piątek, 13 września 2013

Galaktyczne zwroty akcji

Znacie Modę na Sukces? Głupie pytanie, jasne, że znacie! Każdy choć liznął, przypadkiem lub całkiem celowo, trochę opowieści o domu mody Forrester, o dozgonnej miłości Ridge'a i szklanookiej Brook, o nieśmiertelnej Taylor umierającej i powstającej z martwych (bynajmniej nie za sprawą ojca Bashobory) co 1000 odcinków. Jedni są zniesmaczeni, inni zachwyceni - jak to ludzie. Długie opowieści mają to do siebie, że albo z każdym kolejnym odcinkiem jest coraz lepiej, napięcie rośnie, a fabuła to komplikuje się to wraca na właściwe tory, albo kolejne odsłony psują to co było dobre niszcząc cały efekt. Gwiezdne Wojny nie są wyjęte spod tej reguły - niestety. Ulubiona seria zbliża się bardzo niebezpiecznie szybko (wiem, że to pojęcie relatywne, ale jak dla mnie właśnie tak jest) do końca. Staje się też pomału coraz mniej ulubioną serią, dla której mam z każdą stroną zbliżającą mnie do kresu opowieści więcej powodów do narzekania, na domiar złego zacząłem odczuwać pierwsze symptomy irytacji. Nie bez kozery wspomniałem o perypetiach pięknych i zuchwałych z Mody na Sukces, seria Przeznaczenie Jedi momentami zaczyna przypominać ten serial.
Czytelnik w siódmej części cyklu otrzymuje wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji, które aż wołają o pomstę do nieba. Na temat fabuły zbytnio się rozpisywał nie będę bo to z grubsza kontynuacja poprzednich wątków z tym zastrzeżeniem, że do tych dobrych i ciekawych w każdej części, także w Wyroku, dorzucono stek niepotrzebnych bzdetów. Jest zatem kontynuacja pościgu za Abeloth, ciekawy wątek polityczny z zamachem stanu włącznie, walka zniewolonych ras o wolność, rozgrywka pomiędzy Sithami i Jedi, ale i sentymentalne marudzenie. Fajnie się to czyta, szybko i płynie tylko, że człowieka mierzi sposób zamykania wątków, które wprost wrzeszczały o mniej sztampowe i bardziej zaskakujące zakończenie. Mam na myśli chociażby wątek wizji małej Allany dotyczące jej matki Tenel Ka. Takie pole do popisu zdemolowane zachowawczością i sam już nie wiem czym...
Jestem bardzo zaniepokojony przed lekturą ostatnich dwóch tomów, aż boje się tego jak autorzy zakończą całą opowieść. Oczywiście spodziewam się, że pozostawią odległą galaktykę zdemolowaną, dając szansę do popisu kolejnym twórcom chcącym poszerzyć uniwersum pisząc kolejną serię pod sztandarem Star Wars, pozostaje tylko pytanie czy będzie jeszcze jakiekolwiek pole do manewru?

INFO
Autor: Aaron Allston
Tytuł: "Przeznaczenie Jedi VII - Wyrok"
Wyd.: Amber, Warszawa 2012
Il.str.: 384
Cena: 39,80 zł

niedziela, 8 września 2013

Wyprawa Aleksandra Wielkiego

Smutnymi okruchami klasyków antyku karmią nas na lekcjach polskiego w szkole. Strzępy Iliady i Odysei Homera, okruchy mitologii, jakiś tam antyczny dramat Sofoklesa lub Ajschylosa i tyle. W sumie nic wielkiego czym warto byłoby sobie zwracać cztery litery. Jednakowoż nawiązania do kultury antycznej pojawiają się bardzo często zarówno w literaturze współczesnej jak i w filmie. Bez względu na przynależność gatunkową dzieła czerpiącego z antyku pełnymi garściami mamy tego coraz więcej. Temat jest wciąż żywy pomimo faktu, iż to co oferuje się widzowi jest popkulturową transformacją klasycznych motywów, często zdeformowanych do nieprzytomności. 
Dla ciekawskich i chętnych pogłębienia swojej wiedzy w temacie kultury antycznej, dla miłośników literatury klasyków zarówno rzymskich (Wergiliusz, Tytus Liwiusz) jak i greckich (Sofokles, Homer, Ksenofont) wydawnictwo Ossolineum wraz z DeAgostini przygotowało parę lat temu kolekcję "Arcydzieła Kultury Antycznej" dziś łatwo dostępną w składach taniej książki.
Zaciekawiony osobą Aleksandra Wielkiego, o którym nawet największy dyletant słyszał sporo, chociażby za sprawą hollywoodzkiej ekranizacji jego życia z Colinem Farrellem w roli głównej, sięgnąłem po Wyprawę Aleksandra Wielkiego autorstwa Flawiusza Arriana. Stwierdziłem, że niepodobieństwem jest czytać te wszystkie popularnonaukowej opracowania na jego temat nie znając w miarę wiarygodnego przekazu źródłowego z czasów, w których pamięć o czynach wielkiego macedońskiego wodza była wciąż bardzo mocna. Flawiusz Arrian swoje dzieło napisał na podstawie notatek sekretarzy Aleksandra, a najważniejszym źródłem były zapiski Ptolemajosa (późniejszy król Egiptu Ptolemeusz I Soter przodek słynnej Kleopatry VII), Nearcha i Arystobula z Kasandrei. 
Dzieło, podzielone na siedem ksiąg, stanowi zapis podbojów Aleksandra Wielkiego. Sporo informacji o kampanii przeciwko perskiemu królowi Dariuszowi, o spiskach panujących w państwie, a przede wszystkich o licznych podbojach jakich dokonał podczas swoich rządów zawarł Arrian w swojej książce, która bez zbędnych ozdobników w bardzo żywy i wartki sposób przedstawia nam wielkiego wodza wraz z jego zaletami i wadami. Zasadniczy tekst utworu poprzedzony został wstępem historycznoliterackim, dopełniają go niezbędne przypisy, które pozwalają nam lepiej zrozumieć kontekst wydarzeń opisanych w utworze. Pomimo iż dane statystyczne zawarte w Wyprawie Aleksandra Wielkiego dotyczące wielkość walczących wojsk są często przesadzone, że wiele z opisanych miejscowości dziś już w ogóle nie istnieje albo nigdy nie udało się ich zlokalizować, że stan dzisiejszej wiedzy skonfrontowany z dziełami starożytnych często przeczy ich ustaleniom dzieło Flawiusza Arrina jest pozycją obowiązkową zarówna dla miłośników kultury i historii antyku jak i wielbicieli wielkiego macedońskiego wodza. 

INFO
Autor: Flawiusz Arrian
Tytuł: "Wyprawa Aleksandra Wielkiego"
Wyd.: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, DeAgostini,
Il.str.: 349
Cena: Kupiłem za 7 zł

piątek, 30 sierpnia 2013

Holokron - wizja nowej książki?

Tyle w książkowym światku mówi się o przyszłości książki, że aż szkoda  pominąć we własnych rozważaniach temat wizji "nowej książki", głęboko osadzonej zarówno w kulturze "wysokiej" jak i w popkulturze. Różne osoby powiadają, że dni życia papierowego kodeksu są już policzone, że nieubłaganie zbliża się czas, w którym papier zastąpiony zostanie technologicznymi nowinkami. W tych wszystkich wizjach i opowieściach rodem z filmów science fiction na pierwszym miejscu stawia się tezę, wedle której nowe technologie muszą i zapewne doprowadzą do całkowitego wyparcia tradycyjnej książki, że taka jest kolej rzeczy podyktowana rozwojem naszej cywilizacji. Tablety i e-czytniki dzięki, którym możemy odczytywać zapisane w różnych formatach pliki tekstowe, są coraz powszechniejsze. Widać to chociażby podczas jazdy środkami komunikacji miejskiej. Także  oferta publikacji zapisanych w formie plików dźwiękowych,  audiobooków, książek czytanych, jest coraz szersza. Z księgarń jednak w dalszym ciągu książki nie znikają, a wręcz przeciwnie pojawia się ich coraz więcej. Mamy więc z jednej strony poszerzenie oferty tradycyjnych książek, widocznej zarówno w formie jak i treści proponowanych publikacji, a z drugiej strony ledwie zauważalny (na naszym polskim rynku) wzrost znaczenia publikacji elektronicznych. Oferta polskich wydawców, skierowana do posiadaczy e-czytników, jest wciąż bardzo uboga w porównaniu do przeogromnych zasobów zagranicznego giganta jakim jest Amazon. 
Wiele z nowinek techniki, którymi możemy umilać sobie naszą ziemską egzystencje, znalazło swój początek w filmach, a także książkach, z gatunku szeroko pojętej fantastyki naukowej. Dzisiejsze, wcześniej wspomniane, tablety i e-czytniki, pojawiały się już wcześniej w serii filmów Star Trek i Star Wars. Oczywiście różniły się nazwą, designem i oferowanymi funkcjami, ale idea filmowego datapad'a jest jak najbardziej taka sama, jak naszego e-czytnika czy tabletu.  W książkach i komiksach z mojego ulubionego uniwersum Star Wars, oprócz wspomnianych datapadów, pojawiają się także holokrony, w których przechowywana jest wiedza starożytnych mistrzów. Holokron to urządzenie w kształcie wielościanu foremnego, najczęściej czworościanu, sześcianu lub ośmiościanu, służące za kronikę badań danego mistrza Jedi lub Sitha nad arkanami Mocy. Urządzenie przechowuje zakodowany obraz i dźwięk więc jest czymś pomiędzy auiobookiem, a zapisem filmowym czyli idealnie tym do czego dążą twórcy nowych technologii. Myślę, że wiele osób słyszało już o próbach stworzenia książek łączących w sobie funkcje odtwarzania dźwięku, zaopatrzoną w ruchome obrazy, ilustracje. Książki z funkcją audio i wideo maja być kolejnym etapem rozwoju książki po upowszechnieniu książek w formie plików na urządzenia przenośne. Czyżby holokron, dziś zupełnie abstrakcyjne urządzenie wprost z Odległej Galaktyki, mógł stać się wizją książki przyszłości? Tego nie wiem, ale kwestia jest warta rozważenia :)

niedziela, 25 sierpnia 2013

Duma Key

Artysta to taki specyficzny człowiek, który do pracy potrzebuje trzech rzeczy: natchnienia zwanego górnolotnie artystyczną weną,  przyborów, którymi wykona swoje dzieło oraz odpowiedniego miejsca nastrajającego do wytężonej pracy nad dziełem zrodzonym w odmętach jego wyobraźni. O talencie nie wspominam bo jest rzeczą oczywistą, kiedy na myśli mamy artystę. Choć w sumie w naszych czasach nawet talent nie jest niezbędny, by za artystę być uznawanym. Pełno jest wszędzie pseudoartystycznych rzygowin nazywanych sztuką przez duże "S". Przez krytyków powieści Stephena Kinga nazywane są grafomańskimi wybrykami i pewnie wielu z nich do wspominanych przeze mnie rzygowin zalicza jego twórczość. Książki Kinga jednak są czytane i przez publiczność lubiane, a sam autor dalej robi swoje i dobrze. Ręka Mistrza przebiła wszystkie książki Kinga, które do tej pory przeczytałem (a było tego niemało).  
Przewracając kolejne kartki powieści towarzyszymy Edgarowi Freemantle najpierw w jego powrocie do zdrowia po tragicznym wypadku, w którym stracił rękę, by później śledzić nagłe przebudzenie dawno zapomnianego talentu malarskiego, który wprost eksploduje na wyspie Duma Key. Na wyspie Edgar zmaga się z samym sobą, ze słabością ciała po spotkaniu pierwszego stopnia z ogromnym dźwigiem, który zmiażdżył go w samochodzie pozbawiając ręki i gruchocząc biodro. Każdego dnia walczy z ograniczeniami okaleczonego ciała, a także z wspomnieniami pierwszych miesięcy rekonwalescencji. Jego dawne życie potentata budowlanego, szczęśliwego ojca dwóch córek i męża pięknej kobiety dobiegło końca wraz z wypadkiem. Na Dumie Edgar zaprzyjaźnia się z  opiekunem dziedziczki i właścicielki wyspy Elizabeth Eastlake Wiremanem. Nie zdaje sobie sprawy, że jego los splecie się na stałe z Wiremanem i Elisabeth. Historia młodości Elizabeth dostarcza Edgarowi wielu niepokojących informacji związanych z nagłym przebudzeniem jego talentu. Edgar, zupełnie tak jak kiedyś Elizabeth, maluje obrazy w szalonym tempie. W Wielkim Koralu, jak nazywa swój dom na Dumie, trzy rzeczy ważne dla artysty, o których wspomniałem we wstępie, połączyły się w perfekcyjną całość. Wszystkie dzieła Edgara powstałe w Wielkim Koralu są niepokojące, magnetyzują swoim pięknem, a zarazem przerażają ukrytym w nich złem. Freemantle dzięki swoim obrazom może wpływać na rzeczywistość, w dodatku w malarskim szale wydaje mu się, że maluje nie tą ręką, która mu pozostała, ale tą amputowaną. Jakaś mroczna siła przyciąga na Dumę ludzi obdarzonych talentem, wykorzystując ich do swoich celów. Wybrzeże słonecznej Florydy staje się areną, po której szaleją mroczne siły.
King, tradycyjnie już sięga po ulubione przez siebie motywy czyli nadprzyrodzone zdolności i wpływ mrocznych mocy na zwykłych śmiertelników, a bohaterem, jak w większości jego książek, jest twórca-artysta (zwykle jest nim pisarz). Kolejną charakterystyczną cecha pisarstwa Mistrza Horroru, obecną także w Ręce Mistrza, jest wykorzystywanie zdarzeń z przeszłości bohaterów mających niebagatelny wpływ na ich teraźniejszość i przyszłość. Niezwykle ciekawa historia wyspy Duma Key i zamieszkującej ją rodziny Elizabeth Eastlake sprawia, że książka bez reszty mnie wciągnęła. Nie dała mi żadnych szans bo uwielbiam takie opowieści. Będę się powtarzał, ale napiszę to. Wiele książek, które wyszły spod pióra Stephena Kinga miałem już przyjemność czytać, ale Ręka Mistrza obok Historii Lisey i Misery to jak dotąd, w mojej skromnej ocenie, najlepsza jego powieść. Liczę jednak, że mój ulubiony autor nadal trzyma formę i powieść Doktor Sen mająca ukazać się końcem września przebije wszystko co napisał do tej pory. 

INFO
Autor: Stephen King
Tytuł: "Ręka mistrza"
Wyd.: Warszawa, Prószyński i S-ka, 2011
Il.str.: 640
Cena: 39 zł


wtorek, 20 sierpnia 2013

Chyba mnie opętało

Opętało mnie. Zdecydowanie tak. W tym stwierdzeniu musi być  choć ziarno prawdy skoro od jakiegoś czasu wybieram książki różnych pisarzy, i zagranicznych, i rodzimych, dotykające tematów zjawisk paranormalnych, przeróżnych cudów i strasznych maszkaronów. Po Wampirze Reymonta trafiłem na Opętanych Witolda Gombrowicza. Powieść Opętani to kolejny przykład powieści gotyckiej na gruncie literatury polskiej. Historia,  łącząca elementy kryminału, powieści sensacyjnej i powieści gotyckiej, pierwotnie drukowana była w odcinkach na łamach polskiej prasy ("Dobry Wieczór - Kurier Codzienny", "Express Poranny").
W Opętanych splatają się losy bardzo różnych osób - Maja Ochołowska jest córką bankrutującej szlachcianki, trener tenisa Leszczuk to obdarzony talentem młodzieniec szukający okazji by zaistnieć w tenisowym światku, narzeczony panny Ochołowskiej Cholawicki jest zarządcą zrujnowanych dóbr hrabiego Holszańskiego, profesor Skoliński natomiast jest miłośnikiem historii pragnącym odkryć skarby ukryte na zamku Holszańskiego. Nie tyko Skoliński ma chrapkę na ukryte w pogrążonym w ruinie zamku Holszańskiego dobra. Przebiegły Cholawicki, mający pieczę nad szalejącym z rozpaczy za synem Franiem hrabią Holszańskim, liczy, że ukryte w zamczysku skarby przypadną mu w udziale po śmierci starego dziedzica. Tylko co stało się z Franiem? Dlaczego hrabia oszalał? Wkrótce los wszystkich bohaterów złączy się z mroczną tajemnicą skrywającą się w starej kuchni posępnego zamku. Podchody, odkrywanie krok po kroku kolejnych elementów układanki oraz przedziwny magnetyzm, jakim pałają do siebie Maja i Leszczuk, stanowią fabularny trzon Opętanych.
W powieści Gombrowicz zawarł wiele ciekawych motywów sprawiających, że książka jest troszku straszna, ale także troszku zabawna. Jest zatem w tym kryminale poza intrygą trochę okultyzmu, historii o duchach, lokalnego folkloru, taniej sensacji, a wszystko to dopełnione zostało portretem polskiego społeczeństwa sprzed wojny. Sama historia hrabiego Holszańskiego, jego syna Frania i upiornej kuchni, w której zło panuje niepodzielnie, stanowi pretekst do obmalowania portretów postaci, które, każda na swój sposób, są opętane. Opętane przez inne osoby, wspomnienia czy pragnienie wzbogacenia się lub sławy. Każdy z bohaterów jest opętany, nie tylko Leszczuk zdradzający objawy opętania bardzo namacalnie, ale także Maja, Cholawicki, Skoliński na Holszańskim kończąc. 

INFO
Autor: Witold Gombrowicz
Tytuł: "Opętani"
Wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011
Il.str.: 420
Cena: 49,90

czwartek, 15 sierpnia 2013

Krwawe paryskie wesele

Osoba Aleksandra Dumasa nie jest obca zarówno miłośnikom literatury jak i fanom kina, szczególnie kostiumowych romansów ze sporą szczyptą intryg i wartkiej akcji. Wszyscy, dosłownie wszyscy, znają bohaterów powieści Trzej muszkieterowie oraz ich kultowe zawołanie "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!". Większość znanych mi osób zna, chociażby ze słyszenia historię hrabiego Monte Christo, jednak znacznie mniej osób zna i kojarzy opowieść o królowej Nawarry Margot. Dziś właśnie słów kilka na temat powieści historycznej Królowa Margot.
Akcja powieści przenosi nas do roku 1572 na dwór króla francuskiego Karola IX Walezjusza. Tytułowa Margot, jego siostra, zostaje poślubiona protestantowi królowi Nawarry Henrykowi. Ślub ma tylko i wyłącznie podtekst polityczny, ma pogodzić zwaśnione frakcje katolików i hugenotów. Wszystko byłoby pięknie, gdy nie spiski panoszące się za sprawą królowej-matki Katarzyny po Luwrze niczym zaraza. W kilka dni po ślubie Margot i Henryka dochodzi do rzezi hugenotów zapisanej na kartach historii jako Noc św. Bartłomieja. Król Nawarry zmuszony jest przyjąć wiarę katolicką by uniknąć śmierci. Niestety dla rządnej władzy i szczerze nienawidzącej Henryka Katarzyny, pragnącej osadzić na tronie wszystkich swych trzech synów - jeden z nich to Henryk Walezy, tak, ten król Polski, który uciekł kiedy tylko nadarzyła się okazja objęcia tronu francuskiego - to za mało. Królowa-matka nadal knuje intrygi. Między jednym a drugim spiskiem, serwowanym nam przez Katarzynę, wpleciono także wątki miłosne. Luwr pełen jest pogrążonych w ogniu namiętności kochanków. Także nieszczęśliwie wydana za mąż Margot oddaje się miłosnym igraszką z mężczyzną, któremu w Noc św. Bartłomieja uratowała życie - panem de La Molem. Między wspomnianym de La Molem, a poznanym w karczmie panem Annibalem de Coconnasem  nawiązuje się przyjaźń o dość niebanalnych początkach. Poza stanem szlacheckim dwóch panów łączy także uczucie do dam, z którymi w żaden sposób nie mogą się oficjalnie związać. I tak to się plecie intryga, słowne utarczki i miłosne schadzki. Sekrety, knowania, polityka i mordy.
Nie porwała mnie ta momentami naprawdę zaskakująca i zabawna książka. Opowieść niepozbawiona jest uroku i bardzo ciekawych wydarzeń, akcji, intryg, romansów, a nawet szczypty czarów, ale... Polityczna intryga owszem jest ciekawa, szczególnie, że w tle znajduje się także sprawa polska, jednak te nadęte dialogi, które aż proszą o spuszczenie z nich powietrza pozbawiały mnie tchu. Ciekawe tło historyczne, barwne postacie w zupie z dętych dialogów doprawione takim sobie romansem nie doprowadziły mnie do czytelniczego uniesienia. Szkoda bo taką miałem ochotę na tę książkę.

INFO
Autor: Aleksander Dumas
Tytuł: "Królowa Margot"
Wyd.: Krajowa Agencja Wydawnicza, Rzeszów 1990
Il.str.: 481
Cena: ?

sobota, 10 sierpnia 2013

Galaktyczne zawirowania

Po poprzedniej części serii Przeznaczenie Jedi zwątpiłem w fabularny potencjał historii przedstawionej przez trzech autorów, jak w trójcy świętej złączonych w jednego stworzyciela. Cóż, trudno wymagać od opowieści na zmianę pisanej przez różne osoby, dysponujące innym podejściem do tematu i pisarską bazą, aby historia była cały czas na tak samo dobrym poziomie. Poprzednio się nie udało, jednak Wir Troy'a Denninga nie tylko potrafi zaskoczyć i przykuć uwagę czytelnika, ale także na nowo rozbudzić nadzieję, że opowieść nie jest stracona, że nadal ma potencjał. Liczę, iż tego potencjału wystarczyło na ostatnie trzy tomy serii. O tym przekonam się po ich lekturze już niebawem. 
Przed okrzykami zachwytu muszę na samym początku trochę ponarzekać. Właściwie większość wątków znanych z poprzednich części jest kontynuowana, mam wrażenie jednak, że autorzy albo zapomnieli albo celowo "uśpili" wątek spisku przeciw przywódcy Szczątków Imperium Jaggedowi Felowi - szkoda. Widać za dużo było już walki o władze (choć w sumie cały czas o nią chodzi). Wystarczył widocznie główny spór między Natasi Daalą a Zakonem Jedi. W samym zakonie także dochodzi do rywalizacji o przywództwo między Wielkim Mistrzem Kenthem Hamnerem zwolennikiem dyplomacji i ostrożnego podejścia do bieżących wydarzeń, a mistrzynią Sabą Sebaytne optującą za siłowym rozwiązaniem konfliktu z przywódczynią Daalą. Zupełne szaleństwo, ale czyta się bardzo przyjemnie. Szczególnie moment ucieczki eskadry myśliwców Jedi z Curuscant został pomyślany wprost genialnie! Nadal eksponowane są działania Lotu Wolności zmierzające od zniesienia niewolnictwa w galaktyce, a przy okazji zwrócono uwagę na dużą rolę środków masowego przekazu, nie tylko w informowaniu publiki o bieżących wydarzeniach, ale także o samym wpływie na władzę i społeczeństwo. Autorzy, w "odległą galaktykę", przenieśli coś co jest nam tak dobrze znane - tworzenie przez media tematów chodliwych i kontrowersyjnych w celu osiągnięcia celów politycznych i finansowych. Słów jeszcze kilka o walce sprzymierzonych sił Sithów i Luke'a Skywalkera z Abeloth. Ten wątek mógł zostać zakończony w poprzedniej części, jednak został reanimowany i coś czuję, że towarzyszył mi będzie do końca tej serii. Poza standardowym, i nieco już nużącym, użeraniem się z Sithami Skywalkerowie muszą zgłębić tajemnice siedliska Abeloth oraz dopilnować by ich własne sekrety nie wyszły na jaw. Szczęśliwie w zmaganiach Luke'a z Sithami znalazło się coś zajmującego. Mianowicie ucieczka Abeloth na planetę zamieszkaną przez wyznawczynie Białego Nurtu (jedno z filozoficznych podejść do Mocy). Rzecz ciekawa, rozbudowująca akcję oraz filozoficzne aspekty Uniwersum. 
Podsumowując - jest dobrze. 

INFO
Autor: Troy Denning
Tytuł: "Przeznaczenie Jedi VI - Wir"
Wyd.: Warszawa, Amber 2012
Il.str.: 416
Cena: 37,80 zł

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Valis

Po wejściu do księgarni uderza mnie feeria barw, istna orgia kolorów książkowych okładek mniej lub bardziej równo poukładanych obok siebie na regałach. Okładka jest tym, co rzuca się jako pierwsze w oczy nabywcy książki. Jest dla niej tym czym fasada dla budynku. Nie łatwo jest, na pierwszy rzut oka, dostrzec w tej przepastnej kolorów masie książki wydane pięknie i starannie. Wprawne oko wytrawnego "książkoszperacza" potrafi jednak spośród oferowanej przez wydawców tęczy różnorodnych pozycji wyłuskać prawdziwe perły. O takiej perle, odnalezionej w gruzełkowatej muszli małży, dziś słów kilka napiszę.
Jakiś już czas temu w oko wpadło mi wydanie powieści Valis Philipa K. Dicka, które na rynek wydawniczy trafiło za sprawą poznańskiego Rebisu. Nic w tym dziwnego wszakże, że coś mi się w księgarni spodobało, jednak w tym konkretnym wydaniu Valisa uderzyło mnie, jak obuchem w głowę, przygotowanie szaty graficznej, które jest zwyczajnie i niezaprzeczalnie piękne. Rebis w 2011 roku wydał całą serię książek Dicka w opracowaniu graficznym polskiego artysty, na stałe mieszkającego w Paryżu, Wojciecha Siudmaka. O samym Siudmaku po raz pierwszy usłyszałem podczas jego wystawy w Muzeum Miejskim Wrocławia w 2003 roku. Wielkim szczęściem jest fakt, iż retrospektywne wystawy tego przedstawiciela realizmu fantastycznego goszczą w Polsce dość często. Ot dla przykładu jeszcze do pierwszego września 2013 można oglądać wystawę "Diuna i światy fantastyczne" w Muzeum im. ks. dr. Władysława Łęgi w Grudziądzu. 
O samym wydaniu jeszcze kilka słów i zdjęć dla zilustrowania całej sprawy. Na obwolucie widnieje niesamowity obraz Siudmaka, którego tytuł to "Poursuite de sons" (zdaje się, że w tłumaczeniu z francuskiego brzmiałby jako "pogoń za dźwiękiem") oraz wytłoczone srebrnymi literami imię, nazwisko autora wraz z tytułem dzieła. Pod obwolutom miłośnik piękniej książki zobaczy twardą, srebrną okładkę z wytłoczonym emblematem, który to znajdziemy na każdej książce w tej serii. Wklejka, czyli strona łącząca okładkę ze zrębem głównym książki, także jest w barwach srebra, uwieszono na niej fragment rysunku "Laocoon", który w całości znajduje się przed stroną tytułową. Przed wstępem Jerzego Jęczmyka, tłumacza powieści, umieszczono kolejną pracę Siudmaka "Belvedere". Natomiast przed tekstem właściwym mamy następne dwa szkice. Pierwszy to "Papers épars" (zniszczone, potargane dokumenty?), tytułu drugiego nie udało mi się wyszperać. Teraz kilka zdjęć, aby tradycji stało się zadość. 







czwartek, 1 sierpnia 2013

Coś z klasyki mniej znanego

O powieści gotyckiej już na blogu pisałem. Oczywiście w równym stopniu zdążyłem ten temat obśmiać co się nim zachwycić, ale jeszcze polskich przykładów powieści gotyckiej przyjemności czytać i omawiać nie miałem, aż do teraz. Za sprawą nie kogo innego jak Władysława Stanisława Reymonta  przeniosłem się do ogarniętego ezoterycznym szałem Londynu początku XX wieku. Jak wiadomo, osobom zainteresowanym tematem, rozkwit ezoteryki przypada na schyłek XIX i początek XX wieku, kiedy to ludzka wyobraźnia podsycana była zbliżającym się końcem kolejnego stulecia. Czas ten zaowocował pracami takich wybitnych okultystów jak Aleister Crowley (Magija w teorii i praktyce 1911 r.), Helena Bławatska (Doktryna tajemna 1888 r.), Eliphas Levi (Historia magii 1860 r.) czy Artur Edward White (Obrazkowy klucz do tarota 1910 r. wydany wraz z opracowaną przez White’a talią kart Tarota). Prace, tych autorów oraz wielu innych, poruszające tematykę magiczną nie umarły śmiercią naturalną zignorowane przez czytelników. Wręcz przeciwnie, przez lata ich nakłady były wznawiane, książki te doczekały się tłumaczeń na wiele języków (w tym także na polski). Już w momencie publikacji dzieła te wywierały wpływ na ludzi złaknionych sensacji, pragnących cudów i mistycznych doznań. I Reymont znalazł się w sferze oddziaływań okultystów i teozofów. Żywo zainteresowany tematem i osobą wspomnianej Heleny Bławatskiej, będąc pod wpływem szaleństwa epoki napisał powieść Wampir
Rzecz dzieje się w Londynie w pierwszych latach XX wieku. Londyn jawi się jako posępne miejsce pogrążone we mgle, w którym to schronienie znaleźli wyznawcy różnego rodzaju religijnych kultów i sekt. Zenon - emigrant z Polski, literat - jest świadkiem okultystycznych rytuałów, podczas których poznaje demoniczną, rudowłosą Daisy (Stokrotka, takie niepozorne imię dla oblubienicy diabła). Z biegiem czasu Zenon coraz bardziej traci zmysły dla upiornej i zarazem pociągającej niewiasty (normalka, diabelne kobiety zawsze są jednocześnie kuszące i przerażające), budzi to jego lęk. Także przyjaciele Zenona, równie jak i on umoczeni w okultystyczne praktyki, zaniepokojeni są całą sytuacją, ostrzegają go przed Stokrotką, ale on nie potrafi się od niej uwolnić. Narzeczona mężczyzny Betsy  zamartwia się o Zenona będącego coraz częściej nieobecnym ciałem i duchem. Całą sytuacje komplikuje dodatkowo przyjazd do Londynu dawnej miłości Zenona Ady, która może przyczynić się do jego zguby lub ratunku. 
Wszystko to unurzane jest w klimacie posępnej beznadziei potęgowanej przez ponure opisy miasta i mrożących krew w żyłach (kiedy książka była publikowana to pewnie mroziły krew, teraz to już mało człowieka może zaszokować) satanistycznych rytuałów, w których to wampirzyca Daisy nieźle sobie poczyna z demonem Bafometem (zapewne zaczerpniętym od Eliphasa Leviego, który to bóstwo po raz pierwszy opisał). Ciekawa opowieść, nie powiem, że nie, ale mimo wszystko czegoś mi zabrakło. Postacie, jak i sama historia, ma bardzo duży potencjał, który raczej nie został wykorzystany na 100% jednakże warto się zapoznać, przeczytać. Chociażby dla przyjemności zaskoczenia rozmówcy, że Reymont to nie tylko Jagusia i Chłopi.

INFO
Autor: Władysław St. Reymont
Tytuł: "Wampir"
Wyd.: Warszawa, "Książka i Wiedza" 1986
Il.str.: 314
Cena: -

poniedziałek, 29 lipca 2013

Sojusznicy?

Lekturę bardziej "nobliwych" pozycji przeplatam sobie wypadami w Uniwersum Star Wars, ze szczególnym uwzględnieniem serii Przeznaczenie Jedi. Przeczytawszy tom piąty cyklu, zatytułowany Sojusznicy, muszę powiedzieć, że wyczuwam zmęczenie materiału. Jeszcze nie wiem czy owo zmęczenie materiału jest bardziej po mojej stronie, czy po stronie potencjału fabularnego omawianej serii, niebawem się dowiem. Dziś tego jednoznacznie nie stwierdzę, ale lektura kolejnych tomów oraz podsumowanie całości powinna przynieść odpowiedz na to niepokojące pytanie. Teraz szybki rzut oka na fabułę Sojuszników
Luke Skywalker wraz z synem Benem dokonują trudnego wyboru między samotnym poszukiwaniem lekarstwa na toczącą Rycerzy Jedi chorobę oraz odpowiedzi na pytanie kim jest Pradawna Abeloth, a współpracą w tym temacie z Sithami równie mocno zainteresowanymi ucieleśnieniem Ciemnej Strony Mocy, jakim jest Abeloth, co Skywalkerowie. Oczywiście, żeby nie było, że nie, to współpraca zostaje nawiązana. I takim sposobem Luke Wielki Mistrz Zakonu Jedi współpracuje z Arcylordem Sithów Talonem w celu pokonania (Luke), schwytania (Talon) potężnej Abeloth, która w Otchłani uwiła ciepłe gniazdko. W tym samym czasie Admirał Daala traci cierpliwość i poraz kolejny napuszcza Mandalorian na Świątynie Jedi. Impas, który zapanował w stosunkach Galaktyczny Sojusz - Zakon Jedi wydaje się nie do pokonania dyplomatycznymi kanałami - czyli pełną gębą ciąg dalszy wydarzeń z poprzednich części. Co ciekawe bardzo mocno zarysował się wątek walki z niewolnictwem, którą prowadzi tajna organizacja Lot Wolności. Bardzo ciekawy wątek i jak dla mnie najlepszy w Sojusznikach. Zapomniałbym wspomnieć o procesie Tahri Veili oskarżonej (nie bezpodstawnie) o zabójstwo Admirała Gilada Pellaeona, który nabiera rumieńców dzięki barwnej postaci jej obrońcy, a także zawziętości prokuratora. 
I tak podsumowując dotychczasowa lekturę miałem wrażenie, że ciekawe wątki zamykane są szybko, a te, które można by uciąć i zgrabnie zakończyć ciągną się i końca ich nie widać. Upór Admirał Daali, połączony z jej dziwnymi decyzjami zaczyna mnie denerwować. Pomysł z Lotem Wolności świetny mam nadzieję, że w kolejnych książkach będzie porządnie rozwinięty. Liczę także, że autorzy zaczną zmierzać do zgrabnego zamknięcia całej opowieści bez zbytniego jej udziwniania, bo chwilami już wydawało mi się, że pomysłów im brak i zaczynają się "kombinacje alpejskie" z fabułą. Szkoda by było zepsuć coś co jak na razie jest na prawdę ciekawe.

INFO
Autor: Christie Golden
Tytuł: "Przeznaczenie Jedi V - Sojusznicy"
Wyd.: Warszawa, Amber 2011
Il.str.: 382
Cena: 37,80 zł

środa, 24 lipca 2013

Początek wędrówki w kierunku Mrocznej Wieży

Każdy kto czytał i lubi powieści autorstwa Stephena Kinga bez wątpienia słyszał o serii Mroczna Wieża. Opowieść o Rolandzie podążającym w kierunku tytułowej Mrocznej Wieży przez samego Kinga uważana jest za jego najważniejsze dzieło. Stephen King znany jest z książek liczących lekką ręką po 1000 stron tym razem nie był wstanie ujarzmić swojej wyobraźni i zamknąć opowieści w jednym tomie.  Cykl liczy sobie aż siedem tomów, dziś słów kilka na temat części pierwszej zatytułowanej Roland.
Muszę szczerze przyznać, że króciutki Roland jest dla mnie książką cokolwiek dziwną, przepełnioną motywami tak ulubionymi przez Stephena Kinga, jak chociażby fanatyzm religijny czy nadprzyrodzone zdolności. Ważne są także elementy budujące niezwykłą aurę opowieści. Mam tu na myśli na przykład przeplatanie tekstu fragmentami piosenek, a ogólnie rzecz ujmując role muzyki w utworach Kinga. W wielu, jeśli nie wszystkich jego tekstach, muzyka odgrywa ważną rolę, dzięki temu zawsze możemy liczyć na niezwykły klimat książki. 
Roland jest rewolwerowcem przemierzającym bezkresne pustkowia w pościgu za człowiekiem odzianym w czerń. W alternatywnej rzeczywistości, jaką jest świat Mrocznej Wieży, samotny rewolwerowiec wraca myślami do swojego dzieciństwa, do tragicznej w skutkach wizyty w małym miasteczku, do spotkania z małym chłopcem, który pochodzi z obcego Rolandowi świata. Roland jest ostatnim rewolwerowcem, którego jedynym celem jest spotkanie z tajemniczym człowiekiem w czerni. Tylko on może pomóc mu dotrzeć do Mrocznej Wieży i Roland nie zawaha się przed niczym, by uzyskać ważne dla niego informacje. 
Do stworzenia alternatywnego świata Mrocznej Wieży autor wykorzystał motywy znane z westernu, powieści fantasy, horroru mieszając wszystko w całkiem zgrabną całość. Na początku napisałem, że książka jest dla mnie cokolwiek dziwna, odczucie takie zawdzięczam właśnie takiemu pomieszaniu różnych elementów składowych utworu. W Rolandzie odnalazłem wszytko to co lubię w pisarstwie Stephena Kinga, a ponad to coś zupełnie nowego, czego wcześniej tam nie widziałem, dlatego też chętnie sięgnę po kolejne części Mrocznej Wieży.

INFO
Autor: Stephen King
Tytuł: "Mroczna Wieża I - Roland"
Wyd.: Warszawa, Świat Książki 2003
Il.str.: 254
Cena: -

sobota, 20 lipca 2013

Początki Zasady Dwóch

W notce z 21 czerwca napisałem o "Kolekcji książek Star Wars" wydawnictwa Amber. Zaznaczyłem także, że niebawem będę do niej wracał przyglądając się jej konkretnym pozycjom. Nie przewidywałem, że tak "szybko" nastąpi czas, w którym zapoznam się z pierwszym tomem kolekcji, będącym jednocześnie pierwszą odsłoną trylogii opowiadającej o losach Lorda Sithów Dartha Bana'e. Powiem, że książka może i mnie nie rozerwała na strzępy, ale zaciekawiła mnie na tyle, by przeczytać resztę historii twórcy Zasady Dwóch. 
Drew Karpyshyn, akcję powieści umiejscowił w bardzo dalekiej przeszłości, w czasie wojny między Republiką a Sithami, w okresie, w który Mroczne Bractwo Lorda Kaana skupiało wokół siebie wyznawców Ciemnej Strony Mocy, a dzielni generałowie Jedi prowadzili Armie Światła do ostatecznej z nimi konfrontacji. A o czym rzecz jest? O chłopaku, mężczyźnie ciężko pracującym w kopalni na zapomnianej przez galaktycznych decydentów planecie Apatros, który skrywa w sobie wielki potencjał. Dessel, bo tak na imię ma ten osobnik, spłaca długi i marzy o ucieczce z tej zapadłej dziury jaką jest Apatros. Od czasu do czasu gniew w nim zbiera ogromny i wtedy Dessel, zwany przez innych pracowników kopalni Bane, sprowadza, nomen omen, zgubę na osoby, które zaszły mu za skórę. W wyniku niefortunnych wydarzeń Dessel musi uciekać z Apatrosa i takim sposobem znajduje go Sith Lord Kopecz. Dessel trafia do Akademii Sithów na przesiąkniętej Ciemną Stroną Mocy planecie Korriban, gdzie wielu mrocznych lordów ma swoje grobowce. Przyjmuje imię Bane. Szkoli się pod okiem mistrzów, zgłębia archiwa dawnych mistrzów w poszukiwaniu zrozumienia Ciemnej Strony, kiedy to zrozumienie nadchodzi już wie, że najpierw musi zniszczyć Bractwo Kaana, by prawdziwi Sithowie mogli się odrodzić, przetrwać i zwyciężyć.  Dzięki zgłębieniu zapomnianych archiwów, odrzuceniu nauk z Akademii Sithów oraz odnalezieniu holocronu Dartha Revana Bane tworzy Zasadę Dwóch. Według niej może być tylko jeden mistrz gotowy przyjąć całą potęgę Ciemnej Strony i jeden uczeń, który tej potęgi będzie pożądał, a kiedy będzie gotowy sięgnie po nią niszcząc mistrza sam nim zostając. Darth Bane rozpoczyna swoją drogę do osiągnięcia nieograniczonej potęgi, do zniszczenia Lorda Kaana i jego zauszników, a ostateczne do pokonania Jedi i opanowania całej galaktyki. Megalomania godna każdego Mrocznego Lorda przepełniała Bane'a, ale to zrozumiałe w końcu był Sithem.  
Pierwszy raz czytałem powieść z uniwersum Gwiezdnych Wojen, w której akcja przedstawiana była z punktu widzenia Sithów, nie rycerzy Jedi, jak to zwykle bywa. Ciekawa odmiana. Karpyshyn postarał się, by w książce znalazło się wiele smaczków, a także tekstów żywcem wyjętych z filmowej sagi Star Wars (choć nie jestem pewny czy było to zamierzone, czy wyszło od tak sobie, a może to ukłon w stronę fanów?). Historia ciekawa, mimo to chwilami miałem wrażenie, że wszystko to co czytam jest cokolwiek naciągane. Dziwiła mnie psująca klimat książki "maniera" autora, który kończył daną scenę gwałtownie, kilkoma zdaniami, nie dając czytelnikowi czasu rozsmakować się w akcji. Powodowało to u mnie efekt zerwanej taśmy filmowej, Zupełnie jakby czegoś brakowało. 

INFO
Autor: Drew Karpyshyn
Tytuł: "Darth Bane. Droga zagłady"
Wyd.: Warszawa, Amber 2012
Il.str.: 300
Cena: 5,99 zł

środa, 17 lipca 2013

Szybkoczytacze

Słyszeliście o szybkoczytaczach? Nie? Nie wierzę, na pewno słyszeliście! Nastały takie czasy, w których szybkość w załatwianiu różnorodnych spraw, zarabianiu pieniędzy, wymianie informacji stawiana jest na pierwszym miejscu. I do świata książki przebojem wbiegła moda na szybkie czytanie. Na pochłanianie książki za książką w swoistym wyścigu po niesamowicie wyśrubowany wynik czytelniczy  nasi szybkoczytacze mają monopol. Kto przeczyta więcej i więcej, kto przeczyta szybciej i szybciej. Totalny kołowrotek, karuzela rozpędzająca się do niemożliwych prędkości obliczanych nie w kilometrach na godzinę, a ilości słów czytanych na minutę. Nie twierdzę, że szybkie czytanie jest złe, absolutnie nie! Szybkoczytaczom chciałbym tylko przypomnieć, że warto z książką się rozsiąść, dać jej i sobie trochę czasu. Bo jak tu zadumać się nad przepysznie skomponowanymi zdaniami, kiedy śmigają nam przed oczami z kosmiczną prędkością? Jest wiele fantastycznych książek, każda warta uwagi, każdą miłośnik czytania chce przeczytać i zrozumiałym jest, że sami się w ten młyn szybkiego czytania, książek pochłaniania wkręcamy. Mimo to warto od czasu do czasu wcisnąć hamulec, zwolnić choć na chwilę i zamiast kolejną książkę "połknąć" trochę się nad nią zastanowić, przemyśleć, może nawet wrócić do ciekawszych fragmentów. Piszę z własnej perspektywy, sam nie czytam szybko, lubię się "zawiesić" nad jedna stroną i podumać. Czasem  nawet wystarcza mi otworzenie książki, posiedzenie z nią, bez pośpiechu w chwili odpoczynku i przyjemnego rozleniwienia. Nie traktuje czytania jak pracy, w której to szybkość wykonywania powierzonych zadań jest punktowana, po prostu czytam bez pośpiechu i ciesze się tym.

piątek, 12 lipca 2013

Rosja epoki postapokaliptycznej

Tematyka zagłady świata i ludzkości, spowodowanej wielką wojną nuklearną, pojawia się w literaturze i filmie od samego początku prac nad bombą atomową. Obawy przed użyciem broni masowego zniszczenia nasilają się tak samo jak powiększa się siła rażenia kolejnych, ogromnych bomb atomowych. Autorzy, najczęściej science fiction, przedstawiają kolejne wizje świata zniszczonego przez ludzi podczas bratobójczej wojny, w której to właśnie arsenał nuklearny grał pierwsze skrzypce. Obraz spopielonych miast, zdegenerowanych ludzi, zmutowanych zwierząt i roślin, chorób i śmiercionośnego promieniowania przyciąga rzesze czytelników. Zgoła fantastyczne opisy armagedonu zesłanego na Ziemie nie przez Boga, ale przez samych jej obywateli, zawierają się także  w książce Metro 2033.
Dmitry Glukhovsky przenosi nas do posępnych korytarzy moskiewskiego metra, w którym schronili się ocalali po nuklearnym pogromie mieszkańcy wielkiej metropolii. Korytarze, które wcześniej służyły sunącym po szynach pociągom, zasiedlone zostają przez ludzi budujących nowy świat ukryty przed oczami grasujących na powierzchni zmutowanych stworów. Metro staje się posępnym odbiciem dawnego życia jakie toczyło się w Moskwie. Stacje zasiedlają różne frakcje starające się osiągnąć hegemonie w metrze. Mamy zatem faszystów i ich IV Rzeszę, kupców pod szyldem Hanzy, komunistów, mieszkańców Polis rządzonego przez wojskowych i kustoszy oraz mieszkańców WOGN-u zajmujących się hodowlą świń i grzybów. Właśnie ze stacji WOGN pochodzi bohater książki Artem, który po spotkaniu z tajemniczym Myśliwym wyrusza w podróż do Polis. Podróż ma na celu sprowadzenie pomocy dla nękanej przez "czarnych" macierzystej stacji Artema. Chłopak na swoje drodze spotyka wiele osób, które pomagają mu dotrzeć do Polis. Liczne zwroty akcji oraz mroczny klimat sprawiają, że książkę czyta się na prawdę dobrze. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, iż autor zawarł w Metrze 33 wiele ciekawych przemyśleń na temat życia, filozofii, a także idei książki. To, jak istotna jest książka dla przetrwania kultury i pamięci o dawnych czasach, przewija się przez całą powieść Glukhovskiego. Samo Polis rządzone przez kustoszy (nazwa bibliotekarz zarezerwowana jest dla stworów mieszkających w Wielkiej Bibliotece) oraz wojskowych, w którym książki są bardzo ważne jest ostoją wiedzy o dawnych świecie, a także miejscem, gdzie bardzo silna jest wiara w zapisane całego ludzkiego losu na kartach jednej księgi. Bardzo oryginalna rzecz. Biorąc pod uwagę, że zwykle w opisach losów ludzi po apokalipsie pomija się kwestie książki a jedynie zwracając uwagę na walkę o przetrwanie gatunku jako takiego. Powieść zawiera wiele smaczków, o których pisanie byłoby niepodobieństwem dlatego też zachęcam do lektury. 
Czytając Metro 33 miałem nieodparte wrażenie, że autor jest fanem, lub przynajmniej zetknął się z serią gier komputerowych Fallout. Tam co prawda akcja rozgrywa się w zniszczonych atomową wojną Stanach Zjednoczonych, ale motyw wędrówki wybrańca w poszukiwaniu ratunku dla ludzkości jest bardzo podobny. 

INFO
Autor: Dmitry Glukhovsky
Tytuł: "Metro 2033"
Wyd.: Kraków, Insignis 2012
Il.str.: 592
Cena: 41,90

poniedziałek, 1 lipca 2013

Z ręki do ręki

Z ręki do ręki to najczęściej przechodzą pieniądze, już nie ważne czy brudne czy czyste, ale trzeba przyznać, że to powszechna rzecz. Dzieci na podwórkach wymieniają się różnymi duperelkami lub słodyczami. Pamiętam, że  i ja sam biegając z kolegami po osiedlu nie raz wymieniałem się  figurkami dinozaurów czy innych maszkar. W takim razie skoro ludzie wymieniają się wieloma przedmiotami, a różnych etapach życia, jak się mają książki w tym temacie?  Wymienianie się książkami, z ręki do ręki, jest tak samo rozpowszechnione wśród miłośników książek jak gołębie na krakowskim rynku. Nie chodzi mi tu o zwykłe pożyczanie sobie książek, a właśnie o ich wymianę na zasadzie książka za książkę. Nie każdy to robi, ale jest wiele osób, które to z powodzeniem praktykują. Albo zwyczajnie między sobą wymieniają się po przeczytaniu jakiejś książki, albo podrzucają na zasadzie bookcrossingu oczekując, że same coś porzuconego na mieście znajdą. Osobiście praktykuję to bardzo rzadko, a książki, które wytypowałem do wymiany najczęściej nie wzbudziły we mnie wystarczającego sentymentu, by pozostały na mojej półce. Między placówkami bibliotecznymi także dochodzi do wymian książek. Sporządza się listę dubletów do wymiany i rozsyła się ją po różnych bibliotekach. Jeśli placówka jest zainteresowana i oczywiście ma pozycje, które mogą zainteresować bibliotekę proponującą wymianę to dochodzi do transferu publikacji. I tak książki latają z ręki do ręki, z jednego końca Polski na drugi. 

Niebezpieczne sny

Jedną z funkcji literatury, także tej młodzieżowej (a może przede wszystkim?), jest przekazywanie treści, które w jakiś sposób wpłyną na nas...