wtorek, 20 sierpnia 2019

Cień przedwiecznej grozy

Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne

Literatura grozy nigdy nie była przeze mnie uznawana za ulubiony gatunek, ale jak sobie dłużej nad tym podumałem to wyszło, że jednak lubię te strachy i upiory zamknięte na kartach powieści i opowiadań. Zwyczajnie pociąga mnie ten dreszczyk, ta tajemnica i pewnego rodzaju mistyka wyłaniająca się z historii dziwnych i niepokojących, często pozbawionych nieznośnej dosłowności przyziemnej makabry. Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne Lovecrafta idealnie trafia w moje potrzeby czytelnicze.

Kolejny opublikowany przez wydawnictwo Vesper zbiór utworów H.P. Lovecrafta, przygotowany przez Macieja Płazę, to doskonała okazja, aby raz jeszcze zanurzyć się w świecie przedwiecznych mocy władających światem ze swoich mrocznych przybytków. Podobnie jak w poprzedniej antologii mamy do czynienia z utworami straszącymi nas nie dosłowną makabrą, obrazami rzezi i fruwającymi flakami, ale obezwładniającym klimatem tajemnicy trafiającym wprost do podświadomości. Zgłębiając opowiadania nie odczuwałem bezpośrednio strachu płynącego z tekstu Lovecrafta, jednak odkładając książkę i zastanawiając się nad tym co właśnie przeczytałem doznawałem uczucia niepokoju i zwątpienia. I to dla mnie jest największym atutem dzieł Lovecrafta, autora potrafiącego odbiorcę zmusić do przemyślenia treści zwartych w swoich opowiadaniach.  

Lubię wracać do tych opowiadań bo wertując Zgrozę w Dunwich... czy Przyszła na Sarnath zagłada... mam wrażenie obcowania z tajemnymi tekstami, pełnymi zagadek i mrocznych historii zapomnianych przez dzisiejszych uczonych. Mitologia uniwersum stworzonego przez autora Zewu Cthulhu jest niezwykle bogata, a jej ramy wykraczają daleko poza znany nam czas. I właśnie ten bezmiar czasu, w którym te niezwykłe moce działają doprowadzając człowieka do obłędu i śmierci jest fascynujący. Spotkanie z utworami Lovecrafta to zawsze wielka przyjemność. 

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Autor: H.P. Lovecraft
Tytuł: "Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne"
Wyd.: Vesper, Czerwonak 2016
Il.str.: 622
Cena: 49,90 zł

środa, 14 sierpnia 2019

Powrót Jedi - okiem twórców

Epizod VI Powrót Jedi - Album

Lubię wracać do starych albumów poświęconych "Gwiezdnym wojnom", mają swój urok. Traktują temat poważnie, nie sprowadzają go jedynie do rozrywki dla dzieci, jak niestety ma to miejsce dziś w większości przypadków. Nie twierdzę, że kierowanie publikacji typowo do dzieci jest czymś złym, chodzi jedynie o rozdział tychże, który dziś powoli się zaciera. Gwiezdne Wojny Epizod VI Powrót Jedi - Album udało mi się nabyć po latach za jakieś 10 złotych, spodziewałem się, że będzie to publikacja pokroju tej poświęconej "Imperium kontratakuje", zdradzająca arkana produkcji filmowej, czyli coś dla starszego odbiorcy - tak jednak nie jest.

A jak jest? Album zawiera masę prac koncepcyjnych, zdjęć z planu, projektów kostiumów, statków kosmicznych czy różnych wariantów obcych. Znajdziemy koncepty najważniejszych postaci, ale i tych przemykających jedynie w tle, widocznych w kadrze zaledwie przez kilka sekund. Mamy również storyboardy poszczególnych filmowych ujęć, zdjęcia makiet pojazdów. Próżno jednak szukać w tym akurat albumie wspomnień twórców zmagających się z materią, z kłopotami produkcyjnymi, szukających najlepszego rozwiązania problemu powstałego na etapie zarówno pracy koncepcyjnej jak i "wdrożeniowej". Co zatem zapycha przestrzeń pomiędzy kolejnymi obrazami Ralpha McQuarriego czy Joego Johnstona? Scenariusz Lawrence'a Kasdana i George'a Lucasa. Nie przeczę, że taki scenariusz dla fana "Gwiezdnych wojen" może być niezwykle cennym źródłem informacji, może zdradzać rzeczy, które umknęły podczas filmowego seansu, ale tak niestety się nie dzieje. Szkoda. Zresztą, nie jest żadną tajemnicą, że Lucas nie należy do wielkich mistrzów pióra, jego literackie talenty są mocno ograniczone - to pomysłowość i kreatywność są jego atutami. 

Biorąc pod uwagę, że Gwiezdne Wojny Epizod VI Powrót Jedi - Album to uzupełniony pracami  koncepcyjnymi jedynie scenariusz, publikacja wypada blado w porównaniu z analogicznymi książkami, wydanymi przy okazji premier wcześniejszy, ale i późniejszych części Sagi Lucasa. Największą wartością są oczywiście wspomniane koncepty, cała masa fotografii, szkiców i obrazów to wspaniała rzecz. Nawet pomijając tekst możemy choć na moment wejść za kulisty produkcji, do pracowni modelarzy i rysowników, dzięki ich pracy możemy wciąż cieszyć się niezwykłym klimatem Odległej Galaktyki.

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Autor: 
Tytuł: "Gwiezdne Wojny Epizod VI Powrót Jedi - Album"
Wyd.: Amber, Warszawa
Il.str.: 158
Cena: 

niedziela, 11 sierpnia 2019

Listy niecodzienne

Boli tylko, gdy się śmieję...

Czytanie cudzej korespondencji ma w sobie coś perwersyjnego. Zaglądamy przecież w często bardzo prywatne przemyślenia dotykające spraw zupełnie przyziemnych, ale i skrywanych skrzętnie sekretów. To w listach znajdujemy szczegóły z życia, które w zwykłych rozmowach bywają przemilczane. 

Boli tylko, gdy się śmieję... Listy i rozmowy to fragment korespondencji z lat '80 i '90, zapewne jakiś skromny wycinek (jeśli się mylę to mnie poprawcie, proszę!) dialogu korespondencyjnego Stanisława Lema oraz jego syna Tomasza z krakowską poetką Ewą Lipską. Książka została dopełniona również rozmowami jakie Lipska przeprowadziła z Lemem w latach 2003-2004 (za wyjątkiem jednej publikowane były już wcześniej w "Gazecie Wyborczej"). Tematy jakie podejmują uczestnicy tej rozwleczonej na wiele miesięcy specyficznej rozmowy są przeróżne. Zahaczamy o ploteczki z literackiego światka, o domowe problemy, kłopoty ze zdrowiem, sprawy związane z pisaniem i wydawaniem nowych utworów. Co uderza to na pewno fakt, iż podobne rozmowy, podobna korespondencja może mieć miejsce i dziś. Przecież powietrze w Krakowie nadal tak samo trujące jak przed laty, utyskiwania na polityków to też standard, nie wspominając już, że Wałęsa nadal w tak samo "doskonałej" intelektualnej formie, a Poczta Polska beznadziejna, jak zawsze. Tylko Lema brak...

Ta książka mnie urzekła. Jest to niesamowity obraz krakowskiego salonu literackiego (choć Lipska listy śle do Wiednia). Przez listy przewijają się chociażby takie osobistości, jak Wisława Szymborska (pieszczotliwie nazywana Wisełką), Kornel Filipowicz czy Sławomir Mrożek. Humor, niezwykła erudycja Lipskiej oraz Lema zniewalają, czytelnik nie ma wątpliwości, że obcuje z osobami niezwykle inteligentnymi, nie będącymi bezdusznymi robotami - lecz ludźmi z krwi i kości, mającymi swoje sympatie i antypatie, kłopoty zdrowotne, chwile zwątpienia i chwały. Chyba własnie dlatego, że mamy do czynienia z korespondencją, czymś prywatnym co odbywa się pomiędzy dwoma osobami, pozbawione jest to  fałszu, bo ani Ewa Lipska ani Stanisław Lem nie przyjmują z góry przypisanych ról wpędzających w ramy sztuczności i pozoru. Warto do listów Lema i Lipskiej zajrzeć.

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Autor: Stanisław Lem, Ewa Lipska, Tomasz Lem
Tytuł: "Boli tylko, gdy się śmieję... Listy i rozmowy"
Wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018
Il.str.: 268
Cena: 39,90

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

Matka Boska Oławska

Łukasz Orbitowski - Kult

Cuda zdarzają się wszędzie. Matka Boska może objawić się na kukurydzianym płatku, drzewie, często spływa na chmurze, by u jej stóp wierni mogli powierzyć jej swoje troski. Objawienia w Fatimie czy Lourdes znane są nam wszystkim, podobnie jak wciąż nieuznane przez Kościół wizje z Medjugorie, ale czy pamiętacie, że Najjaśniejsza Pani nawiedziła ogródki działkowe w naszej małej, polskiej Oławie?

Ja o tym nic nie wiedziałem, ale zaraz po rozpoczęciu lektury nowej książki Łukasza Orbitowskiego zapytałem o objawienia oławskie rodziców, i oni dobrze pamiętali tę hecę rozpoczętą przez Kazimierza Domańskiego, któremu Matka Boska objawiła się na działce. "Kult" to historia Henryka Hausnera (Domański to jego pierwowzór) opowiadana przez jego brata panu Łukaszowi. Pan Łukasz słucha cierpliwie wielowątkowej gawędy Zbigniewa Hausnera bogatej w zwroty akcji oraz szablonowe postacie z uniwersum PRL i wczesnych lat '90 - często sprawiające wrażenie komiksowo przerysowanych. Dowiadujemy się wiele o dzieciństwie rodzeństwa Hausnerów, towarzyszymy im w najważniejszych w życiu chwilach, wszystko jest przepełnione nostalgią i klimatem takiego zwykłego życia, przyziemnej codzienności, jakiej zasmakował każdy z nas. Oczywiście jak możemy się domyślić objawienia jakich dostąpił Henryk zmieniają życie rodziny Hausnerów, pojawiają się wierni jeremiasze ze swoimi jerychami, oczarowani uzdrawiającymi mocami Henryka i jego przesłaniami od Chrystusowej Matki. Okres PRL to nie był dobry czas dla wiary katolickiej, a tym bardziej wizjonerów więc oprócz wiernych jeremiaszy, pana Bola - kolportującego ulotki z Maryjnymi objawieniami, Cesi i przygłupiej Żanetki, pojawia się także MO...

Dla Orbitowskiego cud w Oławie jest tylko pretekstem do odmalowania wizerunku małomiasteczkowej  rodziny z jej wszystkimi wadami i zaletami, tymi uroczymi minusami, na które przymykami oko, ale i ciepłem jakiego jest rezerwuarem. I świetnie by się złożyło gdyby nie forma na jaką pokusił się autor. Bo ta rozwleczona na prawie 500 stron gawęda zwyczajnie męczy i irytuje. Pierwsze rozdziały to istna droga przez jeżynowe chaszcze, aby wejść w ten świat, w rytm opowieści głównego bohatera trzeba czasu. Co zabawne, to w jaki sposób Zbigniew opowiada historię Henryka Hausnera, jego objawień oraz losów swojej rodziny nie jest mi obce - sam nasłuchałem się podobnych rzeczy, podobnym językiem mówionym w kuchni małomiasteczkowego mieszkania moich rodziców, gdzie tradycyjne spotykali się dorośli, aby dywagować o przeszłości i teraźniejszości, o świecie tym bliskim jak i zupełnie odległym, w oparach papierosowego dymu. I może dla wielkomiejskiego państwa z Warszawy taka forma prostodusznej gawędy, ludowych mądrości wypowiadanych tonem ulicznego filozofa jest ciekawa, porywa, ale dla mnie to nic pociągającego, jedynie udręka i nuda. Ta moralność jaką reprezentuje narrator, ale i inni bohaterowie Kultu jest straszna, to całe zakłamanie i obłuda, cwaniactwo, prostoduszne podejście do świata mające być czymś dobrym, a będące w rzeczywistości wszystkim tym czego powinniśmy się wystrzegać, brr. 

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Autor: Łukasz Orbitowski
Tytuł: "Kult"
Wyd.: Świat Książki, Warszawa 2019
Il.str.: 480
Cena: 39,90

czwartek, 1 sierpnia 2019

Pojadły wrony i poleciały

Cienie śmierci

Rozbudowane, wielowątkowe opowieści często muszą w pewnym momencie wyhamować, dać czytnikowi wytchnienie po wydarzeniach, które nim wstrząsnęły bądź zmieniły status quo. Muszą zwyczajnie zwolnić, by kolejne sploty okoliczności i zawirowania akcji mogły ponownie na nas wpłynąć budząc odpowiednie emocje, by to wszystko wybrzmiało z odpowiednią mocą. Mam nadzieję, że pierwszy tom Uczty dla wron jest właśnie tylko takim wytchnieniem przed czymś wartościowym fabularnie - w przeciwnym wypadku strasznie słabo to widzę. 

W Uczcie dla wron nie uświadczymy takich bohaterów jak Deanerys Targaryen czy Tyrion Lannister, próżno szukać Stannisa czy nawet osławionego Jona Snow (to akurat plus). Akcja skupia się na zupełnie innych postaciach - zarówno tych znanych z poprzednich odsłon jak Cersei i Jaime czy nieszczęsna Brienne z Tarthu, ale i tych nowych, pochodzących z odległego Dorne pobratymców nieodżałowanego Oberyna Martell. Dostajemy się w sam środek intryg na dworze króla Tommena gdzie prym widzie jego matka chcąca podporządkować sobie całe otoczenie. Cersei Lannister pogrąża się w nienawiści i rządy władzy, jej szaleństwo zatacza coraz szersze kręgi, nawet brat i kochanek zarazem nie może liczyć na względy Królowej Regentki. I w Dorne, książe Doran Martell zmuszony jest wziąć udział w grze, w której Żmijowe Bękarcice dążą do zmiany układu sił - chcą pomścić ojca, a pamiętajmy, że córka Cersei - Myrcella - została wysłana do Dorne przez Tyriona. A tak, bo zapomniałem - na odległych Żelaznych Wyspach odbywa się zgromadzenie mające na celu wyłonić nowego władce. Rzecz jasna córka nieodżałowanego Balona Greyjoy'a chce przejąć schedę po ojcu, ale pojawia się jej wujek, a nawet dwóch. I to co się dzieje na tych królewskich dworach jest najważniejsze w Uczcie dla wron, ale zupełnie nie porywa. Pojawiają się jeszcze pomniejsze wątki pozwalające z boku spojrzeć na inne osoby dramatu, ale dla akcji nie jest to niczym znaczącym, jedynie stanowi pewne poszerzenie perspektywy. Wspomniałem o Brienne, będącej jedną z moich ulubionych postaci, o jakże ta nieszczęsna kobieta plącze się po tej książce w zupełnie bezsensownej misji poszukiwania "błazna i siostry", jakąż ona z siebie robi idiotkę. 

To jak dotąd najsłabsza odsłona cyklu, jestem zupełnie zawiedziony. Liczę, że będzie tak jak zasygnalizowałem we wstępie - że jest to spowolnienie mające na celu nabudowanie kontekstu, dzięki któremu przyszła kulminacja powali mnie na kolana. I oby tak było, wpadłem do świata Siedmiu Królestw i pogrążyłem się w nim bez reszty, szkoda, aby zainwestowane emocje uleciały w oparach absurdu i rozczarowania. Czytając Ucztę dla wron, zbliżając się do jej końca, zachodziłem w głowę jak to jest możliwe, że nic się nie dzieje, zupełnie jakbym oglądał 5000 odcinek "Mody na sukces" albo "Klanu". 

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Autor: George R.R. Martin
Tytuł: "Uczta dla wron t. 1: Cienie śmierci"
Wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2015
Il.str.: 511
Cena: 49 zł

sobota, 27 lipca 2019

Krakowska szkoła fizjologów Napoleona Cybulskiego

Recepta na adrenalinę. Napoleon Cybulski i krakowska szkoła fizjologów

Historia odkryć naukowych bywa niezwykle przewrotna. Zdarza się bowiem, że wielkich odkryć dokonuje się w zapyziałych laboratoriach, nierzadko bardzo odległych od uznanych ośrodków naukowych. Bo jakżeby inaczej nazwać, jeśli nie przewrotnością, odkrycie przez Napoleona Cybulskiego, tak istotnego hormonu, jakim jest odpowiedzialna za pobudzenie w chwilach stresu adrenalina?

Kraków to niezwykły tygiel, miejsce gdzie rozwija się nauka, kultura i sztuka. I ten przedwieczny Kraków, miasto znajdujące się pod austriackim zaborem, staje się areną doniosłych dla całej nauki odkryć. Co prawda Maria Skłodowska-Curie posady na Uniwersytecie Jagiellońskim nie otrzymała, bynajmniej nie z racji braku umiejętności, a płci, ale już przybyły z zaboru rosyjskiego Napoleon Cybulski mógł rozwijać tu swoje metody naukowe, dając początek krakowskiej szkole fizjologii. Ten zapomniany dziś naukowiec i wynalazca dzięki swojej pomysłowości, zapałowi i analitycznemu umysłowi dokonał jednego z bardziej doniosłych odkryć w historii medycyny. To dzięki Cybulskiemu poznano działanie adrenaliny, hormonu strachu, walki i ucieczki. Doświadczenia jakie przeprowadzał, aparatura badawcza jaką konstruował bądź ulepszał również miały istotny wpływ na poszerzanie zasobów wiedzy medycznej. Co ciekawe Cybulski wziął na warsztat również hipnozę, chciał ten przejęty przez znachorów i szemranej proweniencji psychoanalityków temat ubrać w metodę naukową, aby zgłębić jej mechanizmy i możliwe zastosowanie. Jak wiemy na przełom wieków XIX i XX przypadł niezwykły bum na ezoterykę i okultyzm, a i krakowskie salony towarzyskie chętnie stawały się teatrem seansów spirytystycznych, podczas których hipnozę stosowano.  Napoleon Cybulski jako człowiek światły, któremu leżało na sercu dobro ludzi brał udział w staraniach o doprowadzenie do krakowskich domów bieżącej wody nie mówiąc już o poszerzaniu wiedzy ogółu względem zasad higieny.

Recepta na adrenalinę... to, oprócz historii odkrycia adrenaliny przez Cybulskiego, także zapis jego naukowej drogi, zmagań o upowszechnienie edukacji kobiet - był odpowiedzialny za stworzenie pierwszego gimnazjum dla dziewcząt. W kwestii kształcenia nie rozróżniał ludzi wedle kryterium płci, w sporach ze swoimi uczonymi kolegami często wykazywał brak zasadniczych przeszkód, by kobiety w równym stopniu uczestniczyły w edukacji i studiowały wraz z mężczyznami medycynę - dla wielu było to nie do pomyślenia! Książka Anny Matei to barwny obraz krakowskiej inteligencji spotykającej się na publicznych wykładach, ale również w domowych salonach, by dywagować o współczesnych nowinkach naukowych. 

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Autor: Anna Mateja
Tytuł: "Recepta na adrenalinę. Napoleon Cybulski i krakowska szkoła fizjologów"
Wyd.: Czarne, Wołowiec 2019
Il.str.: 181
Cena: 39,90 zł

poniedziałek, 22 lipca 2019

Ostatni dzień życia

Nasz ostatni dzień - Adam Silvera

Za każdym razem kiedy obwieszczany jest kolejny koniec świata zastanawiam się jak spędziłbym ten ostatni dzień. Co należałoby zrobić, z kim porozmawiać, jakie marzenie udałoby się spełnić w tych ostatnich dla świata, i dla mnie, chwilach. Bohaterowie Adama Silvery umrą, wiedzą to na pewno - nie z powodu zagłady całej cywilizacji, to będzie koniec ich życia zapowiedziany przez herolda z Prognozy Śmierci. Co przyniosą im ostatnie godziny na ziemskim padole?

Adam Silvera przedstawia nam wizję świata, z gruntu zwyczajnego, nie różniącego się od naszej rzeczywistości właściwie niczym. Jest jednak jeden zasadniczy element, który ten świat wyróżnia - Prognoza Śmierci. Pracownicy tej specyficznej firmy, zwani heroldami, informują telefonicznie osoby mające umrzeć w ciągu nadchodzącej doby. Nie jest to wyrok śmierci, nie jest to też kara, a zwykła, pozbawiona emocjonalnego zabarwienia informacja o nadchodzącym kresie istnienia. Dzięki wiedzy przekazanej przez heroldów wielu nieszczęśników może pożegnać się z bliskimi bądź zrobić coś czego do tej pory odwagi zrobić nie miało. Jak to bywa we współczesnym świecie mediów społecznościowych misja Prognozy Śmierci owocuje różnymi aplikacjami, dzięki którym Zgonersi - tak nazywani są "szczęśliwcy" po otrzymaniu wiadomości od herolda - mogą spotykać się, robić szalone rzeczy w ostatnich godzinach. Nastolatkowie Rufus i Mateo otrzymują wiadomość od herolda, dla obu jest to szokująca chwila. Za sprawą aplikacji Ostatni Przyjaciel postanawiają spędzić ten dzień razem, dla obu będą to najważniejsze godziny w życiu.

Po przeczytaniu rewelacyjnej powieści Raczej szczęśliwy niż nie z wielką ochotą zabrałem się za następną książkę Adama Silvery. Już pierwsze strony przekonały mnie, że wchodzę do specyficznego świata, którego obywatele żyją z podskórnym lękiem nagłego telefonu od herolda Prognozy Śmierci. Widać, że Silvera nie jest oderwany od otaczającej rzeczywistości, od wszystkich zaskakujących aplikacji, serwisów internetowych i usług, często bardzo absurdalnych, ale cieszących się niemałym powodzeniem. Bohaterowie korzystają z Facebooka czy Instagrama ale także z aplikacji Ostatni Przyjaciel wyrosłej z potrzeby bliskości w ostatnich chwilach życia. I to wszystko jest bardzo fajne, podobnie jak odwołania do popkultury, jakich u Silvery nie brakuje. Niestety pewność nieuchronnego końca obu bohaterów chcących wycisnąć ten ostatni dzień niczym soczystą cytrynę, nie pozwolił mi się z nimi zżyć. W pewnym momencie było mi już zupełnie obojętnie co się z nimi stanie, w jaki sposób zakończy się ich przygoda. Zastanawiam się czy to przez brak nadziei, który niestety w Naszym ostatnim dniu bardzo mocno działa na Czytelnika, czy może przez sam sposób narracji niepozostawiający wielu złudzeń. 

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Autor: Adam Silvera
Tytuł: "Nasz ostatni dzień"
Wyd.: Czwarta Strona, Poznań 2019
Il.str.: 407
Cena: 36,90 zł

piątek, 19 lipca 2019

Najsłabiej - Deadpool tom 3

O gustach się nie dyskutuje, ale proces wykuwania i kształtowania się gustu to już odrębna sprawa. To często przykry i bolesny proces, a jego efekty bywają bardzo przewrotne. Mój gust, swoiste preferencje co do komiksów, nadal są w fazie kształtowania, ale wiem jedno - seria Deadpool Classic to koszmar dla mnie nie do przejścia. 

I muszę się z Wami podzielić odrobiną tego upiornego doświadczenia podszytego nudą, przegadanymi dialogami, podanego w nieznośnej graficznie formie, jakiej zwyczajnie nie jestem w stanie zaakceptować. Nie jestem wielkim znawcą komiksów, nawet nie pretenduję do tego miana, ale wiem co zwyczajnie mi się podoba, co do mnie trafia i sprawia przyjemność. Czymś takim nie jest Deadpool Classic. Trzeci tom Deadpool Classic  sprawił, że obawy jakie narastały we mnie podczas lektury poprzedniego tomu, stały się realne - napawa mnie to coraz większą grozą bo na półce stoi jeszcze jeden zbiór przygód Deadpoola. Szkoda nawet na pisanie o czym to jest bo ledwo zamknąłem album, który wymęczył mnie jak najnudniejsza lekcja w szkole podstawowej, a już uleciało mi to z głowy. Pozostała zadra na mojej psychice i poczucie niepowetowanej straty z powodu wydanych pieniędzy. Uznam to za jeden z etapów kształtowania się mojego gustu w tej materii. Jak wiemy nauka kosztuje.

Nie dość, że wydarzenia będące przedmiotem komiksu nie mają żadnego większego sensu, że postacie są zwyczajnie mało pociągające, a wręcz irytujące to jeszcze ten przaśny humor, zupełnie odstający od dzisiejszych czasów, powodował jedynie uczucie zażenowania. Muszę przyznać, że jeden zabieg był ciekawy i stanowi jaśniejszy punkt tego albumu. Mam na myśli przeniesienie się Deadpoola do klasycznej historii z lat '60 XX, do starcia Spider-Mana z Kravenem - oryginalny komiks autorstwa Stana Lee i John'a Romity zamieszczono na końcu albumu.

I w zasadzie to tyle, spuśćmy już zasłonę milczenia nad tym konkretnie albumem, oby następne czytelnicze wybory były lepsze.

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Tytuł: "Deadpool Classic. Tom 3"
Scenariusz: Joe Kelly, Stan Lee
Rysunki: Shannon Denton, Walter McDaniel, Ed McGuinness, John Romita Jr., Pete Woods
Wyd.: Egmont, Warszawa 2017
Il.str.: 276
Cena: 79,99 zł

niedziela, 14 lipca 2019

Kronika Siedmiu Królestw

Świat lodu i ognia.

Potencjał jaki zawiera w sobie uniwersum stworzone przez George'a R.R. Martina jest ogromny. I nie świadczy o tym tylko popularność serialu od HBO, ale przede wszystkim rozbudowany świat, którego historię można rozpisać na wiele pokoleń przed akcją Gry o Tron. W Pieśni lodu i ognia znajdują się odniesienia do obyczajów i wierzeń, polityki i gospodarki czyli wszystkiego tego, co tworzy wiarygodny obraz uniwersum. Świat lodu i ognia. Nieznana historia Westeros oraz Gry o Tron to zbiór informacji zarówno znanych z wcześniejszych publikacji jaki i zupełnie nowych, owianych dotąd tajemnicą. 

Zacznę od tego, że jest to pozycja typowo przeznaczona dla fanów świata Pieśni lodu i ognia, zarówno w serialowej jaki książkowej odsłonie. Czytelnik dopiero zaczynający swoją przygodę z bohaterami George'a R.R. Martina może boleśnie odbić się od Świata lodu i ognia..., od kronikarskiego charakteru książki przepełnionej licznymi nazwami lokacji, nazwiskami i imionami dawnych herosów. uwierzcie mi, jest tego sporo, nawet nie ma sensu próbować wszystkiego spamiętać. Materiał jest ciekawy, ale dłuższa lektura z wyżej wymienionych powodów możne nużyć. Publikację podzielono na zasadnicze dwie części. W pierwszej poznajemy historię objęcia władzy nad Westeros przez uciekinierów ze zniszczonej Valyrii Targaryenów, zgubnego w skutkach Tańca Smoków oraz późniejszego buntu Roberta Baratheona - jego następstwa znane nam są doskonale lecz zapis wcześniejszych wydarzeń znaliśmy jedynie pobieżnie. Druga część stanowi opis poszczególnych krain składających się na Siedem Królestw, rodów panujących oraz ich wasalów. Ponadto zawiera najważniejsze, zachowane w starożytnych kronikach informacje na temat istotnych wydarzeń mających wpływ na losy Westeros. Sporo jest zatem o mieszkańcach Żelaznych Wysp, wierzeniach i obyczajach nieprzejednanych w swojej odrębności wyznawców Utopionego Boga; o Starkach, budowniczych potęgi Winterfell;  opływających w dostatki Lannisterach z Casterly Rock. Ale to oczywiście nie wszystko. Możnych w dawnych wiekach było znacznie więcej.

Mocną stroną Świata lodu i ognia jest szata graficzna. Książka wypełniona jest klimatycznymi ilustracjami przedstawiającymi najważniejsze bitwy oraz herosów biorących w nich udział.  Nie zabrakło map pozwalających umiejscowić wydarzenia rozgrywające się w tym zgoła obcym świecie. Wizje artystów są diametralnie różne od tego co mogliśmy zobaczyć w serialu, nastrojowe obrazy Końca Burzy czy Smoczej Skały, walczących Roberta Baratheona z Rheagarem Targaryenem zapadają w pamięć. Podobnie jak walczące smoki.

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Autor: George R. R. Martin, Elio M. Garcia Jr, Linda Antonsson
Tytuł: "Świat lodu i ognia. Nieznana historia Westeros oraz Gry o Tron"
Wyd.: Czwarta Strona, Poznań 2014
Il.str.: 336
Cena: 69,90 zł

piątek, 5 lipca 2019

Raczej szczęśliwy niż nie, raczej...

More happy than not.

Problemy dorastania, samoakceptacji, ale także przynależności do grupy nie są nikomu z nas obce. Każdy zmagał się, bądź nadal zmaga, z sobą i najbliższym otoczeniem, aby być szczęśliwym. Często też walczy z przeszłością, wspomnieniami tak bolesnymi, że powodują bezsenne noce, które stają się hamulcem niepozwalającym iść do przodu. A co jeśli można by te wspomnienia wymazać? Pozostawić jedynie pozytywne doświadczenia? M.in. ten temat porusza Adam Silvera w More happy than not. Raczej szczęśliwy niż nie, książce, która bardzo mnie zaskoczyła.

Instytut Leteo wprowadził nowatorski zabieg, dzięki któremu istnieje możliwość wymazania niepożądanych wspomnień, ukształtowania swojej przeszłości na nowym fundamencie, bez bólu i przykrych doświadczeń. Wiele osób poddaje się zabiegowi pomimo możliwych skutków ubocznych - tak mocne jest pragnienie wymazania złych doświadczeń, rozpoczęcia nowego życia bez bagażu przeszłości. Reklamy Leteo są wszędzie, eksperymentalna terapia ma wielu zwolenników, ale i przeciwników pragnących zamknięcia instytutu. W ręce nastoletniego Aarona trafia ulotka reklamująca Leteo. Chłopak wychowuje się wraz z mamą i bratem w małym mieszkanku na niezamożnym osiedlu, gdzie dorasta spędzając czas z paczką przyjaciół i dziewczyną Genevieve. Ale życie chłopaka przepełnione jest bólem. Ojciec Aarona popełnił samobójstwo, wspomnienia tamtych dramatycznych chwil będą zawsze głęboką raną w pamięci rodziny Soto. Podobnie jak późniejsza próba odebrania sobie życia przez Aarona. Jak w jednej, kochającej się rodzinie mogło dojść do tak strasznych rzeczy, co sprawiło, że ojciec targnął się na życie, a później syn poszedł w jego ślady? Czy korekta wspomnień może stworzyć nową, pozbawioną lęków osobę?

Powieść Adama Silvery pozytywnie mnie zaskoczyła, zupełnie nie spodziewałem się, że lektura będzie zajmująca i poruszająca. Jest to już kolejna publikacja poruszająca kwestie samobójstwa wśród nastolatków, samoakceptacji, okresu buntu i dojrzewania, jaką miałem ostatnio okazję przeczytać i jest to rzecz naprawdę świetna. Temat tak niełatwy wymaga odpowiedniego podejścia, aby poczuć więź z bohaterem i wejść w pełni do jego świata co Silverze udało się znakomicie. Opowieść nie jest ani pretensjonalna ani nachalna w swoim przekazie, a cały wachlarz emocji jaki przewija się na kartach książki buduje wiarygodny obraz uczuć pogubionego w świecie nastolatka nie radzącego sobie z uczuciami i wspomnieniami. More happy than not. Raczej szczęśliwy niż nie to także przestroga przed próbami zmiany własnej tożsamości, przed medycznymi manipulacjami mającymi ukształtować nowego człowieka pozbawionego złych wspomnień. A jak wiadomo jesteśmy sumą zarówno dobrych jak i złych doświadczeń, to one nas kształtują, to dzięki nim budujemy swoją odrębność. 

Książka absolutnie warta przeczytania, kilka rozwiązań fabularnych mnie zaskoczyło, nie chciałem żeby to poszło w tym kierunku, ale stało się trudno, szanuję autora za umiejętne wyważenie emocji, dzięki którym historia Aarona Soto jest poruszająca, ciepła, ale i nieznośnie cierpka. 

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Autor: Adam Silvera
Tytuł: "More happy than not. Raczej szczęśliwy niż nie"
Wyd.: Czwarta Strona, Poznań 2018
Il.str.: 400
Cena: 36,90 zł

poniedziałek, 1 lipca 2019

Star Wars Komiks - Walka o kryształy

Star Wars Komiks

Bywa tak, że ciągłe odgrzewanie tych samych pomysłów, stosowanie znanych i często ogranych szablonów wydarzeń czy postępowania bohaterów staje się wizytówką danego uniwersum. Tak jest w świecie Gwiezdnych wojen, a kolejny tom Star Wars Komiks to potwierdza. Czy to dobrze, czy źle to już inna sprawa - wszystko zależy jak autorzy chcą nam to sprzedać.

Imperium planuje odzyskać tyle kryształów kyber ile tylko można ze zgliszczy Jedhy, której Święte Miasto stało się pierwszą ofiarą Gwiazdy Śmierci. Znani nam bohaterowie chcą powstrzymać Imperium, aby to zrobić muszą dotrzeć do wciąż działającego na plancie ruchu oporu. Han Solo, księżniczka Leia, Luke Skywalker z pomocą Chewbaccy i ulubionego duetu droidów ruszają na kolejne starcie z siłami zła. Przeciwnicy szykują planecie totalne wyniszczenie. Walka o najważniejsze wartości oraz poszukiwanie tak cennych dla Luke'a informacji na temat natury Mocy zetrą się z wyrachowanym złem Imperialnych dowódców oraz siłami drzemiącymi w jądrze okaleczonej Jedhy. 

To że jestem fanem świata Odległej Galaktyki nie znaczy, że mam przyjmować wszystko bez zmrożenia oka czy chwili zastanowienia. Komandor Kanchar to kolejny imperialny złoczyńca o socjopatycznym rysie, mordujący swoich podwładnych za niepowodzenia -  zwyczajnie jest to nudne. Taka postać nie ma zupełnie nic do zaoferowania, staje się tylko niebezpiecznym zawalidrogą, przeszkodą do usunięcia, która dla bohaterów pokroju Luke'a Skywalkera jest nikim. Podobnie sprawa wygląda z wykorzystaniem w fabule olbrzymiej maszyny zagłady mającej dokonać destrukcji kolejnego świata, czemu oczywiście sprzeciwiają się siły Jasnej Strony. Wszystko to już było, przynajmniej miejsce akcji to coś ciekawego choć też noszącego znajome rysy. Bo przecież w "napoczętej" przez strzał z Gwiazdy Śmierci planecie Jedha łatwo doszukać się krajobrazów wprost z wulkanicznej Mustafar. Co jest cenne, w fabule nakreślonej przez Gillena, to rzut oka na poszukiwanie miejsc Mocy przez wciąż uczącego się Luke'a, który jeszcze nie stanął twarzą w twarz z Vaderem, jeszcze nie spotkał Yody. Chłopak poznaje dopiero świat mistyki, pierwotnego dobra i zła, które walczą o dominację po różnych stronach Mocy. Ciekawe jest także wykorzystanie w fabule buntowników Saw'a Garrery nadal przebywających na zgliszczach Jedhy, raz jeszcze możemy usłyszeć o poświeceniu załogi Łotra 1 i doświadczyć różnic w łonie rebeliantów, których czyny często nie różnią się od tych dokonywanych przez Imperium.

A w warstwie wizualnej jest dobrze, musiałem przyzwyczaić się do komiksowej kreski, w zakresie otoczenia i ubiorów postaci, w zestawieniu z niemal fotorealistycznymi rysunkami twarzy, co powodowało pewien dysonans i nie zawsze robiło dobre wrażenie. 

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Scenariusz: Kieron Gillen
Ilustracje: Salvador Larroca
Tytuł: "Star Wars Komiks. Star Wars – Walka o kryształy. 3/2019"
Wyd.: Egmont, Warszawa 2019
Il.str.: 132
Cena: 19,99 zł

wtorek, 25 czerwca 2019

Anihilacja - finał!

Anihilacja. Tom 3

Po tym jak Lord Annihilus z pomocą Thanosa pojmał i przejął kontrolę nad Pożeraczem Światów Galactusem los wszechświata wydawał się przesądzony. Jak to bywa w opowieściach tego typu następuje pewna zmiana punktu widzenia, motywacje, które wydawały się oczywiste okazują się czym zupełnie innym, czymś znacznie bardziej złym niż wskazywałby na to czyny bohaterów. 

Zwieńczenie opowieści o najeźdźcach ze Strefy Negatywnej dostarcza wielu emocji. Samo opisywanie fabuły byłoby jednym wielkim spojlerem, ale warto tu nadmienić, że postacie poznane w poprzednich tomach walczą dzielnie do samego końca, muszą ponownie przełamać uprzedzenia wobec siebie i działać solidarnie dla wspólnego dobra. Wreszcie dochodzi do wielkiego starcia Thanosa z Draxem Niszczycielem, szkoda, że w tak niefortunnym momencie - choć dla fabuły to akurat świetna rzecz. Podobnie sprawa wygląda w chwili pojedynku Annihilusa z Novą. Jest brutalnie i krwawo i są nawet flaki, brr. Widoczne są wewnętrzne przemiany supertrykociarzy, a przede wszystkim zaangażowanie w walkę, której stawką jest los znanego wszechświata. Annihilus to nie tylko żądny podboju superłotr, to przede wszystkim siła niosąca zniszczenie i tylko tego zniszczenia pragnąca. I ciężko jest tu nawet mówić o ustanawianiu jakiegoś nowego ładu, choć ten także się w pewnym zakresie w opowieści pojawia. 

Dzięki trzeciemu tomowi Anihilacji, a właściwie zeszytom poświęconym zmaganiom heroldów Galactusa, choć na moment możemy wczuć się w istoty obdarzone wielkimi mocami. Ogromną rolę odgrywa tutaj Srebrny Surfer powracający na usługi Galactusa po okresie rejterady. Jego rola jest niebagatelna - to on ma pomścić upokorzenia jakich doznał Galactus za sprawą Aegis i Tenebrousa. Także Stardust wraca pod skrzydła Galactusa, by służyć mu po kres dni wyszukując nowe światy do pożarcia. Zapewnić ma to równowagę we wszechświecie. Jest jeszcze jeden z upadłych heroldów, który co prawda nie wraca na usługi swojego pana lecz postanawia wymierzyć sprawiedliwość wszystkim tym, którzy podczas wojny dopuścili się zbrodniczych czynów. Firelord uosabia niepohamowany gniew i zemstę.

Anihilację. Tom 3 przeczytałem z zaciekawieniem i przyznam, że bardzo lubię takie historie jakie opowiadane są w zeszycie Opiekunowie, odniesienia do powstania świata, potężnych mocy mających nad nim pieczę, które w pewnym momencie degenerują się doprowadzając do starcia wciągają mnie bez reszty. Mniej pociągają mnie starcia galaktycznych armii, zdecydowanie wolę coś podszytego mitologią, religią czy szeroko pojętym mistycyzmem. Nie zmienia to postaci rzeczy, że zarówno trzeci tom jak i dwa poprzednie to ciekawa, dynamiczna i nie nużąca dłużyznami opowieść o bohaterach posiadających bardzo różne genezy, kierujących się odmiennymi motywacjami dla osiągnięcia wspólnego celu.

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Tytuł: "Anihilacja. Tom 3"
Scenariusz: Keith Giffen, Christos N. Gage, Stuart Moore
Rysunki: Andrea DiVito, Scott Kolins, Mike McKone, Giuseppe Camuncoli
Wyd.: Egmont, Warszawa 2017
Il.str.: 304

czwartek, 20 czerwca 2019

Krew i złoto

Nawałnica mieczy t. 2: Krew i złoto

Dzisiejszy wpis będzie nieco krótszy niż te poprzednie omawiające tematykę Pieśni lodu i ognia. Powód jest bardzo prosty. W zasadzie stylistycznie w drugim tomie Nawałnicy mieczy nie następuje żadna, absolutnie żadna zmiana. Podobnie ma się sprawa rozwoju uniwersum wykreowanego przez George'a R.R. Martina. Nic znaczącego, poszerzającego naszą wiedzę na temat świata tym razem się nie pojawiło. Nie znaczy to, że książka jest gorsza od poprzednich, o nie! 

W drugim tomie Nawałnicy mieczy wiele rozpoczętych w poprzednich książkach wątków znajduje swój, mniej lub bardziej szczęśliwy, finał. Wyobrażam sobie jakim wstrząsem przypłaciło lekturę grono fanów Młodego Wilka Robba Starka Króla Północy i jakie wiwaty wznoszone były po wydarzeniach pamiętnego wesela króla Joffrey'a. George R.R.  Martin weselne radosne pląsy zmienił w upiorną rzeź przetasowującą układ sił rodów walczących o panowanie nad Westeros. I kiedy kolejne wielkie rodziny padają jak muchy za Wąskim Morzem Zrodzona z Burzy Matka Smoków Daenerys Targaryen kontynuuje swoją krucjatę wyzwalając kolejne miasta będące pod panowaniem Dobrych Panów. Sama blondwłosa piękność natyka się na ogrom przeciwności i przykrych zdrad w najbliższym otoczeniu. Inni ulubieni bohaterowie też doświadczają kolejnych wzlotów i upadków będących przyczynkiem do ich wewnętrznej przemiany i skonkretyzowania planów na przyszłość. Wyśmienity wątek Aryi Stark i Ogara, machinacje i przekręty Lorda Baelisha, wszystko co przydarza się Tyrionowi (ach ten pojedynek Oberyna Martella z Górą, wstrząs i niedowierzanie) to kolejne mocne strony tej pozycji.

Książka zaczyna się bardzo dramatycznymi wydarzeniami, ale i na koniec Martin przygotował niemałą niespodziankę, której fani serialu nie mieli okazji poznać. Jest to rzecz niezwykle ciekawa i bardzo jestem ciekaw, jak ten wątek będzie się rozwijał. Zapowiada się upiornie i krwawo, zupełnie jak z horroru. To jest kolejny powód, by fani serialu sięgnęli po książki. Są wątki lepiej rozegrane przez serial, to fakt, są jednak też takie, które nabierają głębszego sensu i mocniejszego wydźwięku w książce przez znacznie bardziej rozbudowany kontekst i mniej pretekstowe rozwiązania. Jeżeli ktoś nie dotarł z lekturą do Nawałnicy mieczy zmęczony poprzednimi powieściami, mnogością wątków i bohaterów, niech wróci do lektury bo warto! 

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Autor: George R.R. Martin
Tytuł: "Nawałnica mieczy t. 2: Krew i złoto"
Wyd.: Zysk i S-ka, Poznań 2014
Il.str.: 636
Cena: 59 zł

czwartek, 13 czerwca 2019

Dziennik z zakładu zamkniętego

Notatki samobójcy

Książki skierowane do młodzieży przede wszystkim mają zapewniać rozrywkę, budować więź ze słowem pisanym, a jeśli to możliwe, przemycać wartościowe treści pozwalające młodemu czytelnikowi jakoś osadzić się w trudnej rzeczywistości. Notatki samobójcy to kolejna publikacja po 13 powodach poruszająca temat odbierania sobie życia przez młodzież. I jest to znacznie bardziej wartościowa i godna uwagi pozycja choć powód jest tylko jeden - czasem to wystarczy.

Nastoletni Jeff trafia na zamknięty oddział szpitala psychiatrycznego, sam nie pamięta co się stało, co jest przyczyną tego z gruntu niezwykłego stanu rzeczy. Otaczają go pielęgniarki i inni kuracjusze będący w równym stopniu, a niektórzy nawet bardziej, pokrzywdzeni przez los co on. Kolejne sesje terapeutyczne w doktorem Kac'em (tak nazywa go Jeff), jego słowne z nim pojedynki, niczym starcia na florety, długo nie dają czytelnikowi punktu zaczepienia. Także zajęcia grupowe, podczas których poznajemy innych bohaterów będących tłem dla opowieści Jeffa, nie przynoszą spodziewanego wyznania prawdy mającego być przyczynkiem do zakończenia ponad czterdziestodniowego pobytu w szpitalu sukcesem. Jeff szczerze swych tajemnic jednak za sprawą nowo poznanej przyjaciółki Sadie zaczyna się przełamywać. Odstawienie "Leku Na Całe Zło", niebieskiej pastylki otrzymywanej co rano, również ma na to wpływ. Kolejne wydarzenia odsłaniają powody, dla których zwykły piętnastolatek, mający kochającą rodzinę, siostrę i przyjaciółkę, targnął się na swoje życie w sylwestrowa noc. 

Historię Jeffa poznajemy z jego relacji, to on jest narratorem całej opowieści. Każdy kolejny dzień przynosi jakieś nowe informacje o chłopaku, jego relacjach z rodzicami, siostrą, przyjaciółką Allie  lecz przez dłuższy czas możemy tylko domniemywać co było przyczyną tak dramatycznego aktu do jakiego doszło. Michael Thomas Ford stworzył przekonujący portret zagubionego nastolatka, dla którego okres dojrzewania, odkrywanie własnej tożsamości są bardzo trudne. Pomimo tego, że Jeff jest nad wiek inteligentny, chwilami nawet aż za bardzo, nie jest wstanie ustrzec się przed typowymi lękami jak strach przed odrzuceniem i własnymi uczuciami. Prawdziwe uczucia ukrywane są za fasadą sarkazmu i ciętego języka. Riposty jakimi rzuca Jeff są świetne! Notatki samobójcy z humorem i polotem poruszają kwestie będące dla młodzieży tak istotne. Samoakceptacja, pierwsze miłosne relacje, poczucie wsparcia i przynależności stają się fundamentem, musi być on mocny w przeciwnym wypadku może dojść do tragedii. Jest to książka zarówno dla dorastającej młodzieży jak i ich rodziców.

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Autor: Michael Thomas Ford
Tytuł:  "Notatki samobójcy"
Wyd.: Nasza Księgarnia, Warszawa 2017
Il.str.: 272
Cena: 29,90 zł

sobota, 8 czerwca 2019

Leonard Bernstein - KANDYD - Opera Krakowska

Opera Krakowska, inaugurując swój 23. Letni Festiwal, postawiła nie na operowy evergreen Pucciniego czy Verdiego, ale na opowieść wprost z nowojorskiego Broadwayu. "Kandyd" Leonarda Bernsteina, w doborowej obsadzie, ożywił deski krakowskiego teatru operowego roztaczając niezwykły klimat niebanalnego muzycznie i wizualnie przedstawienia. 

Leonard Bernstein najbardziej znany jest z "West side story", ten doskonale obeznany z muzycznym fachem kompozytor potrafił przelać swoja niezwykłą charyzmę i praktyczną wiedzę do tworzonych przez siebie utworów. Ale czy  reżyser krakowskiej inscenizacji, Michał Znaniecki, oddał tę charyzmę i werwę z jakiej znany był Bernstein? Znaniecki przegotował inscenizację pełną niespodzianek, w której czuć ducha Bernsteina, ale duch to już zupełnie inny, nie tak porywający jak być powinien. Do inscenizacji Znanieckiego nigdy nie mam zarzutów, jest to chyba mój ulubiony reżyser przedstawień operowych. Do dziś wspominam wspaniałego "Króla Rogera" w jego reżyserii, ale "Kandyd" to niestety nie tak porywające przedstawienie jak się spodziewałem. Sam utwór jest połączeniem musicalu, opery i operetki, stanowi niesamowity miszmasz, z którym nie każdy jest w stanie sobie poradzić. 

Wszystko rozgrywa się w scenerii ogromnej biblioteki, z której raz po raz rzucani jesteśmy w świat za sprawą przygód tytułowego Kandyda. W tej roli wystąpił Voytek Soko Sokolnicki doskonale oddając charakter granej przez siebie postaci. Otóż nasz młodzieniec wygnany z zamku barona po nakryciu go na miłosnych awansach do Kunegundy, portretowanej przez, jak zwykle znakomitą, Katarzynę Oleś-Blacha, musi stawić życiu czoła. Tułaczka Kandyda po świecie ma umocnić go w przekonaniach zaszczepionych mu przez Panglossa, w którego wcielił się Mariusz Godlewski. A prawda to przewrotnie prosta mówiąca, że świat na jakim się urodziliśmy to najlepsze miejsce z możliwych. Wkrótce okazuje się, że ukochane osoby giną, a Kandyd trafia z miejsca na miejsce przekonując się, że śmierć bliskich nie była do końca prawdą. Sam także staje się katem kilku osób w tym Rabina i arcybiskupa Paryża. Poznajemy także innych bohaterów dramatu, a między nimi gwiazdę wieczoru - Old Lady, w kreacji Małgorzaty Walewskiej. Losy bohaterów splatają się w groteskowej i absurdalnej opowieści o poszukiwaniu sensu życia, miłości i istnienia w ogóle. Nad całym tym zamieszaniem czuwał satyryk Krzysztof Piasecki (na szczęścicie partia mówiona) wcielający się w Woltera, autora powiastki filozoficznej na kanwie, której Bernstein osadził swoja opowieść.

I muszę przyznać, że pomysły realizacyjne, scenografia, gra świateł, a także świetne kostiumy nadawały całości klimatu, widać było zabawę konwencją i stylem. Także choreografia Jarosława Stanka nie pozwalały zatrzymać się nawet na moment, nadając całości tępa podkręcanego przez orkiestrę pod batutą Sławomira Chrzanowskiego. Miałem wrażenie, że chwilami tępo było aż za duże. To co działo na scenie się podczas wizyty Kandyda w Portugalii czy Eldorado było znakomite. Muszę tutaj napisać z przykrością, że wtręty do bieżącej sytuacji politycznej, jakie znalazły się w kwestiach Woltera, zupełnie mnie nie bawiły. Te nawiązania do edukacji, dobrej zmiany, programów z plusem, jakie to było słabe, jakie to czerstwe, ech. Wielkim plusem były popisy wokalne Oleś-Blachy i Walewskiej, widać, że obu paniom niczego nie brakuje, a jedna drugiej nie ustępuje talentem, świetne zestawienie!

Odwiedź mnie na Lubimy Czytać i Facebooku !

INFO
Kompozytor: Leonard Bernstein
Słowa piosenek: Richard Wilbur
Tytuł: "Kandyd"
Reżyseria, kostiumy, reżyseria światła: Michał Znaniecki
Kierownictwo muzyczne: Sławomir Chrzanowski
Scenografia: Luigi Scoglio

Cień przedwiecznej grozy

Literatura grozy nigdy nie była przeze mnie uznawana za ulubiony gatunek, ale jak sobie dłużej nad tym podumałem to wyszło, że jednak lu...