sobota, 6 listopada 2010

Publikacje kultowe część III: "Dziecko Rosemary", Ira Levin

Pamiętam jakby to było wczoraj, kiedy dziecięciem (nie, nie ciemności) będąc po raz pierwszy zobaczyłem film Romana Polańskiego na podstawie książki Iry Levina. Długi był to film, przepojony specyficznym klimatem (ziele tojadu, upiorne książki i równie upiorni sąsiedzi). Kilka (może i więcej) lat później do moich rąk trafił książkowy pierwowzór filmu. Znak to naszych czasów niewątpliwie, że książki przemieniają się w filmowe adaptacje. Naturalna droga popularyzacji jednego i drugiego. Bywa tak, że film uwypukla pewne aspekty swojego papierowego pierwowzoru, trochę inaczej rozkłada akcenty itp. Moja osobista refleksja na temat "Dziecka..." jest jednoznaczna. Film i książka doskonale ze sobą współgrają. Oglądnąłeś film? Koniecznie przeczytaj książkę! I na odwrót. Świetna rzecz, klimatyczna jak mało, która książka. O ten klimat się przecież rozchodzi. Pomyśleć, że obyło się bez obscenicznego epatowania ohydom, obrazami gore rodem z rzeźniczych klasyków gatunku horroru. Ani pół flaka nie przelatuje przez stronice "Dziecka Rosemary"! Mamy za to przytłoczoną, brzemienną (w diabła) kobietę otoczoną przez niepokojąco opiekuńczych sąsiadów. Sama sceneria przyprawia o gęsią skórkę. Stara nowojorska kamienica, upiorny dom naszych czasów. Ciągle w nich coś stuka, coś puka i szura. Zakończenie, aż prosiło się o drugą część, która nie nastąpiła. I dobrze...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz