sobota, 23 stycznia 2016

Baron cygański

Strauss w Krakowie
Jeszcze nie opadały emocje po niedzielnym spektaklu "Zemsta nietoperza", a już w pięć dni później przyszło mi zobaczyć kolejne dzieło Johanna Straussa na deskach krakowskiej opery. I o ile realizacja obu dzieł stoi na wysokim poziomie to właśnie ta wczorajsza inscenizacja "Barona cygańskiego" pod względem muzycznym bardziej przypadła mi do gustu. Jest to chyba najczęściej grana operetka Straussa będąca obecną nieprzerwanie na teatralnych afiszach w całej Polsce od lat. Po tym co zobaczyłem w Operze Krakowskiej trudno się dziwić popularności "Barona...".

Powrót do domu
W tej opowieści jak zwykle chodzi o uczucia, o miłość i dążenie do niej ponad trudnościami, których przysparza nam los. Młody Sandor Barinkay (w tej roli Andrzej Lamper potwierdzający tezę, że krakowska scena rodzi prawdziwe diamenty - był rewelacyjny!) wraca do włości, których właścicielem był jego ojciec. Na miejscu zastaje cygański tabor ze "starą wiedźmą" Cziprą (przekonująca Jolanta Gzela) na czele oraz hodowlę świń niejakiego Kalmana Żupana (Przemysław Rezner w roli Żupana wprost porwał publiczność). Włości niegdyś zarekwirowane ojcu Barinkaya mają wrócić do prawowitego spadkobiercy. Kalman Żupana jako obecny ich właściciel wpada na pomysł, aby wydać swoją córkę Arsene (Karolina Wieczorek) za Barinkaya, by tylko zachować otrzymane fartem włości. Można się spodziewać, że córka hodowcy świń, do której smoli cholewki syn guwernantki Ottokar (Marcin Kotarba) nie tak łatwo da się zdobyć młodemu spadkobiercy - wszakże kocha innego. Jest jeszcze córka cyganki Saffi (w tej roli znana mi z inscenizacji "Halki" Magdalena Barylak - zagłuszająca swoim śpiewem wszystko, i nie jest to komplement, oj nie!), której to po odmowie Arseny oświadcza się Sandor... 

Jeszcze operetka czy może już opera?
No właśnie, z przyrodzenia operetka, ale samych kwestii mówionych jest dużo mniej niż w innych operetkach, które widziałem, także sama warstwa muzyczna jest bliższa realizacjom operowym niż operetkowym. Chyba właśnie dlatego muzyka Straussa z "Barona Cygańskiego" spodobała mi się po stokroć bardziej niż ta z "Zemsty nietoperza". Orkiestra pod kierownictwem Tomasza Tokarczyka bez krztyny fałszu przekazała wszystkie zawarte w muzyce Straussa emocje. Brawurowe walce i marsze podrywały zwykle kostyczną publiczność z siedzeń, a cały spektakl zakończył się owacjami na stojąco (co wcale nie jest takie częste przy odgrywaniu pięćdziesiątego spektaklu z kolei). Jeszcze słowo o scenografii i kostiumach. Widziałem już kilka przedstawień w reżyserii Laco Adamika o muszę przyznać, że można zawsze liczyć na wysoki ich poziom, było i tak przy "Baronie cygańskim", w którym to kostiumy, nastrojowa scenografia i oświetlenie zlały się w jedną spójną całość, bardzo przyjemną dla oka.

INFO:
Tytuł: "Baron cygański"
Kompozytor: Johann Strauss
Libretto: Ignaz Schnitzer wg opowiadania Saffi Maurycego Jokaya
Reżyseria: Laco Adamik
Scenografia: Barbara Kędzierska
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Zemsta nietoperza

Nieśmiertelny humor
Przyglądając się poczynaniom solistów na scenie Opery Krakowskiej, podczas wczorajszego spektaklu "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa, zastanawiałem się czy sam autor dzieła przypuszczał, że humor, którym nasycił utwór bawił będzie jeszcze wiele lat po premierze. Jeśli o niej mowa to do samej premiery doszło w 1874 w Wiedniu. Od tego czasu utwór nieprzerwanie wystawiany jest na operowych scenach całego świata, a zabawne sceny z życia wyższych sfer powalają swoją aktualnością.

Przyjacielska intryga
Prowodyrem całego zamieszania w "Zemście nietoperza" jest doktor Falke (Michał Kutnik), który postanawia wciągnąć w rozmyślną intrygę swojego przyjaciela Eisensteina (Janusz Ratajczak - świetny!). Oczywiście powodem jest zemsta za to iż doktor przez przyjaciela został niegdyś ośmieszony. Od tamtego czasu w mieście Falke znany jest pod przezwiskiem doktor nietoperz. A jak najlepiej skompromitować i ośmieszyć mężczyznę, który lubuje się w podszczypywaniu pokojówki Adeli (Anita Maszczyk - urocza) jeśli nie zapraszając go na wytworny bal do ekscentrycznego księcia Gigi Orlovskiego (jak dla mnie najlepsza postać całej operetki odegrana przez Bożenę Zawiślak-Dolny), gdzie będzie mógł do woli bawić piękne damy? Będzie bawił Einsenstein piękne damy nie wiedząc, że jedną z uroczych tancerek z opery jest jego pokojówka, a ta druga, skryta pod woalem księżna węgierska, to jego żona Rozalinda (Ewa Biegas) we własnej osobie.

I?

I salwom śmiechu na widowni nie było końca, bo jak tu się nie zaśmiać widząc przezabawnie odegrane sceny z życia wyższych sfer, skupionych na dobrej zabawie i romansach? Wciąż aktualny humor zaaplikowany przez Straussa w połączeniu ze skocznym walcem sprawiał, że nastrój zarówno na scenie jak i na widowni był znakomity. Libretto w przekładzie Tuwima jest rewelacyjne, a wprowadzone do niego uwspółcześnienia nie zepsuły klimatu całego dzieła. Orkiestra pod batutą Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego tradycyjnie już dała popis profesjonalizmu i pomimo iż operetka nie jest moim ulubionym gatunkiem, że sama warstwa muzyczna nie powaliła mnie na kolana (wolę bardziej poważne utwory) to z budynku opery wyszedł uśmiechnięty od ucha do ucha.

INFO
Tytuł: "Zemsta nietoperza"
Kompozytor: Johann Strauss
Libretto: Karl Haffner, Richard Genée wg sztuki Rodericha Benedixa Das Gefängnis i wodewilu Meilhaca i Halévy'ego Le Réveillon w przekładzie Juliana Tuwima
Reżyseria: Janusz Józefowicz
Scenografia: Andrzej Woron
Kierownictwo muzyczne: Uwe Theimer

niedziela, 17 stycznia 2016

Przebudzenie Mocy

Wspomnieniowo
Tak na początek trochę sentymentalny wstęp, który sam nasunął mi się na myśl, gdy tylko otworzyłem paczkę z moim świeżym nabytkiem słownikiem obrazkowym najnowszej części "Gwiezdnych wojen". Pamiętam ten czas kiedy pierwsza z trzech nowych części Sagi wchodziła do kin, był to rok 1999, o posiadaniu komputera z internetem nawet nie marzyłem, o tak szerokim dostępie do publikacji dotyczących mojego hobby nie było mowy. Mała mieścina, do której każda nowość docierała z opóźnieniem nie dawała zbytnich szans na zdobycie upragnionych skarbów. Czas oczekiwania miał w sobie coś magicznego, ale chwilami przyprawiał o ból głowy. Kiedy już udało się zdobyć upragnioną książkę, upragniony słownik obrazkowy z "Mrocznego widma" radości nie było końca, a sama książka była czytana i wertowana wielokrotnie. Coś podobnego poczułem gdy otworzyłem nowy słownik z "Przebudzenia Mocy", jednak było to już zupełnie inne uczucie.

Słownik ilustrowany
Sam słownik ilustrowany formą i treścią (choć ta została nieznacznie odświeżona) nie różni się od słowników z poprzednich części Gwiezdnej Sagi. Dostajemy zatem informację na temat postaci, miejsc, urządzeń, które mogliśmy zobaczyć na kinowym ekranie. Jest i o nowych szturmowcach Najwyższego Porządku, obcych z zamku Maz Kanaty oraz samych bojownikach Ruchu Oporu pod dowództwem Generał Organy. Informacje te w pewnym stopniu poszerzają naszą wiedzę o głównych bohaterach jak i tych drugoplanowych. Sama opowieść nabiera dzięki temu głębszego kontekstu choć, tu muszę przyznać bez bicia, książka tylko rozbudza ciekawość i chęć poznania "nowych "Gwiezdnych wojen". Stare Expanded Universe zostało "skasowane", a nowe dopiero się rodzi dlatego też musimy poczekać, aż wokół "Przebudzenia Mocy" narośnie otoczka komiksów, gier, książek by lepiej wejść w ten nowy/stary świat stworzony 1977 roku przez Georga Lucasa. "Star Wars. Przebudzenie Mocy. Słownik ilustrowany" to dopiero swoista jaskółka, która wiosny nie czyni jest jednak dobrym wstępem do czegoś większego, do czegoś na co czeka każdy fan. 
W tym miejscu muszę też wspomnieć o szacie graficznej, która stoi na bardzo wysokim poziomie. Zdjęcia są fenomenalnej jakości, jest ich dużo, układ graficzny jest przejrzysty, choć odniosłem wrażenie, że na kilku stronach wieje pustką, że czegoś tam brakuje. Niektórym z postaci poświecono więcej niż dwie standardowe strony (Kylo Ren, Rey, Finn), by lepiej pokazać ich przemiany zachodzące w filmie. Innym postaciom, jak Luke Skywalker czy Naczelny Wódz Snoke, mającym co prawda szczątkowy udział w filmie, nie poświęcono nawet jednej strony, chociaż wypadałoby pół kartki dla nich znaleźć, no trudno. 

Moja ocena
I tutaj ponownie wraca wspomnienie tamtych lat, w których to zdobycie takiej książki graniczyło z cudem. Star Wars. Przebudzenie Mocy. Słownik ilustrowany oficjalną premierą będzie mieć 20 stycznia, książkę zamówiłem dużo przed tą datą, ale publikację otrzymałem już teraz, co bardzo mnie ucieszyło. Odpadło wyczekiwanie, poszukiwanie gdziekolwiek się tylko dało informacji na temat tej książki, poszukiwanie po księgarniach itp. Radość po otwarciu ta sama, samo jednak wertowanie słownika ilustrowanego nie było już tak bezkrytyczne jak niegdyś. To smutne, ale w takich właśnie chwilach czuje się upływ czasu, czuje się, że nie jest się już tą samą osobą, którą było się paręnaście lat wcześniej. Bo czy dziś można bezkrytycznie przyjąć taki oto podpis ilustracji: "Oskarżycielski palec podkreśla niekwestionowany autorytet" albo "Skwaszona mina"? Kiedyś nie budziło to żadnych negatywnych odczuć, teraz tylko bawi. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że książka jest bardzo ładna, że doskonale wprowadzi nowych fanów "Gwiezdnych wojen" w ten niezwykły świat, a i starym pozwoli powspominać jak to było niegdyś.

INFO
Autor: Pablo Hidalgo
Tytuł: "Star Wars. Przebudzenie Mocy. Słownik ilustrowany"
Wyd.: Egmont Polska, Warszawa 2016
Il.str.: 80
Cena: 39,90 zł

środa, 13 stycznia 2016

Wiedźmina dwa tomy - zaległe

Opóźniony
Powiedzieć, że mam spore opóźnienie w pisaniu i publikowaniu notek na blogu to mało, ja mam olbrzymie opóźnienie w samych książek czytaniu! W sumie to tę niewiarygodną wręcz "obsuwę" można porównać do tego co od czasu do czasu dzieje się na polskiej kolei. Pociąg opóźniony jest czasem o parę godzin, ale trzeba mieć na uwadze, że "opóźnienie może ulec zmianie". Taki stan rzeczy wynika z wielu czynników, jednak roztrząsanie tego tematu nie ma większego sensu, ale trzeba powiedzieć jasno, że czasu na czytanie oraz inne ukochane przeze mnie aktywiści mam mniej niż kiedyś. Przykre to, ale prawdziwe, czasem proza życia przytłacza ważne by się temu nie poddać, by nie popaść w stan całkowitego intelektualnego rozkładu. Przed tym rozkładem w ostatnim czasie ratują mnie wypady do opery, które na blogu także opisuję, udaje się czasem też skubnąć i parę stron ulubionej książki. Dziś słów kilka na temat dwóch tomów sagi o Wiedźminie Geralcie. Czas pogardy oraz Chrzest ognia to kolejno czwarty i piąty tom odsłony przygód pogromcy potworów. Z tych dwóch powieści ten drugi tytuł podobał mi się znacznie bardziej. 

Co w środku piszczy?
Kontynuacja ma swoje prawa, to rzecz jasna, a Czas pogardy i Chrzest ognia to książki będące składowymi większej całości, historii, która swój początek ma w powieści Krew elfów. Na czoło opowieści wysuwa się osoba dziecka niespodzianki, wychowanki wiedźmina Ciri. Dziewczyna jest kluczem do posunięć niemalże wszystkich bohaterów. Włodarze wiedźminowego świata - zarówno ci oficjalni jak i szare eminencje w postaci władających magią czarodziejek - postanawiają zdobyć, pojmać Ciri do własnych celów. Także wszechpotężny cesarz Nilgaardu Emhyr var Emreis ostrzy sobie na Ciri zęby. 
W Czasie pogardy obserwujemy jak Królestwa Północy pogrążają się w pożodze wojny, wszystko płonie, a spisek uknuty przez czarownika Vilgefortza ma swój tragiczny finał na wyspie Thanedd, gdzie dochodzi do tajemniczego zniknięcia Ciri. Chrzest ognia to już opowieść o poszukiwaniu zaginionej Ciri oraz o tym jak sama księżniczka dostosowała się do warunków w jakie rzucił ją niestabilny portal Wieży Mewy. W tle oczywiście mamy samego Geralta poszukującego dziewczyny wraz z wyjątkową kompanią, której niezwykłym członkiem jest tajemniczy Regis. Postać Regisa jest opisana wręcz fantastycznie, i jak dla mnie to właśnie on jest perełką tej części wiedźmińskiej sagi. Knowania czarodziejek, które tworzą tajemną lożę, politykują i snuja plany o potędze jaką ma zapewnić im Ciri to kolejny mocny element powieści. Skłamałbym jeśli napisałbym, że w Chrzcie ognia jest mniej brutalnych opisów walki i typowego dla Sapkowskiego rubasznego humoru niż w Czasie pogardy, pod tym względem obie książki są bardzo podobne. 

Jakie wrażenia?
O ile brutalność Czasu pogardy i Chrztu ognia chwilami mnie męczyła to wątki polityczne, szczególnie te z czarodziejkami osłodziły mi każde, nawet najohydniejsze opisy pożogi i zniszczenia. Emocji tu nie mało. Rebelia na Thanedd, spisek Vilgefortza oraz jej następstwa to istny majstersztyk. Każdy kto lubuje się w spiskach, walce o władzę odnajdzie w tych powieściach coś co mu się spodoba. 

INFO
Autor: Andrzej Sapkowski
Tytuł: "Wiedźmin. Czas pogardy", "Wiedźmin. Chrzest ognia"
Wyd.: Warszawa, SuperNowa 2011
Il.str.: 320 i 330
Cena: ok 32 zł za tom


poniedziałek, 21 grudnia 2015

Straszny dwór

Niedoceniane piękno
Po sobotnich emocjach związanych z powrotem Gwiezdnych wojen na wielki ekran przyszła nie mniej emocjonująca niedziela, a wraz z nią wieczór w Operze Krakowskiej. Tym razem jednak nie poddałem się czarowi opery włoskiej, która przecież dominuje w tym gatunku, a czemuś zgoła bliższemu polskiej wrażliwości. Po raz pierwszy wystawiona na deskach warszawskiego Teatru Wielkiego w 1865 roku opera "Straszny dwór" Stanisława Moniuszki, łącząca w sobie zarówno elementy romantyczne jak i komediowe, o mocnym patriotycznym zabarwieniu wciąż urzeka odbiorcę. Urzekałaby bardziej, ale o tym za chwilę. Najważniejsze jest to, że wciąż wystawiany utwór Moniuszki tak wspaniale pokazuje to o czym zapominamy - piękno polskiego folkloru, naszych ludowych strojów, żywiołowej , ale i romantycznej muzyki.

Tajemnica dworu
W strasznym dworze dusze czyśćcowe znalazły swój dom. Tak przynajmniej twierdzą ludzie, którzy o tym miejscu słyszeli, wszakże opowieści o duchach wszyscy lubią więc w świat posyłają każdą jaką usłyszą. Taką też opowieść upiorną słyszą od Skołuby (Wojciech Śmiłek) zaprzysięgli kawalerowie Zbigniew (naprawdę dobry, wręcz zaskakująco dobry Szymon Komasa) i Stefan (Tomasz Kuk - klasa sama w sobie). Bracia wróciwszy z wojaczki poprzysięgają pozostać w wolnym stanie, plany jednak co do dzielnych wojaków są inne. Cześnikowa (Małgorzata Ratajczak) chce ich wydać za upatrzone przez siebie panny. Stefan i Zbigniew, pomimo powziętej przez siebie przysięgi, trafiają pod dach gdzie powab Jadwigi i Hanny zaczyna na nich działać. Aby spełnił się zamysł Cześnikowej, aby bracia wyszli za te panny, które ona sama wybrała musi dzielnych mężów jakoś skompromitować przed ojcem Hanny i Jadwigi - Miecznikiem (Adam Szerszeń). A czyż nie ma większej hańby dla żołnierza niż tchórzostwo, niż lęk przed duchami starych prababek i duszy uwięzionej w starym zegarze? 

Jak wyszło?
Nie zawiedli moi faworyci Katarzyna Oleś-Blacha jako Hanna i wspominany już Tomasz Kuk. Także Monika Korybalska w partii Jadwigi oraz Krzysztof Kozarek jako przekomiczny Damazy przekonująco oddali cechy swoich postaci. Brawurowo odtańczony na końcu utworu mazur to już wręcz legendarna pozycja, zepsuć go to byłby grzech. Był świetny! Scenografia i stroje pierwsza klasa. Zespół Opery Krakowskiej zawsze dba, aby te elementy ze sobą współgrały, by cieszyły oko jednocześnie nie przytłaczając przesłania dzieła. Piękne kontusze, wspaniałe suknie, gra światła i nieprzesadne zagęszczenie dekoracjami sceny oddały klimat dzieła. Orkiestra pod batutą Bartosz Żurakowskiego, jak zwykle wzniosła się na wyżyny profesjonalizmu, nie jestem tylko pewny czy zawsze tempo było odpowiednie. Miałem wrażenie, że momentami dyrygent szarżuje, że śpiewacy próbując nadążyć porzucają dbałość o zrozumiałość tekstu. I to jest kolejna sprawa warta poruszenia. Napisałem we wstępie, że utwór urzekałby bardziej i to prawda. Urzekałby bardziej, gdyby tekst był podany czytelnie, a z tym było wyjątkowo ciężko, szczególnie w partiach chóralnych i scenach zbiorowych. Szkoda, że nie pokuszono się o wyświetlenie tekstu jak to przyjęło się w operach niepolskojęzycznych. 

INFO
Tytuł: "Straszny dwór"
Kompozytor: Stanisław Moniuszko
Libretto: Jan Chęciński
Reżyseria: Laco Adamik
Scenografia: Barbara Kędzierska
Kierownictwo muzyczne: Bartosz Żurakowski

czwartek, 26 listopada 2015

Odcienie miłości

Z kronik dyskryminacji
To że dyskryminacja ma długie i niechlubne tradycje niemalże w każdym kraju na świecie jest przykrym faktem, który może i nie wszyscy dostrzegają, ale z którym należy się zmierzyć. Dyskryminacja z powodów rasowych rozumianych jako przynależność do określonego plemienia bądź zwyczajnie z powodu innego koloru skóry, dyskryminacja grup religijnych i wyznaniowych bądź ta, na którą dziś szczególnie w krajach wysoko rozwiniętych zwraca się uwagę dyskryminacja ze względu na orientacje seksualną była już przedmiotem wielu dyskusji. Zmieniło się wiele, jednak wciąż ten temat jest żywy także w literaturze. To co powinno być zapomniane raz na zawsze już wieki temu żyje i ma się dobrze. Jednym z rozdziałów niechlubnej kroniki dyskryminacji jest czas segregacji rasowej w Stanach Zjednoczonych, który stał się kanwą dla powieści Alice Walker zatytułowanej Kolor purpury, książki w której dyskryminacja rasowa przeplata się z subtelnym opisem miłości lesbijskiej.

Purpura
Tytułowy kolor purpury ma być metaforą miłości lesbijskiej, która niespodziewanie łączy dwie bohaterki. Celia, poniżana i bita przez męża Albera, ulega niezwykłemu czarowi niezwykle magnetyzującej kobiety Cuksy Avery. Cuksa, niegdyś ukochana Alberta, prowadzi artystyczny tryb życia śpiewając w lokalach, uwodząc mężczyzn swoim głosem i niezależnością, jednak kiedy zapada na zdrowiu wszyscy się od niej odwracają. Pod swój dach zabiera ją Albert, aby tam oddać Cukse pod troskliwą opiekę Celii. Tutaj uderza potworny dysonans w traktowaniu obu kobiet przez Alberta. Dla Cuksy jest kochający i oddany dla Celi jest utrapieniem, bije ją i poniża tylko po to by zaznaczyć swoją pozycję w domu. Bohaterka szybko zauważa, że uczucie jakim darzy Cuksę jej mąż jest podobne do tego, które ona sama do niej żywi...

Emocje
Cały wachlarz emocji towarzyszył mi przez całą lekturę Koloru purpury. Od wściekłości i niedowierzania do śmiechu. Alice Walker obmalowała obraz niezwykłej murzyńskiej społeczności, która będąc patriarchalna dla kobiet ma tylko pogardę. Kobieta, w powieści Walker, jest obiektem szykan ze strony mężczyzn i to nie tyko tych białych, ale przede wszystkim kolorowych. Niezwykła brutalność kontrastuje z obrazem miłości rodzącej się między kobietami. Język, jakim opowiedziana jest historia, stylizowany na mowę niewykształconej dziewczyny z prowincji chwilami bawi do łez lecz są to często łzy żalu i zwątpienia.

INFO
Autor: Alice Walker
Tytuł: "Kolor purpury"
Wyd.: Muza, Warszawa 2003
Il.str.: 260
Cena: 20,90 zł

wtorek, 17 listopada 2015

Król Roger

Orientalne inspiracje, a właściwie o tym jak wstęp napisało życie...
Miałem zacząć mniej więcej tak: orient oraz odwołania do starożytności także w kulturze polskiej zadomowiły się na dobre. I tak, bla, bla, bla dalej miał nastąpić pełen emfazy i uczonych słów potok zdań mądrych i zwięzłych, jednak to wszystko okazuje się bezcelowe. Ciekawsze wszakże będzie streszczenie tego co mnie spotkało zanim (cudem!) zobaczyłem "Króla Rogera" Karola Szymanowskiego na deskach Opery Krakowskiej. Opowieść to z dreszczykiem o tym, jak stojąc w kolosalnym korku odchodziłem od zmysłów, nie wiedząc co począć, czy wysiąść czy też modlić się żeby ten korek się odkorkował, żeby wyskoczył z hukiem jak zatyczka najlepszego szampana i wszystko wreszcie ruszyło. Nie ruszyło... Ryzykując wyplucie płuc wysiadłem i rzuciłem się do biegu. W błędzie będzie ten, który pomyśli, że szkoda było mi pieniędzy wydanych na bilet bezpowrotnie w przypadku spóźnienia utraconych. Biegłem motywowany nie kwestiami finansowymi, ale artystycznymi wszakże to sam Mariusz Kwiecień - solista Metropolitan Opera w Nowym Jorku - miał tego wieczoru wcielić się w rolę króla Sycylii Rogera. Dobiegłem łapiąc po drodze kolejny autobus, jednak dystans od ulicy Kamieńskiego do Centrum Kongresowego ICE pokonałem biegiem. Płuca wyplułem, a do opery wpadłem z rozwianym włosem o 18:27 - spektakl ruszył w trzy minuty później, warto było biec ze łzami w oczach, z posmakiem krwi w ustach i zdążyć na to co zobaczyłem.

Roger
Rozwodzenie się nad samą treścią opery byłoby niepodobieństwem. Utwór Szymanowskiego tak przepełniony jest wszelakimi odwołaniami i podtekstami, że sama akcja w połączeniu z doskonałą muzyką (orkiestra opery pod batutą Łukasza Borowicza) jest tylko narzędziem blednącym w porównaniu z możliwościami interpretacji dzieła. Losy króla Sycylii Rogera (znakomity Mariusz Kwiecień), którego życie zostaje zburzone przez pojawienie się heretyka Pasterza (Pavlo Tolstoy) stawiającego się na równi z Bogiem zostały przedstawione wręcz doskonale. Postacie są żywe i niejednoznaczne, a ich dylematy trafiają do odbiorcy. Partie chóralne w połączeniu z elementami muzyki orientalnej i scenografią budują niezwykły mistyczny wręcz metafizyczny klimat. Przegrany pojedynek Rogera o rząd dusz z Pasterzem, także o swoja żonę Roksanę (niezastąpiona Katarzyna Oleś-Blacha, uwielbiam ją!) wydaje się być wciąż aktualną alegorią zmagań człowieka z samym sobą, swoimi pokusami, ułomnościami, ale i duchowością. Finał opery wbija w fotel, a jego niejednoznaczność może powodować poczucie zagubienia. 

Wrażenia
Pytacie o wrażenia? Ciężko to opisać bo "Król Roger" doskonale wpisał się w moje zainteresowania i wrażliwość. Odwołania do orientu, mitologii, filozofii i religii w oprawie nastrojowej, chwilami bardzo podniosłej i pełnej patosu muzyki trafiły w samo sedno. Uwspółcześniona inscenizacja "Króla Rogera" autorstwa Michała Znanieckiego w Operze Krakowskiej, nie zburzyła specyficznego klimatu utworu Szymanowskiego, a poruszyła w subtelny sposób dylematy ciągle nam towarzyszące.

INFO
Tytuł: "Król Roger"
Kompozytor: Karol Szymanowski
Libretto: Jarosław Iwaszkiewicz, Karol Szymanowski
Reżyseria i kostiumy: Michał Znaniecki
Kierownictwo muzyczne: Łukasz Borowicz
Scenografia: Luigi Scoglio
Choreografia: Diana Theocharidis

piątek, 16 października 2015

Na wdechu o Polsce

Jak było kiedyś, jak jest teraz?
Rozważania o Polsce i polskości, o tym kto zasługuje, a kto nie, na miano prawdziwego Polaka, towarzyszą nam właściwie codziennie - szczególnie jednak w sytuacjach kryzysowych i chwilach przełomowych. W gorącym przedwyborczym okresie trwa prawdziwa olimpiada, w której nagrodą jest tytuł Prawdziwego Polaka. Wylicza się przymioty takowego osobnika przy okazji szukając wzorca polskości. Wzorca, niczym wzorzec metra, godnego umieszczenia w francuskim Sevres. Pułapką polskości można nazwać, tę w zasadzie, beznadziejną pogoń za czymś co jest bardzo płynne, za czymś co każdy z nas definiuje po swojemu. Witold Gombrowicz w Trans-Atlantyku naszkicował obraz Polaka na emigracji, obraz groteskowy i niepochlebny. Wliczając ułomności własnego narodu, nawiązując do jego fobii i urojeń naraził się wielu, ale czy nie miał racji?

W Polsce wojna, a w Argentynie?
Historia to w gruncie nieskomplikowana o mężczyźnie, który w chwili narodowej próby, jaką jest niewątpliwie napaść nazistowskich Niemiec na Polskę w 1939, postanawia skorzystać z okazji i uniknąć wojennej zawieruchy pozostając w odległej Argentynie. Już na początku swojej przygody w nowym otoczeniu musi zmagać się z narodowymi demonami. Bo jak tu inaczej nazwać przyrodzony przymus powrotu do kraju, do rzucenia się w wir walki, chęć poświęcenia swojego życia dla ojczyzny, którym cechują się Polacy, a którego bohaterowi Gombrowicza brak? Nie chce wracać, nie śpieszno mu umierać za ojczyznę, chce żyć w nowym miejscu i tu znowu kolejny problem - jak wytłumaczyć polakom osiadłym w Argentynie fakt, iż nie wsiadł na statek powrotny do Europy, by pomóc udręczonej Polsce? Gombrowicz (bo tak nazywa się bohater) miota się z pobudek czysto finansowych między polską elitą zamieszkującą Argentynę, a jawnie homoseksualnym Gonzalem - magnatem finansowym. Gardzi polską martyrologią, ciągłym życia poświęceniem i uświęcaniem narodowych dramatów. Jest też nieufny wobec Gonzala, który w sposób wyjątkowo dosadny poniewiera obraz prawdziwego mężczyzny będąc jego jawnym zaprzeczeniem. Kolejne absurdalne sceny, napisane jakby na jednym wdechu mają obnażać wszystko to co zostawił za sobą Gombrowicz opuszczając Polskę wliczając w to jej pretensje do jego życia. 

Jednym tchem
Książka jest niebywale dynamiczna, sprawia wrażenie napisanej za jednym zamachem, wręcz na jednym wdechu i tak też się ją czyta. Za jednym zamachem można pochłonąć całość lecz sama w gruncie rzeczy nieskomplikowana opowieść zasługuje na chwilę namysłu. Warto podczas lektury zatrzymać się i zastanowić o czym tak naprawdę Gombrowicz pisze. Czy groteskowe obrazy, sceny wyjątkowo absurdalne pod względem samych wydarzeń, ale i języka jakim zostały opisane nie są nam znane z innych dzieł. Najzabawniejsze jest jednak chyba to, że obraz polskości, od której tak mocno odżegnuje się Gombrowicz jest nadal bardzo aktualny. Przecież słyszymy z ust polityków, którzy tak chętnie decydują o losie maluczkich, że dla Polski warto się poświęcać, ciągle słyszymy, że Polska to, a Polska tamto i aż się chce zapytać kiedy to wreszcie Polska będzie dla Polaków, a nie na odwrót... I to ciągłe stawianie się w pozycji gorszego, ciągle do czegoś aspirującego narodu. Tak jakby Polak nie mógłby być Polakiem tylko musiał wiecznie aspirować do bycia czymś więcej niż rzeczywiście jest. 

INFO
Autor: Witold Gombrowicz
Tytuł: "Trans-Atlantyk"
Wyd.: Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012
Il.str.: 152
Cena: 26,90 zł

poniedziałek, 28 września 2015

Sceny z życia bohemy


Sceny liryczne z życia paryskiej cyganerii
Można by pomyśleć, że na świecie nigdy nie było nic lepszego od życia paryskiej bohemy artystycznej. Szczególnie z naszej perspektywy takie życie rozpostarte pomiędzy codzienną rutyną, a obcowaniem ze sztuką, jej tworzeniem, może wydawać się wielce pociągające. Piękne uliczki Paryża skąpane w wieczornym świetle latarń, magia Montmartre, dzieła wielkich malarzy to obrazy, które jako pierwsze przychodzą na myśl gdy słyszymy o paryskiej cyganerii. Na pierwszy rzut oka nie widać egzystencjalnego bólu, znoju pracy słabo opłacanego twórcy, walki o każdy dzień, poszukiwania artystycznego spełnienia oraz miłości. Giacomo Puccini, odchodząc od tematów zaczerpniętych z wielkiej historii, sięgnął po losy zwykłych ludzi zmagających się z prozą życia i w roku 1896 zaprezentował turyńskiej publiczności Teatro Regio swoją operę w czterech aktach zatytułowaną "La Boheme" - "Cyganeria".


Cyganeria
Dzieło Pucciniego opowiada o losach przyjaciół poety Rudolfa (Tomasz Kuk), malarza Marcella (Mariusz Godlewski), muzyka Schunarda (Tomasz Rudnicki) i filozofa Collina (Wołodymyr Pankiv) - artystów - zmagających się z niemocą twórczą oraz zwykłą, trywialna biedą. Poznajemy ich, gdy marznąc na poddaszu paryskiej kamienicy, starają ogrzać się paląc sztukę jednego z nich, wyśpiewując żale na swój los, nie tracąc przy tym poczucia humoru. Kolejne sceny przybliżają niełatwe życie cyganerii. Muzyk musi grać dla papugi, aż ta nie zdechnie, poeta nie ma weny, dzieł malarza nikt nie kupuje. Nieopłacone komorne, głód i zimno szybko schodzą na drugi plan na rzecz miłości rozświetlającej mroki zwykłego życia. "Cyganeria" jest ponad wszystko historią tragicznej miłości Rudolfa i Mimi (Iwona Socha). Kolejne sceny przeprowadzają nas płynnie od początku romansu Rudolfa i Mimi poprzez szczęśliwe chwile spędzone wspólnie z innymi przedstawicielami artystycznego światka do smutnego końca. Wszystko to poprzetykane jest humorystycznymi wstawkami jak chociażby sceną romansu śpiewaczki Musetty (genialna Katarzyna Oleś-Blacha) z malarzem Marcellem co tylko uwypukla tragiczny los Rudolfa i Mimi. 

Puccini w Krakowie
Mieszkańcy paryskich poddaszy, widzący z okien tylko dachy i dymiące kominy, spomiędzy których spoziera niebo, żyją od przypadku do przypadku. Starają się jak mogą żyć godnie, jednak tylko dzięki hojnym sponsorom mogą wrzucić coś do garnka i ogrzać się w chłodne wieczory. Ten klimat został doskonale oddany dzięki scenografii i kostiumom Barbary Kędzierskiej oraz reżyserii światła Bogumiła Palewicza. Niepodobieństwem byłoby nie wspomnieć o jak zawsze doskonałej orkiestrze Opery Krakowskiej pod batutą Tomasza Tokarczyka. Doskonała muzyka Pucciniego, liryczna, ale i wymowna, niepozbawiona mocnych momentów i dramaturgii trafiła we właściwe ręce. 
Biorąc pod uwagę niesłabnącą popularność dzieł Pucciniego można było się spodziewać, że ten tytuł ponownie zagości w Krakowie. "Cyganeria" na deskach Opery Krakowskiej to widowisko wprost niezwykłe. Począwszy od klimatycznej scenografii i kostiumów poprzez doskonały śpiew i muzykę, a skończywszy na subtelnej grze świata dodającej wszystkiemu dramatyzmu i klimatu  wszystko jest piękne. 

INFO
Tytuł: "Cyganeria" 
Kompozytor: Giacomo Puccini
Libretto: Luigi Illica, Giuseppe Giacosa
Reżyseria: Laco Adamik
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia i kostiumy: Barbara Kędzierska

niedziela, 20 września 2015

Gray

Dola pięknego i niedola szpetnego
Powszechnie utarty osąd, a także doświadczenie zebrane przez lata obcowania z ludźmi (choć najchętniej nie obcowałbym z nikim) podpowiadają, że ludzie ładni, o przyjemnej powierzchowności mają w życiu łatwiej. Szybciej osiągają swoje cele, są bardziej pewni siebie, zjednanie sobie grupy przyjaciół zwykle to dla nich pestka. Zupełnie inaczej sprawa ma się z tymi parchatymi i powszechnie uznawanymi za szkaradne kreatury osobami. Codzienna walka o szacunek i udowadnianie, że potrafi się więcej, że jest się w czymś naprawdę dobrym zupełnie w ich przypadku nie dziwi. To co napisałem jest oczywiście wielkim uogólnieniem, a te zwykle bywają dalekie od rzeczywistości, jednak musimy przyznać, że coś w tym jest. Oscar Wilde, w swojej już kultowej powieści Portret Doriana Graya, stawia ważne pytanie czy pod powabną powierzchownością kryje się równie powabna i sympatyczna dusza czy wręcz przeciwnie jest ona kurtyną dla przeżartego złem demona.

Postać z portretu
Namalowany przez Bazylego Hallwarda portret powabnego młodzieńca Doriana Graya zapiera dech w piersiach nie tylko samemu artyście, ale każdemu kto go ujrzy, nie wyłączając samego modela. Pod niezwykłym urokiem portretu oraz czaru i powabu Graya znajduje się także znany londyński sybaryta lord Henryk Wotton - przyjaciel Bazylego. Możliwe, że całej historii by nie było gdyby nie spotkanie Henryka i Doriana w pracowni artysty. Lord Henryk jest tak zafascynowany niewinnym i dobrodusznym Dorianem, że postanawia zostać jego przyjacielem, ale i mentorem wyznaczającym mu sposób myślenia, kierujący go na bardziej otwarte wody, na których zasady i świętości nie istnieją, Sam lord nie ma pojęcia, że niewinne słowa sączone do uszu dobrotliwego chłopca, ciągłe pochwały jego urody, nie tylko ze strony przyjaciół, ale całej londyńskiej elity, doprowadzą do niezwykłej przemiany. Wkrótce Dorian zakochuje się w młodej aktorce z podrzędnego londyńskiego teatru. Sybila Vane całkowicie ulega pięknu chłopaka, który koniecznie chce podzielić się swoim szczęściem z cynicznym Henrykiem i naiwnym Bazylim.

Ile twarzy tego Graya?
Nieszczęsna Sybila ze szczęścia, iż spotkała takiego wspaniałego mężczyznę jak Gray, traci talent aktorski, świadkami jej koszmarnej gry są przyjaciele Doriana zniesmaczeni zarówno samym miejscem, w którym za sprawą przyjaciela się znaleźli jak i młodą aktorką. Rozczarowanie chłopaka jest ogromne, doprowadza do tragedii będącej początkiem końca pięknego i niewinnego młodego człowieka. Dorian, pomimo upływu lat, nie starzeje się, wydaje się to być sprawą wypowiedzianego niegdyś zdania, aby to portret stworzony przez Bazylego przyjmował na siebie ciężar upływających lat. Wkrótce Gray otrzymuje od lorda Wottona powieść otwierającą przed chłopakiem wrota do całkowitej przemiany. Każdy kolejny występek Doriana odciska się piętnem na jego portrecie.

Portret Doriana Graya w moim odczuciu jest przykrym przykładem przemiany dobrego, młodego człowieka w wyrafinowanego degenerata. Przemiana ta nie jest mimowolna, nie jest zainicjowana przez samego Graya, ale przez otoczenie. Wpływ charyzmatycznego lorda Henryka wydaje się tu być decydującym. Same pochwały nie mogą człowieka zniszczyć, trafiając jednak na podatny grunt sprawiają, że traci się kontakt z rzeczywistością. Iluż to takich Grayów biega po ulicach święcie przeświadczonych, że ich przyrodzone przymioty zapewnią im poklask i sukces? Iluż jest przegnanych, że za swoje występki nie poniosą odpowiedzialności? Sami wiecie, że wielu. 

INFO
Autor: Oscar Wilde
Tytuł: "Portret Doriana Graya"
Wyd.: Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976
Il.str.: 230
Cena: ...

poniedziałek, 14 września 2015

Piękna Helena

Opera buffa
Opera zwykle kojarzy się z wyjątkowo nadętym przedstawieniem, na którym to "wysztyftowane" damy i panowie nadymają swoje ego słuchając muzyki klasycznej.  Nic bardziej mylnego. Scena operowa przez lata rodziła nie tylko poważne przedstawienia, ale także "lżejsze", humorystyczne dzieła łączące partie muzyczne z dialogami mówionymi zwane opera buffa. Sama opera buffa, stojąca nastrojem i poetyką w opozycji do opera seria, uznawana jest za pierwowzór operetki, której to przedstawicielem ma być dzieło Jacquesa Offenbacha nawiązujące do mitu o Helenie Trojańskiej zatytułowane "Piękna Helena".

Helena Trojańska w Krakowie
Ciepłe przyjęcie utworu Offenbacha przez paryską widownię Theatre des Varietes 17 grudnia 1864 roku zapoczątkowało stałą obecność "Pięknej Heleny" na scenach teatrów operowych świata. Trudno się temu dziwić bo humorystyczne libretto i porywająca, wyjątkowo skoczna, wpadająca w ucho muzyka jest w stanie zjednać sobie niemalże każdego.
Krakowska inscenizacja przenosi akcję "Pięknej Heleny" do czasów nam współczesnych. Bohaterowie nie są już oficjelami i przedstawicielami francuskiej arystokracji czasów Drugiego Protektoratu lecz polskimi (tak! libretto zostało dostosowane do naszych warunków społecznopolitycznych) nowobogackimi na luksusowych, zagranicznych wczasach. I tak geneza wojny trojańskiej, walka o względy Heleny zamienia się w farsę, której przewodzi żądza pieniądza i perwersyjna rozrywka. Parys (w tej roli Andrzej Lampert) wygrywa w zakładzie kolację z żoną bogatego biznesmena Heleną (Marta Abako, która w duecie z Lampertem świetnie odegrała dramatyczne losy Cio-Cio San w operze "Madama Butterfly") ta jednak niespecjalnie pali się do spełnienia warunków zakładu czego następstwem jest seria zabawnych uników i komicznych gagów przeplatanych wyśmienitym śpiewem do wtóru orkiestry pod batutą Piotra Wajraka.
Bohaterowie "Pięknej Heleny" pomimo tego iż noszą imiona znane nam z mitu niewiele wspólnego mają z przymiotami właściwymi swoim pierwowzorom. Sam zbieg uwspółcześnienia utworu Offenbacha jest o tyle popularny i znany z innych dzieł wystawianych w operze co bywa momentami ryzykowny, w moim odczuciu wyszło to całkiem zgrabnie. Na szczególną uwagę zasługuje kreacja Orestesa, w którego wcieliła się Monika Korybalska. Wyjątkowa energia i niezwykły talent muzyczny i aktorski dały poznać się w pełnej krasie. Oczywiście sam Lampert i Abako również zaprezentowali wysoki poziom umiejętności operowania głosem (śpiewali po polsku wyraźnie a przy śpiewie operowym nie zawsze jest to takie oczywiste jak naocznie mogłem przekonać się podczas inscenizacji "Halki") oraz gry aktorskiej. Wszystko w "Pięknej Helenie" zlało się w jedną całość, orkiestra i aktorzy stworzyli przezabawną inscenizację wartą uwagi.

INFO
Tytuł: "Piękna Helena"
Kompozytor: Jacques Offenbach
Libretto: Krzysztof Czeczot wg libretta Henri Meilhaca i Ludovica Halévy’ego
Reżyseria: Rudolf Zioło
Kierownictwo muzyczne: Piotr Wajrak
Scenografia i kostiumy: Andrzej Witkowski

niedziela, 23 sierpnia 2015

Śmierć na Nilu

Pociąg do zbrodni
Niegasnąca popularność powieści kryminalnych, ich wręcz niebywała w ostatnim czasie ekspansja, skłaniają czytelnika do zatrzymania się na chwilę i zadania sobie pytania "czy rzeczywiście jesteśmy aż tak złaknieni krwi zaserwowanej w anturażu tajemnicy i nieprzeniknionej zagadki, że po prostu musimy pochłaniać kolejne obrazy zbrodni wymierzonej przeciw bliźnim?". Przynajmniej mnie skłania do takiej refleksji, ale byłbym nieszczery gdybym powiedział, że nie czyta mi się takich powieści dobrze, że odrzucam je na rzecz poezji eksperymentalnej lub jeszcze czegoś wznioślejszego. Kolejne tytuły światowych twórców kryminałów tłumaczone są na język polski, a i polscy autorzy, jak Zygmunt Miłoszewski czy Katarzyna Bonda, powoli przebijają się na światowe rynki księgarskie, jednak nie po kolejną śnieżynkę tym razem sięgnąłem, ale po coś z klasyki. Śmierć na Nilu to bodaj jedno z popularniejszych dzieł Agaty Christie, wcześniej widziałem film z Peterem Ustinovem w roli nieprzejednanego Herculesa Poirot, a teraz zabrałem się za lekturę.

Śmierć w podróży
Opowieść to o miłości i wielkich pieniądzach, które doprowadzają do zbrodni i to nie jednej. Motyw, chciałoby się rzecz, wyświechtany jak stara chustka do nosa, a jednak niepozbawiony specyficznego uroku. Może dlatego, że sama postać autorki, jako twórczyni kryminałów, przeszła już do legendy na stałe zadomowiając się w popkulturze. Postacie, kreowane przez Agatę Christie, mają coś z komiksowego sznytu, są barwne, charakterystyczne, ale często też sztampowe i płytkie o nieprzekonujących portretach psychologicznych. Tak też jest i w przypadku Śmierci na Nilu. Oczywiście nie przeszkadza to w przyjemnym z książką spędzeniu czasu. Mamy piękny Egipt, czar pradawnych świątyń, romantyczny statek płynący po Nilu oraz plejadę barwnych postaci. Młode małżeństwo z bajecznie bogatą dziedziczką fortuny rodziców na czele, perwersyjną pisarkę alkoholiczkę, nadętą jak balon starą pannę z Ameryki w pakiecie z chłodną pielęgniarką i naiwną kuzynką, a ponadto kobietę żądną zemsty, podejrzanego Włocha archeologa oraz niemieckiego lekarza. Wisienką na torcie jest oczywiście nasz belgijski detektyw Hercules Poirot, który mimo woli, podczas swojego urlopu zostaje wplątany w nieprzyjemne wydarzenia na statku. 
Intryga przedstawiona przez autorkę wcale nie jest taka oczywista do przejrzenia, jest to niewątpliwie atut Śmierci na Nilu. Logiczny ciąg wydarzeń wydaje się być przedstawiony w sposób przekonujący i zajmujący, jednak chwilami opowieść wydaje się nieco naciągana. Szczególnie te momenty, w których ktoś zwleka z powiedzeniem czegoś ważnego dla sprawy do momentu, w którym to pada strzał i trach, delikwent zalega martwy na pokładzie statku. Książka do poczytania w wolnej chwili, dla relaksu bo w głowie nie pozostaje żadna głębsza myśl czy przesłanie. Brak tej głębi, która nie pozwala zasnąć, która sprawia, że rozmyślamy nad tym co przeczytaliśmy. Zbrodnia, motyw i rozwiązanie bez głębszego przesłania dla czytelnika. 

INFO
Autor: Agata Christie
Tytuł: "Śmierć na Nilu"
Wyd.: Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2013
Il.str.: 336
Cena: 16 zł

sobota, 22 sierpnia 2015

Potyczki z przeznaczeniem

Ciąg dalszy
Dobry pomysł ma to do siebie, że z czasem się rozwija, ewoluuje i przeistacza w ciągłym dążeniu do doskonałości. Tak też jest z historią wiedźmina Geralta z Rivii. Andrzej Sapkowski, z dwóch zbiorów opowiadań, rozszerzył historię o losach pogromcy potworów na pięć kolejnych tomów obejmujących już właściwą wiedźmińską sagę będącą jednam spójnym ciągiem fabularnym. Wspomniane przemiany, ewolucja bohaterów i samej opowieści są paliwem napędowym sagi. Przy "dalszych ciągach" autorzy często popadają w pułapkę "przekombinowania" zbytnio wszystko komplikując i udziwniając, a Sapkowskiemu w Krwi Elfów udało się tego uniknąć.

Co w środku?
Kolejna odsłona przygód Geralta z Rivii będąca kontynuacją poprzednich dwóch opowiadań stanowi jednocześnie pierwszy tom wiedźmińskiej sagi Sapkowskiego. Wiedźmin Geralt zostaje wplątany w wydarzenia, które zmienią oblicze znanego mu świata, a wszystko za sprawą "dziecka niespodzianki". 
Ciri, przebywa w wiedźmińskim siedliszczu, gdzie poddawana jest ostremu treningowi, ma zostać wojowniczką, jednak opiekunowie spostrzegają w niej inne jeszcze, poza zwinnością, talenty. Dziewczynka wpada w niekontrolowane transy, w których wieszczy, przepowiada przyszłość. Geralt oraz inni wiedźmini z Kaer Morhen postanawiają sprowadzić czarodziejkę, która będzie zdolna pomóc im okiełznać moce następczyni tronu Cintry. Okazuje się jednak że talent magiczny Triss Merigold jest zbyt mały, Ciri należy oddać pod opiekę kapłanek ze świątyni Melitele oraz sprowadzić czarodziejkę o znacznie większej mocy - Yennefer. Podczas gdy Ciri szkoli się w świątyni do Yennefer z Vengerbergu dociera wiadomość z prośbą o pomoc, czarodziejka niezwłocznie wyrusza w drogę. Tymczasem inne jeszcze mniej przyjazne moce zaangażowane są w poszukiwanie dziecka mającego moc zmienić losy świata, a to wszystko w przededniu wybuchu wojny - Królestwa Północy szykują się do nieuniknionego starcia z Cesarstwem Nilfgaardu...
Czytelnik zostaje wrzucony na głęboką wodę intryg i knowań. Niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Bohaterowie zmuszeni są do bardzo dynamicznego działania, którego nadrzędnym celem jest ochrona księżniczki Ciri. Wszystko rozgrywa się w ponurym świecie, gdzie granica pomiędzy dobrem a złem jest płynna, Dla mnie wielkim plusem historii wiedźmina jest właśnie kreacja świata, który jest nieoczywisty, niejednoznaczny. Próżno w nim szukać wygładzonych lalusiowatych postaci będących tylko i wyłącznie uosobieniem wszelakich cnót. W świecie Królestw Północy liczy się przetrwanie.

Autor: Andrzej Sapkowski
Tytuł: "Wiedźmin. Krew elfów"
Wyd.: Warszawa, SuperNowa 2014
Il.str.: 340
Cena: 47 zł

wtorek, 11 sierpnia 2015

Wysoki Zamek

Historia alternatywna...
...ma to do siebie, że zaskakuje, szokuje i skłania do refleksji. Wcale nie obcym, w literaturze, jest motyw przedstawiania wydarzeń znanych z historii, zarówno tej zamierzchłej jak i współczesnej, w sposób nieprzystający do utartego schematu. Sami niejednokrotnie "gdybamy" zastanawiając się nad losami ludzkości snując różnorodne scenariusze.  Ważne punkty zwrotne w historii świata nabierają zupełnie innych odcieni, nie będące faktami wydarzenia, które mogły się zdarzyć, ale się nie zdarzyły wychodzą na pierwszy plan rujnując nasz porządek rzeczy. Philip K. Dick w swoim Człowieku z Wysokiego Zamku przedstawia wizję ludzkości po II wojnie światowej, w której to III Rzesza wraz z Japonią i Włochami wygrała wojnę podporządkowując sobie Europę, a także Stany Zjednoczone.

Wysoki Zamek
W Wysokim Zamku mieszka pisarz. Jest osobą niezwykłą, podziwianą i nienawidzoną jednocześnie. Ośmielił się napisać książkę nieprawomyślną w Wielkiej Rzeszy zakazaną, której posiadanie jest srogo karane. Owa książka opowiada losy świata, w których to wszechwładna Rzesza wojnę przegrywa, a idea narodowego socjalizmu "made in germany" upada z hukiem. Ów pisarz jeszcze żyje tylko dlatego, że przebywa w japońskiej części byłych Stanów Zjednoczonych podzielonych obecnie na trzy części. Władze partii nazistowskiej chętnie pozbyłby się Abendsena autora tego obrazoburczego dzieła, jednak to nie "Utyje szarańcza" rządzi umysłami obywateli świata.
W świecie rozwoju techniki, szybkich podróży międzykontynentalnych i podboju kosmosu Księga Przemian I Ching staje się dla bohaterów życiowym kompasem. Wszystkie najważniejsze decyzje, ale i te zupełnie błahe, konsultowane są z Księgą Przemian.
Niebawem mityczny Wysoki Zamek staje się celem podróży dwójki bohaterów, którzy koniecznie chcą poznać autora zakazanej książki. Pozostali bohaterowie pogrążeni w swoich zawodowych planach zostają wciągnięci w polityczną intrygę. 

Subtelność przekazu
Spokój jaki panuje w Człowieku z Wysokiego Zamku jest wprost niezwykły, wprost hipnotyzujący. Pomimo tego, że w książce nie wiele się dzieje, że brak jej fajerwerków i mocnych zwrotów akcji nie mogłem się od niej oderwać. Philip K. Dick pisze w taki sposób, że każde słowo, każde zdanie czy akapit wydaje się być przesiąknięte głębszym, duchowym przekazem. Mocna symbolika utworu, w którym życie bohaterów wydaje się teatralną grą, czymś nieprawdziwym, czymś na pokaz skłania do zastanowienia nad tym co nas otacza. Czy rzeczywiście sami podejmujemy decyzje, czy może każdy z nas podporządkowany jest swojej Księdze Przemian?

INFO
Autor: Philip K. Dick
Tytuł: "Człowiek z Wysokiego Zamku"
Wyd.: Poznań, Rebis 2014
Il.str.: 332
Cena: 47,90 zł

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Szał Wendigo

Legenda o Wendigo

Las to miejsce, w którym odwieczne prawa natury wiodą prym, miejsce, gdzie spotykają się ludzkie marzenia, ale i koszmary. Na plamach światła przeciskającego się przez gęste konary drzew rodzi się życie, jednak gdy las staje się coraz gęstszy, a dostęp promieni słonecznych jest coraz mniejszy życie obumiera. Leśne zakamarki od zawsze były miejscem schronienia dla zwierzyny, ale i samych ludzi. Te same leśne zakamarki, w których człowiek znalazł bezpieczny dom mogły stać się przyczyną jego zguby i chyba właśnie stąd mnogość legend i podań o widmach, błędnych ognikach, driadach, duchach i innych metafizycznych stworach zamieszkujących leśne ostępy. W mitologii słowiańskiej duchem lasu, jego panem i władcą niosącym obłęd i śmierć zbłąkanym wędrowcom był Leszy. Jego indiańskim odpowiednikiem ma być Wendigo - duch powodujący, że człowiek staje się kanibalem, żądnym ludzkiej krwi mordercą. W jednej z pierwszych swoich książek pt. Cmętarz zwieżąt (pierwsze amerykańskie wydanie w 1983 roku) Stephen King wykorzystał legendę o Wendigo, aby poruszyć temat traumy po śmierci bliskich. Traumy, która zmusza do działań wbrew naturze, ale i bogu. Traumy popychającej bohaterów do zatracenia i zguby w imię miłości.

Z życia do życia

Rodzina młodego lekarza Louisa Creeda sprowadza się do małego miasteczka Ludlow, gdzie ma zacząć nowe życie po opuszczeniu gwarnego Chicago. Dom jest piękny, posesja ogromna, usytuowana nieopodal lasu, do którego ciągnie się wypielęgnowana ścieżka. Jedynym minusem okolicy jest droga, na której szaleją ciężarówki wiozące ładunek z pobliskich zakładów chemicznych. Już pierwszego dnia Louis zaprzyjaźnia się z sąsiadem ponad osiemdziesięcioletnim Judem Crandallem będącym niejako spiritus movens dalszych wydarzeń, na które nikt nie będzie miał wpływu. Jud, jako osoba znająca okolicę, pokazuje rodzinie Creedów cmentarz dla zwierząt znajdujący się w oddalonej części ich posesji tuż pod lasem. Szczególną uwagę Louisa przykuwa wiatrołom broniący dostępu do dalszej części lasu. Wizyta na "cmętażu" powoduje pierwsze spięcia w rodzinie - lęk córki Creedów Ellie przed śmiercią ukochanego kota powoduje u dziewczynki histerię, za którą Rachel obwinia męża. 
Wydarzenia nabierają rozmachu - pierwszego dnia pracy w studenckiej przychodni pod opiekę Louisa trafia potrącony chłopak, który umierając ostrzega mężczyznę. Później jako duch nawiedza lekarza ostrzegając go ponownie. W Halloween żona Juda Norma dostaje ataku serca, szczęśliwie Louis jest na miejscu i ratuje kobietę. Rychło Jud ma okazję odwdzięczyć się za pomoc, gdy podczas nieobecności rodziny ciężarówka zabija kota Ellie mężczyzna prowadzi Louisa za wiatrołom w głąb lasu, na stare indiańskie cmentarzysko...

Na cmętarzu
Legenda o Wendigo przedstawiona przez starego Crandalla i sama wędrówka na cmentarz Micmaców sprawiła, że miałem ciarki na plecach, a każdy szelest w pokoju sprawiał, że podskakiwałem z książką w ręku. Można czytelnika przerazić bez rozrzucania flaków na lewo i prawo, bez rozlewania litrów krwi. To co siedzi w Cmętarzu zwieżąt Kinga jest tak bardzo podskórne, tak schowane między wierszami, że mrozi do kości. Los bohatera, który traci wszystko co kocha najbardziej, wrzuconego w tryby machiny napędzanej przez pierwotne zło, zmierzającego wprost do zatracenia w imię miłości poruszył mnie jednocześnie powodując nocne koszmary. Dawno już żadna książka mnie tak nie przeraziła. 

Książka warta podwójnej uwagi, gdyż pochodzi z czasów, w których King jeszcze książki pisał, a nie produkował je taśmowo.

INFO
Autor: Stephen King
Tytuł: "Cmętarz zwieżąt"
Wyd.: Warszawa, Prószyński i S-ka, 2011
Il.str.: 424
Cena: 32 zł

Niebezpieczne sny

Jedną z funkcji literatury, także tej młodzieżowej (a może przede wszystkim?), jest przekazywanie treści, które w jakiś sposób wpłyną na nas...