niedziela, 27 maja 2018

Anna Bolena - koniec miłości cnotliwego władcy

Plakat autorstwa Piotra Suchodolskiego
Po długiej przerwie przyszedł czas na słów kilka o najnowszej operze, którą przyjemność miałem zobaczyć na deskach Opery Krakowskiej.

Operę, Anna Bolena Gaetano Donizettiego, na scenę krakowskiego teatru, przeniosła Magdalena Łazarkiewicz, kierownictwo muzyczne objął niezastąpiony Tomasz Tokarczyk

O tragicznym losie Anny Boleyn słyszał chyba każdy. Nie? Nie wierzę. Na pewno obiło się Wam o uszy coś nie coś na temat rozlicznych żon króla Henryka VIII, nie będę zatem przybliżał fabuły spektaklu bo z grubsza jest wszystkim ona znana. Napiszę jednak, że główna akcja rozgrywa się między trzema postaciami, wspomnianą już tytułową Anną, jej mężem pragnącym się jej pozbyć Henrykiem VIII, a Joanną Seymour - będącą jednocześnie damą dworu, bliską osobą królowej i kochanką wiarołomnego króla.

I sama historia byłaby tu niczym gdyby nie genialnie odegrane role głównych postaci dramatu. Pełna wdzięku i smutku Anna, w tej roli rewelacyjna Karina Skrzeszewska, przykuwa uwagę widzą grą aktorską i śpiewem - takiego ładunku emocjonalnego na scenie Opery Krakowskiej dawno nie było! Ale dopiero w duecie z Seymour, odegranej z polotem przez Karolinę Sikorę, czy Henrykiem VIII, w interpretacji Wołodymyra Pankiwa, dotykamy dramatu zdradzonej królowej w pełni. Zaplątana w intrygę, zdradzona przez męża Anna traci zmysły w Tower, a widz wręcz namacalnie czuje jej ból. Niezwykłe. 

Nie zapominajmy o reszcie obsady, bo i chór jak i pozostali wykonawcy, chociażby Olga Maroszek w roli nadwornego grajka Smetona robią rewelacyjne wrażenie. Napiszę jeszcze o samej scenografii, zostawiłem sobie to na deser. Otóż, przeświadczenie, że ograniczenie jej do minimum, do paździerzowych ścian, w zamyśle by uwypuklić dramat bohaterów, by widza nie odciągać błyskotkami od akcji, jest błędne. Anna Bolena zasługiwała na dużo bogatszą oprawę niż to co zaserwował nam Paweł Dobrzyński. Dobrze, że stroje, za które odpowiedzialna była Maria Balcerek, były świetne, nawiązywały do epoki, budowały klimat. Ciesze się, że nie zdecydowano się na jakieś minimalistyczne kombinezony. Uff!

Jeżeli ktoś ma czas i ochotę to serdecznie zapraszam, chyba jeszcze jakieś bilety się ostały, jeśli nie to pamiętajcie o Annie Boleyn w przyszłym sezonie operowym. 



piątek, 25 maja 2018

Bzzzz, pszczoła! Auć!

W sumie to ciągle coś nam bzyczy koło nosa, a to mucha, a to trzmiel bądź pszczoła. Oczywiście spośród wszystkich bzyczących obywateli naszego świata, właśnie pszczoła powinna być darzona największą estymą. Te pracowite zwierzęta zapylają rośliny, które następnie dają nam plony. Wiem, wiem, nie tylko pszczoły odpowiadają za zapylanie, robią to także inne owady, chociażby wspominane wyżej trzmiele, ale jednak to pszczoła, z racji swojej obecności w naszej kulturze zasługuje na pierwsze miejsce na podium. Truizmy? Być może, ale warto wiedzieć więcej niż tylko, że są.

W moje ręce wpadła już jakiś czas temu, wybornie wydana, publikacja Wydawnictwa Literackiego Pszczoły. Opowieść o pasji i miłości do najważniejszych owadów na świecie. Napisana niezwykle prostym językiem, dopełniona fotografiami i rysunkami opowieść Joachima Pettersona o jego przygodzie z pszczołami i zawodem pszczelarza, rozpaliła we mnie chęć posiadania własnego ula. Jednak nie dla psa kiełbasa, muszę zadowolić się tylko książką, przynajmniej na razie. Ale myśl, żeby rzuć to wszystko i założyć pasiekę towarzyszyła mi przez całą lekturę. I powiem szczerze, wcześniej miałem świadomość jak ważne są pszczoły dla naszego rolnictwa i świata w ogóle, ale nie specjalnie zainteresowany byłem poszerzaniem swojej wiedzy w tym temacie. Zobaczyłem Pszczoły... na półce w księgarni i od razu ta książka przykuła moją uwagę, rozbudziła zainteresowanie, a o to chyba właśnie chodzi.

Wydanie jest po prostu piękne, twarda oprawa pokryta płóciennym materiałem, czarny pas grzbietu ze złotymi literami, świetny papier. Joachim Petterson poza tekstem odpowiada także za zamieszczone fotografie, ilustracje natomiast wykonała jego żona. I tyle tych smutów z mojej strony, zapraszam do lektury!

INFO
Autor: Joachim Petterson
Tytuł: "Pszczoły. Opowieść o pasji i miłości do najważniejszych owadów na świecie"
Wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018
Il.str.: 194
Cena: 44,90 zł

środa, 16 maja 2018

Łotr 1 - The Art of Rogue One: A Star Wars Story

Dawno mnie tu nie było, niestety nic nie zapowiada, że to się zmieni... Ot, zwykła życiowa degrengolada. 

Zmobilizowałem się, aby skreślić tych kilka zdań na temat książki, która po bardzo długiej podróży, w końcu do mnie dotarła. Cóż, przesyłka z Amazona obleciała pół globu, by wreszcie do mnie trafić, ku mojej wielkiej radości.

Jako fan "Gwiezdnych wojen" nie mogłem przeboleć, że publikacja opowiadająca o powstawaniu "Łotra 1" nie ukazała się na naszym rodzimym rynku księgarskim. Nie wiem czy jest już przesyt, czy, mówiąc kolokwialnie, nie schodzi im towar z półek, czy może ktoś stwierdził, że nie będzie na tę konkretną publikację zapotrzebowania, ale wydania polskiego brak. Nabyłem zatem oryginale, było warto czekać!

Książka trzyma wysoki poziom, twarda oprawa w obwolucie, papier kredowy, a co najważniejsze wszystko wypełnione pracami koncepcyjnymi artystów pracujących nad filmem. Świetne! Powiem jeszcze, że "The Art of Rogue One: A Star Wars Story" oraz wydane w Polsce "Star Wars Art. Koncepty" i "Wizje twórców Star Wars: Przebudzenie Mocy", zupełnie odcinają się od publikacji wydawanych przez Amber w latach '90 nawiązujących do klasycznej trylogii czy tych późniejszych dotyczących prequeli. Tamte wydrukowane na kredowym papierze, ale w miękkiej oprawie, klejone, a nie szyte, niestety już się rozpadają, rzadko po nie sięgam, aby się nie niszczyły zanadto, przecież na nowe edycje tych książek  nie doczekam się nigdy!

INFO
Autor: Josh Kushins
Tytuł: The Art of Rogue One: A Star Wars Story
Wyd.: Abrams & Chronicle Books, 2016
Il.str.: 256
Cena: 40 dolarów (okładkowa)


Mroczne widmo - jak powstawał film

19 maja 2019 roku minie dokładnie 20 lat od premiery pierwszej części trylogii prequeli Star Wars. "Mroczne widmo", bo taki po...