. 

INFO
Autor: Andrzej Sapkowski
Tytuł: "Wiedźmin. Czas pogardy", "Wiedźmin. Chrzest ognia"
Wyd.: Warszawa, SuperNowa 2011
Il.str.: 320 i 330
Cena: ok 32 zł za tom


poniedziałek, 21 grudnia 2015

Straszny dwór

Niedoceniane piękno
Po sobotnich emocjach związanych z powrotem Gwiezdnych wojen na wielki ekran przyszła nie mniej emocjonująca niedziela, a wraz z nią wieczór w Operze Krakowskiej. Tym razem jednak nie poddałem się czarowi opery włoskiej, która przecież dominuje w tym gatunku, a czemuś zgoła bliższemu polskiej wrażliwości. Po raz pierwszy wystawiona na deskach warszawskiego Teatru Wielkiego w 1865 roku opera "Straszny dwór" Stanisława Moniuszki, łącząca w sobie zarówno elementy romantyczne jak i komediowe, o mocnym patriotycznym zabarwieniu wciąż urzeka odbiorcę. Urzekałaby bardziej, ale o tym za chwilę. Najważniejsze jest to, że wciąż wystawiany utwór Moniuszki tak wspaniale pokazuje to o czym zapominamy - piękno polskiego folkloru, naszych ludowych strojów, żywiołowej , ale i romantycznej muzyki.

Tajemnica dworu
W strasznym dworze dusze czyśćcowe znalazły swój dom. Tak przynajmniej twierdzą ludzie, którzy o tym miejscu słyszeli, wszakże opowieści o duchach wszyscy lubią więc w świat posyłają każdą jaką usłyszą. Taką też opowieść upiorną słyszą od Skołuby (Wojciech Śmiłek) zaprzysięgli kawalerowie Zbigniew (naprawdę dobry, wręcz zaskakująco dobry Szymon Komasa) i Stefan (Tomasz Kuk - klasa sama w sobie). Bracia wróciwszy z wojaczki poprzysięgają pozostać w wolnym stanie, plany jednak co do dzielnych wojaków są inne. Cześnikowa (Małgorzata Ratajczak) chce ich wydać za upatrzone przez siebie panny. Stefan i Zbigniew, pomimo powziętej przez siebie przysięgi, trafiają pod dach gdzie powab Jadwigi i Hanny zaczyna na nich działać. Aby spełnił się zamysł Cześnikowej, aby bracia wyszli za te panny, które ona sama wybrała musi dzielnych mężów jakoś skompromitować przed ojcem Hanny i Jadwigi - Miecznikiem (Adam Szerszeń). A czyż nie ma większej hańby dla żołnierza niż tchórzostwo, niż lęk przed duchami starych prababek i duszy uwięzionej w starym zegarze? 

Jak wyszło?
Nie zawiedli moi faworyci Katarzyna Oleś-Blacha jako Hanna i wspominany już Tomasz Kuk. Także Monika Korybalska w partii Jadwigi oraz Krzysztof Kozarek jako przekomiczny Damazy przekonująco oddali cechy swoich postaci. Brawurowo odtańczony na końcu utworu mazur to już wręcz legendarna pozycja, zepsuć go to byłby grzech. Był świetny! Scenografia i stroje pierwsza klasa. Zespół Opery Krakowskiej zawsze dba, aby te elementy ze sobą współgrały, by cieszyły oko jednocześnie nie przytłaczając przesłania dzieła. Piękne kontusze, wspaniałe suknie, gra światła i nieprzesadne zagęszczenie dekoracjami sceny oddały klimat dzieła. Orkiestra pod batutą Bartosz Żurakowskiego, jak zwykle wzniosła się na wyżyny profesjonalizmu, nie jestem tylko pewny czy zawsze tempo było odpowiednie. Miałem wrażenie, że momentami dyrygent szarżuje, że śpiewacy próbując nadążyć porzucają dbałość o zrozumiałość tekstu. I to jest kolejna sprawa warta poruszenia. Napisałem we wstępie, że utwór urzekałby bardziej i to prawda. Urzekałby bardziej, gdyby tekst był podany czytelnie, a z tym było wyjątkowo ciężko, szczególnie w partiach chóralnych i scenach zbiorowych. Szkoda, że nie pokuszono się o wyświetlenie tekstu jak to przyjęło się w operach niepolskojęzycznych. 

INFO
Tytuł: "Straszny dwór"
Kompozytor: Stanisław Moniuszko
Libretto: Jan Chęciński
Reżyseria: Laco Adamik
Scenografia: Barbara Kędzierska
Kierownictwo muzyczne: Bartosz Żurakowski

czwartek, 26 listopada 2015

Odcienie miłości

Z kronik dyskryminacji
To że dyskryminacja ma długie i niechlubne tradycje niemalże w każdym kraju na świecie jest przykrym faktem, który może i nie wszyscy dostrzegają, ale z którym należy się zmierzyć. Dyskryminacja z powodów rasowych rozumianych jako przynależność do określonego plemienia bądź zwyczajnie z powodu innego koloru skóry, dyskryminacja grup religijnych i wyznaniowych bądź ta, na którą dziś szczególnie w krajach wysoko rozwiniętych zwraca się uwagę dyskryminacja ze względu na orientacje seksualną była już przedmiotem wielu dyskusji. Zmieniło się wiele, jednak wciąż ten temat jest żywy także w literaturze. To co powinno być zapomniane raz na zawsze już wieki temu żyje i ma się dobrze. Jednym z rozdziałów niechlubnej kroniki dyskryminacji jest czas segregacji rasowej w Stanach Zjednoczonych, który stał się kanwą dla powieści Alice Walker zatytułowanej Kolor purpury, książki w której dyskryminacja rasowa przeplata się z subtelnym opisem miłości lesbijskiej.

Purpura
Tytułowy kolor purpury ma być metaforą miłości lesbijskiej, która niespodziewanie łączy dwie bohaterki. Celia, poniżana i bita przez męża Albera, ulega niezwykłemu czarowi niezwykle magnetyzującej kobiety Cuksy Avery. Cuksa, niegdyś ukochana Alberta, prowadzi artystyczny tryb życia śpiewając w lokalach, uwodząc mężczyzn swoim głosem i niezależnością, jednak kiedy zapada na zdrowiu wszyscy się od niej odwracają. Pod swój dach zabiera ją Albert, aby tam oddać Cukse pod troskliwą opiekę Celii. Tutaj uderza potworny dysonans w traktowaniu obu kobiet przez Alberta. Dla Cuksy jest kochający i oddany dla Celi jest utrapieniem, bije ją i poniża tylko po to by zaznaczyć swoją pozycję w domu. Bohaterka szybko zauważa, że uczucie jakim darzy Cuksę jej mąż jest podobne do tego, które ona sama do niej żywi...

Emocje
Cały wachlarz emocji towarzyszył mi przez całą lekturę Koloru purpury. Od wściekłości i niedowierzania do śmiechu. Alice Walker obmalowała obraz niezwykłej murzyńskiej społeczności, która będąc patriarchalna dla kobiet ma tylko pogardę. Kobieta, w powieści Walker, jest obiektem szykan ze strony mężczyzn i to nie tyko tych białych, ale przede wszystkim kolorowych. Niezwykła brutalność kontrastuje z obrazem miłości rodzącej się między kobietami. Język, jakim opowiedziana jest historia, stylizowany na mowę niewykształconej dziewczyny z prowincji chwilami bawi do łez lecz są to często łzy żalu i zwątpienia.

INFO
Autor: Alice Walker
Tytuł: "Kolor purpury"
Wyd.: Muza, Warszawa 2003
Il.str.: 260
Cena: 20,90 zł

wtorek, 17 listopada 2015

Król Roger

Orientalne inspiracje, a właściwie o tym jak wstęp napisało życie...
Miałem zacząć mniej więcej tak: orient oraz odwołania do starożytności także w kulturze polskiej zadomowiły się na dobre. I tak, bla, bla, bla dalej miał nastąpić pełen emfazy i uczonych słów potok zdań mądrych i zwięzłych, jednak to wszystko okazuje się bezcelowe. Ciekawsze wszakże będzie streszczenie tego co mnie spotkało zanim (cudem!) zobaczyłem "Króla Rogera" Karola Szymanowskiego na deskach Opery Krakowskiej. Opowieść to z dreszczykiem o tym, jak stojąc w kolosalnym korku odchodziłem od zmysłów, nie wiedząc co począć, czy wysiąść czy też modlić się żeby ten korek się odkorkował, żeby wyskoczył z hukiem jak zatyczka najlepszego szampana i wszystko wreszcie ruszyło. Nie ruszyło... Ryzykując wyplucie płuc wysiadłem i rzuciłem się do biegu. W błędzie będzie ten, który pomyśli, że szkoda było mi pieniędzy wydanych na bilet bezpowrotnie w przypadku spóźnienia utraconych. Biegłem motywowany nie kwestiami finansowymi, ale artystycznymi wszakże to sam Mariusz Kwiecień - solista Metropolitan Opera w Nowym Jorku - miał tego wieczoru wcielić się w rolę króla Sycylii Rogera. Dobiegłem łapiąc po drodze kolejny autobus, jednak dystans od ulicy Kamieńskiego do Centrum Kongresowego ICE pokonałem biegiem. Płuca wyplułem, a do opery wpadłem z rozwianym włosem o 18:27 - spektakl ruszył w trzy minuty później, warto było biec ze łzami w oczach, z posmakiem krwi w ustach i zdążyć na to co zobaczyłem.

Roger
Rozwodzenie się nad samą treścią opery byłoby niepodobieństwem. Utwór Szymanowskiego tak przepełniony jest wszelakimi odwołaniami i podtekstami, że sama akcja w połączeniu z doskonałą muzyką (orkiestra opery pod batutą Łukasza Borowicza) jest tylko narzędziem blednącym w porównaniu z możliwościami interpretacji dzieła. Losy króla Sycylii Rogera (znakomity Mariusz Kwiecień), którego życie zostaje zburzone przez pojawienie się heretyka Pasterza (Pavlo Tolstoy) stawiającego się na równi z Bogiem zostały przedstawione wręcz doskonale. Postacie są żywe i niejednoznaczne, a ich dylematy trafiają do odbiorcy. Partie chóralne w połączeniu z elementami muzyki orientalnej i scenografią budują niezwykły mistyczny wręcz metafizyczny klimat. Przegrany pojedynek Rogera o rząd dusz z Pasterzem, także o swoja żonę Roksanę (niezastąpiona Katarzyna Oleś-Blacha, uwielbiam ją!) wydaje się być wciąż aktualną alegorią zmagań człowieka z samym sobą, swoimi pokusami, ułomnościami, ale i duchowością. Finał opery wbija w fotel, a jego niejednoznaczność może powodować poczucie zagubienia. 

Wrażenia
Pytacie o wrażenia? Ciężko to opisać bo "Król Roger" doskonale wpisał się w moje zainteresowania i wrażliwość. Odwołania do orientu, mitologii, filozofii i religii w oprawie nastrojowej, chwilami bardzo podniosłej i pełnej patosu muzyki trafiły w samo sedno. Uwspółcześniona inscenizacja "Króla Rogera" autorstwa Michała Znanieckiego w Operze Krakowskiej, nie zburzyła specyficznego klimatu utworu Szymanowskiego, a poruszyła w subtelny sposób dylematy ciągle nam towarzyszące.

INFO
Tytuł: "Król Roger"
Kompozytor: Karol Szymanowski
Libretto: Jarosław Iwaszkiewicz, Karol Szymanowski
Reżyseria i kostiumy: Michał Znaniecki
Kierownictwo muzyczne: Łukasz Borowicz
Scenografia: Luigi Scoglio
Choreografia: Diana Theocharidis

piątek, 16 października 2015

Na wdechu o Polsce

Jak było kiedyś, jak jest teraz?
Rozważania o Polsce i polskości, o tym kto zasługuje, a kto nie, na miano prawdziwego Polaka, towarzyszą nam właściwie codziennie - szczególnie jednak w sytuacjach kryzysowych i chwilach przełomowych. W gorącym przedwyborczym okresie trwa prawdziwa olimpiada, w której nagrodą jest tytuł Prawdziwego Polaka. Wylicza się przymioty takowego osobnika przy okazji szukając wzorca polskości. Wzorca, niczym wzorzec metra, godnego umieszczenia w francuskim Sevres. Pułapką polskości można nazwać, tę w zasadzie, beznadziejną pogoń za czymś co jest bardzo płynne, za czymś co każdy z nas definiuje po swojemu. Witold Gombrowicz w Trans-Atlantyku naszkicował obraz Polaka na emigracji, obraz groteskowy i niepochlebny. Wliczając ułomności własnego narodu, nawiązując do jego fobii i urojeń naraził się wielu, ale czy nie miał racji?

W Polsce wojna, a w Argentynie?
Historia to w gruncie nieskomplikowana o mężczyźnie, który w chwili narodowej próby, jaką jest niewątpliwie napaść nazistowskich Niemiec na Polskę w 1939, postanawia skorzystać z okazji i uniknąć wojennej zawieruchy pozostając w odległej Argentynie. Już na początku swojej przygody w nowym otoczeniu musi zmagać się z narodowymi demonami. Bo jak tu inaczej nazwać przyrodzony przymus powrotu do kraju, do rzucenia się w wir walki, chęć poświęcenia swojego życia dla ojczyzny, którym cechują się Polacy, a którego bohaterowi Gombrowicza brak? Nie chce wracać, nie śpieszno mu umierać za ojczyznę, chce żyć w nowym miejscu i tu znowu kolejny problem - jak wytłumaczyć polakom osiadłym w Argentynie fakt, iż nie wsiadł na statek powrotny do Europy, by pomóc udręczonej Polsce? Gombrowicz (bo tak nazywa się bohater) miota się z pobudek czysto finansowych między polską elitą zamieszkującą Argentynę, a jawnie homoseksualnym Gonzalem - magnatem finansowym. Gardzi polską martyrologią, ciągłym życia poświęceniem i uświęcaniem narodowych dramatów. Jest też nieufny wobec Gonzala, który w sposób wyjątkowo dosadny poniewiera obraz prawdziwego mężczyzny będąc jego jawnym zaprzeczeniem. Kolejne absurdalne sceny, napisane jakby na jednym wdechu mają obnażać wszystko to co zostawił za sobą Gombrowicz opuszczając Polskę wliczając w to jej pretensje do jego życia. 

Jednym tchem
Książka jest niebywale dynamiczna, sprawia wrażenie napisanej za jednym zamachem, wręcz na jednym wdechu i tak też się ją czyta. Za jednym zamachem można pochłonąć całość lecz sama w gruncie rzeczy nieskomplikowana opowieść zasługuje na chwilę namysłu. Warto podczas lektury zatrzymać się i zastanowić o czym tak naprawdę Gombrowicz pisze. Czy groteskowe obrazy, sceny wyjątkowo absurdalne pod względem samych wydarzeń, ale i języka jakim zostały opisane nie są nam znane z innych dzieł. Najzabawniejsze jest jednak chyba to, że obraz polskości, od której tak mocno odżegnuje się Gombrowicz jest nadal bardzo aktualny. Przecież słyszymy z ust polityków, którzy tak chętnie decydują o losie maluczkich, że dla Polski warto się poświęcać, ciągle słyszymy, że Polska to, a Polska tamto i aż się chce zapytać kiedy to wreszcie Polska będzie dla Polaków, a nie na odwrót... I to ciągłe stawianie się w pozycji gorszego, ciągle do czegoś aspirującego narodu. Tak jakby Polak nie mógłby być Polakiem tylko musiał wiecznie aspirować do bycia czymś więcej niż rzeczywiście jest. 

INFO
Autor: Witold Gombrowicz
Tytuł: "Trans-Atlantyk"
Wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012
Il.str.: 152
Cena: 26,90 zł

poniedziałek, 28 września 2015

Sceny z życia bohemy


Sceny liryczne z życia paryskiej cyganerii
Można by pomyśleć, że na świecie nigdy nie było nic lepszego od życia paryskiej bohemy artystycznej. Szczególnie z naszej perspektywy takie życie rozpostarte pomiędzy codzienną rutyną, a obcowaniem ze sztuką, jej tworzeniem, może wydawać się wielce pociągające. Piękne uliczki Paryża skąpane w wieczornym świetle latarń, magia Montmartre, dzieła wielkich malarzy to obrazy, które jako pierwsze przychodzą na myśl gdy słyszymy o paryskiej cyganerii. Na pierwszy rzut oka nie widać egzystencjalnego bólu, znoju pracy słabo opłacanego twórcy, walki o każdy dzień, poszukiwania artystycznego spełnienia oraz miłości. Giacomo Puccini, odchodząc od tematów zaczerpniętych z wielkiej historii, sięgnął po losy zwykłych ludzi zmagających się z prozą życia i w roku 1896 zaprezentował turyńskiej publiczności Teatro Regio swoją operę w czterech aktach zatytułowaną "La Boheme" - "Cyganeria".


Cyganeria
Dzieło Pucciniego opowiada o losach przyjaciół poety Rudolfa (Tomasz Kuk), malarza Marcella (Mariusz Godlewski), muzyka Schunarda (Tomasz Rudnicki) i filozofa Collina (Wołodymyr Pankiv) - artystów - zmagających się z niemocą twórczą oraz zwykłą, trywialna biedą. Poznajemy ich, gdy marznąc na poddaszu paryskiej kamienicy, starają ogrzać się paląc sztukę jednego z nich, wyśpiewując żale na swój los, nie tracąc przy tym poczucia humoru. Kolejne sceny przybliżają niełatwe życie cyganerii. Muzyk musi grać dla papugi, aż ta nie zdechnie, poeta nie ma weny, dzieł malarza nikt nie kupuje. Nieopłacone komorne, głód i zimno szybko schodzą na drugi plan na rzecz miłości rozświetlającej mroki zwykłego życia. "Cyganeria" jest ponad wszystko historią tragicznej miłości Rudolfa i Mimi (Iwona Socha). Kolejne sceny przeprowadzają nas płynnie od początku romansu Rudolfa i Mimi poprzez szczęśliwe chwile spędzone wspólnie z innymi przedstawicielami artystycznego światka do smutnego końca. Wszystko to poprzetykane jest humorystycznymi wstawkami jak chociażby sceną romansu śpiewaczki Musetty (genialna Katarzyna Oleś-Blacha) z malarzem Marcellem co tylko uwypukla tragiczny los Rudolfa i Mimi. 

Puccini w Krakowie
Mieszkańcy paryskich poddaszy, widzący z okien tylko dachy i dymiące kominy, spomiędzy których spoziera niebo, żyją od przypadku do przypadku. Starają się jak mogą żyć godnie, jednak tylko dzięki hojnym sponsorom mogą wrzucić coś do garnka i ogrzać się w chłodne wieczory. Ten klimat został doskonale oddany dzięki scenografii i kostiumom Barbary Kędzierskiej oraz reżyserii światła Bogumiła Palewicza. Niepodobieństwem byłoby nie wspomnieć o jak zawsze doskonałej orkiestrze Opery Krakowskiej pod batutą Tomasza Tokarczyka. Doskonała muzyka Pucciniego, liryczna, ale i wymowna, niepozbawiona mocnych momentów i dramaturgii trafiła we właściwe ręce. 
Biorąc pod uwagę niesłabnącą popularność dzieł Pucciniego można było się spodziewać, że ten tytuł ponownie zagości w Krakowie. "Cyganeria" na deskach Opery Krakowskiej to widowisko wprost niezwykłe. Począwszy od klimatycznej scenografii i kostiumów poprzez doskonały śpiew i muzykę, a skończywszy na subtelnej grze świata dodającej wszystkiemu dramatyzmu i klimatu  wszystko jest piękne. 

INFO
Tytuł: "Cyganeria" 
Kompozytor: Giacomo Puccini
Libretto: Luigi Illica, Giuseppe Giacosa
Reżyseria: Laco Adamik
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia i kostiumy: Barbara Kędzierska

niedziela, 20 września 2015

Gray

Dola pięknego i niedola szpetnego
Powszechnie utarty osąd, a także doświadczenie zebrane przez lata obcowania z ludźmi (choć najchętniej nie obcowałbym z nikim) podpowiadają, że ludzie ładni, o przyjemnej powierzchowności mają w życiu łatwiej. Szybciej osiągają swoje cele, są bardziej pewni siebie, zjednanie sobie grupy przyjaciół zwykle to dla nich pestka. Zupełnie inaczej sprawa ma się z tymi parchatymi i powszechnie uznawanymi za szkaradne kreatury osobami. Codzienna walka o szacunek i udowadnianie, że potrafi się więcej, że jest się w czymś naprawdę dobrym zupełnie w ich przypadku nie dziwi. To co napisałem jest oczywiście wielkim uogólnieniem, a te zwykle bywają dalekie od rzeczywistości, jednak musimy przyznać, że coś w tym jest. Oscar Wilde, w swojej już kultowej powieści Portret Doriana Graya, stawia ważne pytanie czy pod powabną powierzchownością kryje się równie powabna i sympatyczna dusza czy wręcz przeciwnie jest ona kurtyną dla przeżartego złem demona.

Postać z portretu
Namalowany przez Bazylego Hallwarda portret powabnego młodzieńca Doriana Graya zapiera dech w piersiach nie tylko samemu artyście, ale każdemu kto go ujrzy, nie wyłączając samego modela. Pod niezwykłym urokiem portretu oraz czaru i powabu Graya znajduje się także znany londyński sybaryta lord Henryk Wotton - przyjaciel Bazylego. Możliwe, że całej historii by nie było gdyby nie spotkanie Henryka i Doriana w pracowni artysty. Lord Henryk jest tak zafascynowany niewinnym i dobrodusznym Dorianem, że postanawia zostać jego przyjacielem, ale i mentorem wyznaczającym mu sposób myślenia, kierujący go na bardziej otwarte wody, na których zasady i świętości nie istnieją, Sam lord nie ma pojęcia, że niewinne słowa sączone do uszu dobrotliwego chłopca, ciągłe pochwały jego urody, nie tylko ze strony przyjaciół, ale całej londyńskiej elity, doprowadzą do niezwykłej przemiany. Wkrótce Dorian zakochuje się w młodej aktorce z podrzędnego londyńskiego teatru. Sybila Vane całkowicie ulega pięknu chłopaka, który koniecznie chce podzielić się swoim szczęściem z cynicznym Henrykiem i naiwnym Bazylim.

Ile twarzy tego Graya?
Nieszczęsna Sybila ze szczęścia, iż spotkała takiego wspaniałego mężczyznę jak Gray, traci talent aktorski, świadkami jej koszmarnej gry są przyjaciele Doriana zniesmaczeni zarówno samym miejscem, w którym za sprawą przyjaciela się znaleźli jak i młodą aktorką. Rozczarowanie chłopaka jest ogromne, doprowadza do tragedii będącej początkiem końca pięknego i niewinnego młodego człowieka. Dorian, pomimo upływu lat, nie starzeje się, wydaje się to być sprawą wypowiedzianego niegdyś zdania, aby to portret stworzony przez Bazylego przyjmował na siebie ciężar upływających lat. Wkrótce Gray otrzymuje od lorda Wottona powieść otwierającą przed chłopakiem wrota do całkowitej przemiany. Każdy kolejny występek Doriana odciska się piętnem na jego portrecie.

Portret Doriana Graya w moim odczuciu jest przykrym przykładem przemiany dobrego, młodego człowieka w wyrafinowanego degenerata. Przemiana ta nie jest mimowolna, nie jest zainicjowana przez samego Graya, ale przez otoczenie. Wpływ charyzmatycznego lorda Henryka wydaje się tu być decydującym. Same pochwały nie mogą człowieka zniszczyć, trafiając jednak na podatny grunt sprawiają, że traci się kontakt z rzeczywistością. Iluż to takich Grayów biega po ulicach święcie przeświadczonych, że ich przyrodzone przymioty zapewnią im poklask i sukces? Iluż jest przegnanych, że za swoje występki nie poniosą odpowiedzialności? Sami wiecie, że wielu. 

INFO
Autor: Oscar Wilde
Tytuł: "Portret Doriana Graya"
Wyd.: Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976
Il.str.: 230
Cena: ...

Niebezpieczne sny

Jedną z funkcji literatury, także tej młodzieżowej (a może przede wszystkim?), jest przekazywanie treści, które w jakiś sposób wpłyną na nas...