sobota, 16 kwietnia 2016

Ariadna na Naxos - Teatr w teatrze

Odkurzanie mitów
Ciągłe przetwarzanie przeszłości jest bardzo ważną cechą naszej kultury. Czerpanie z tego co było kiedyś, ciągłe definiowanie na nowo znanych od dawna motywów, tworzenie swoistych hybryd łączących nowoczesność z starożytnością to równie popularny co niebezpieczny nurt spotykany także w inscenizacjach operowych. Od ręki reżysera i scenografa zależy czy taki eksperyment sprawdzi się na scenie, czy przypadnie widowni do gustu. Richard Strauss stworzył połączenie opery buffa z operą seria wykorzystując do tego mit o Ariadnie i Tezeuszu. Przedstawił losy samotnej Ariadny przebywającej na wyspie Naxos poprzedzając je prologiem będącym swoistą farsą na zakulisowe życie aktorów w teatrze. "Ariadna na Naxos" to utwór ciekawy jednak powodzenie jego realizacji zależy od wizji reżysera, a ta, przedstawiona przez Włodzimierza Nurkowskiego jest cokolwiek kontrowersyjna, zupełnie jak połączenie pasztetowej najgorszego sortu z kawiorem z bieługi. 

Teatr w teatrze
Jako widzowie zostajemy przeniesieni za kulisy teatru operowego, na którego deskach ma zostać wystawiona opera "Ariadna na Naxos". Przyglądamy się zatem przygotowaniom aktorów, ich wzajemnym uszczypliwością i zmaganiom Kompozytora (w tej roli rewelacyjna Agnieszka Rehlis stworzyła postać z krwi i kości, jej partie były wprost niezwykłe) z wymaganiami widza oraz wykonawców. Przepychanki między solistami, która z części roli ma zostać wykreślona, aby pozbawić dzieło niepotrzebnych dłużyzn, wydają się być niezwykle na miejscu w inscenizacji Nurkowskiego. Wszystko to ubrane jest w kiczowate, ohydne kostiumy w anturażu urągającej widzowi scenografii jeżdżących domków z dykty. Tyle o prologu, Kiedy kurtyna opadła odetchnąłem z ulgą, byłem pełen obaw co zobaczę kiedy znowu się podniesie.
Druga część utworu Straussa to już wystawienie opery przez ekipę znaną z prologu. To co zobaczyłem było naprawdę świetne. Pogrążona w smutku Ariadna (Magdalena Barylak brzmiąca wyjątkowo dobrze w języku niemieckim) w oszczędnej scenografii w towarzystwie trzech nimf Najady (Karolina Wieczorek), Echo (Monika Korybalska) i Driady (Agnieszka Cząstka). Na tle falującego, ciemnego można okalającego Naxos Ariadna wyglądała na wyjątkowo nieszczęśliwą i samotną. Morskie tło rozświetlało się, aby ukazać sceny z mitu o Tezeuszu i Minotaurze w pięknej baletowej formie. Samo pojawianie się tych obrazów i późniejsze ich zanikanie w morskich odmętach było wyjątkowo nastrojowe, aż do momentu, w którym na scenie pojawili się kompanii Zerbinetty (Katarzyna Oleś-Blacha stworzyła obraz kiczowatej i pretensjonalnej idiotki, bolesne, bardzo bolesne widowisko) Arlekin (Michał Kutnik), Scaramuccio (Vasyl Grokholskyi), Truffaldino (Krzysztof Dekański) i wszystko zniszczyli swoją pretensjonalną i tandetną błazenadą.

Kabaret Olgi Lipińskiej na operowej scenie
I tak przeplatały się smutne losy Ariadny, piękne obrazy z mitu o Tezeuszu z tandetnymi scenami farsy nawiązujących stylistyką do kabaretów Olgi Lipińskiej, czekałem tylko, aż ona sama wyłoni się zza winkla w tych swoich debilnych okularach. Tomasz Kuk w roli Bacchusa doskonale uzupełniał dramat Ariadny, ale czy te elementy farsy, w wykonaniu całej reszty, naprawdę musiały być tak tandetne i kiczowate? I cóż z tego, że muzyka była doskonała, że soliści w formie (bez względu jak idiotycznie wyglądali śpiewali znakomicie, wszyscy!) skoro Nurkowski stworzył taką beznadzieją inscenizację? Najlepszym wyjściem byłoby tylko słuchanie muzyki Richarda Straussa w wykonaniu nieocenionej orkiestry Opery Krakowskiej prowadzonej przez niezmordowanego Tomasza Tokarczyka. 

INFO
Kompozytor: Richard Strauss
Libretto: Hugo von Hofmannsthal
Reżyseria: Włodzimierz Nurkowski
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia i kostiumy: Anna Sekuła
Choreografia: Katarzyna Aleksander-Kmieć, Jacek Tomasik

niedziela, 10 kwietnia 2016

La Traviata

Kolejna odsłona
Upadłe kobiety mają to do siebie, że przyciągają podobnych do siebie zatraceńców, miłośników mocnych wrażeń i łamania konwenansów. Często stają się afrodyzjakiem dla znudzonych życiem bogaczy znajdujących w ich ramionach schronienie przed swoim pozbawionym uciech życiem. Dla bogacza taka kobieta to jednak tylko zabawka, kiedy i ona się znudzi, kiedy straci swój powab zostaje z niczym, a jej dotychczasowy kochanek znajduje sobie nową lolitkę. Czasem, u schyłku życia, kobieta wyzwolona odnajduje prawdziwą miłość, porzuca dotychczasowe życie pełne zabawy i zaczyna cieszyć się uczuciem. "Traviata" Giuseppe Verdiego to dzieło opowiadające właśnie o takiej upadłej kobiecie i może właśnie to stoi za dzisiejszym sukcesem historii umierającej na suchoty Violetty. Kolejne realizacje prześcigają się w nowatorskim ujęciu tematu, a reżyserzy z lubością uwspółcześniają dramat Verdiego, chcąc przekazać nam swoją wizję nieszczęśliwej miłości i odchodzenia. Także w Operze Krakowskiej mamy do czynienia z realizacją "Traviaty" w nowoczesnym anturażu. 

Dama Kameliowa
"Traviata" jest kolejną operą, która po zaliczeniu spektakularnej klapy podczas premiery, ta odbyła się w 1853 roku w weneckim Teatro La Fenice, zdobyła uznanie publiczności dopiero po dokonaniu pewnych zmian. Sam Verdi zastanawiał się czy to wina zupełnie nieprzekonującej obsady czy samej istoty jego utworu. Dzieło oparte na motywach Damy Kameliowej Aleksandra Dumasa syna opowiada o miłości żarliwej i namiętnej zwieńczonej tragicznym finałem. Reżyser krakowskiej realizacji Krzysztof Nazar przedstawia nam Violettę Valery (rewelacyjna Iwona Socha) w chwili gdy poznaje diagnozę lekarzy po czym przenosimy się na bal. Violetta poprzysięga oddać się zabawie, nie chce już kochać, pragnie tylko cieszyć się chwilą. Pomimo tego Alfred (idealny w tej partii Andrzej Lampert) walczy o jej względy. Dziewczyna świadoma swojego losu początkowo odrzuca zaloty młodzieńca w końcu jednak ulega. Szczęśliwe chwile spędzone na wsi burzy powrót z Paryża Anniny (Karin Wiktor-Kałucka), służącej Violetty. Alfred dowiaduje się, że jego ukochana z braku środków wyprzedaje resztki swojego skromnego majątku i postanawia pojechać do Paryża. Kiedy on wyjeżdża do posiadłości Violetty przybywa ojciec Alfreda George Germont (Adam Szerszeń). Starszy pan nie ma dobrych nowin, pragnie, aby Violetta porzuciła Alfreda, oddała mu wolność i tym sposobem zapewniła szczęście siostrze Alfreda zaręczonej z pewnym młodzieńcem. Powrót młodego Germonta na łono rodziny jest warunkiem ślubu jego siostry. Dziś argument zupełnie wydumany i nieprzekonujący, Violetta zgadza się prosząc tylko o jedno - po jej śmierci Alfred ma poznać całą prawdę... 

Krakowska realizacja
Losy Violetty Valery przedstawione zostały w bardzo oszczędnej scenografii Marka Brauna ograniczającej się do przesuwanych lustrzanych ścian, nieśmiertelnej kanapy ewentualnie szpitalnego łóżka oraz wyświetlanych na ścianach zdjęć z tomografii mózgu. Wszystko to w odcieniach czerni i szarości. W antrakcie słyszałem opinie publiczności, że scenografia jest beznadziejna. Powalająca nie była, ale swoją oszczędnością podkreślała dramat umierającej dziewczyny. Kostiumy Zofii de Ines to też nie XVIII wieczne krynoliny, ale ubiory nawiązujące w stylistyce do lat 20' XX wieku. Ładne do było. W takiej inscenizacji w pełni mogłem skupić się na losach kochanków, a te są naprawdę poruszające. Andrzej Lampert i Iwona Socha stworzyli niezwykły duet, byli wprost porywający. Iwona Socha w pełni oddała dramat umierającej Violetty, a Andrzej Lampert sprawdził się w roli zarówno ubiegającego się o względy dziewczyny młodzieńca, jak i mężczyzny zdradzonego i pełnego gniewu. Adam Szerszeń jako George Germont stworzył portret ojca zatroskanego losami swoich dzieci, pragnącego dla nich wszystkiego co najlepsze, gotowego na bardzo dramatyczne kroki. W jego działaniach nie było okrucieństwa pomimo tego, iż jego prośba sama w sobie była podła. Germont w interpretacji Szerszenia to postać wyjątkowo autentyczna. Inni soliści także stanęli na wysokości zadania, jednak to ta trójka górowała ponad wszystkim.
Jeżeli chodzi o muzykę to obyło się bez kontrowersji. Wszystko było w punkt, muzyka Verdiego brzmiała zarówno wesoło i skocznie, jak i nostalgicznie. Tomasz Tokarczyk nadał całemu przedstawieniu odpowiednie tempo dzięki czemu uniknął przerysowania. Verdi to mistrz gatunku, a orkiestra Opery Krakowskiej doskonale interpretuje jego dzieła pod batutą Tokarczyka. 

INFO
Kompozytor: Giuseppe Verdi
Tytuł: "Traviata"
Libretto: Francesco Piave wg powieści Aleksandra Dumas "Dama kameliowa"
Reżyseria i inscenizacja: Krzysztof Nazar
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Kostiumy: Zofia de Ines

wtorek, 5 kwietnia 2016

Kompendium Star Wars

Nowy nabytek na półce
Przeżywamy istny wysyp publikacji z logiem Star Wars. Kolejne książki, komiksy i albumy pojawiają się na księgarnianych półkach niby grzyby po deszczu w jeszcze niewykarczowanej Puszczy Białowieskiej. Nie wszystkie z tych publikacji odpowiadają mi pod względem treści i formy. Zwyczajnie skierowane są do młodego czytelnika, wręcz do bardzo młodego i swoją formą edytorską, jak i samą treścią, są dla mnie zupełnie niepociągające. Sam biorąc je do ręki w księgarniach nie mogę nadziwić się, że zwyczajnie mi się nie podobają, że szukam czegoś innego. W tym gąszczu, istnym nawale, dziecięcych książeczek odnalazłem książkę, która bardzo przypadła mi do gustu. Kompendium Star Wars to album, po części, łączący Star Wars: Świat Gwiezdnych wojen. Kronikę ilustrowaną z gwiezdnowojennymi słownikami obrazkowymi.

Zawartość
Treść publikacji uporządkowana jest chronologicznie w obrębie takich kategorii jak bohaterowie i stworzenia, miejsca, technologie, pojazdy. Informacje zawarte w Kompendium... systematyzują wiedzę obejmującą zarówno filmy kinowe, jak i seriale animowane "Wojny klonów" i "Star Wars. Rebelianci" uzupełniając ją o takie elementy, jak imiona postaci wcześniej znanych tylko z nazwiska (chociażby poznajemy imię Imperatora Palpatine - Sheev). Brak natomiast informacji na temat najnowszej odsłony sagi czyli "Przebudzenia mocy", co jest całkiem zrozumiałe bo książkę wydano pierwotnie w 2015 roku, a wokół nowego filmu nie zostało zbudowane odpowiednie zaplecze w postaci komiksów, gier itp. Książka ta, z tego co wywnioskowałem z wprowadzenia pióra Rydera Widhama, ma być też swoistym wstępem do budowania nowego Expanded Universe, bazującego na źródłach z logiem Disneya. Jak wiemy stare Rozszerzone Uniwersum zostało pogrzebane, ku wielkiemu niezadowoleniu psychofanów i zwykłych miłośników, po przejęciu praw do Sagi przez Disneya i wyprodukowaniu "Przebudzenia Mocy".
W przypadku takiej publikacji jak Kompendium... nie można zaniedbać strony graficznej. Ta jest wyjątkowo dobra, jednak dla zaprawionego fana nie przygotowano zbyt wielu niespodzianek. Właściwie wszystkie zdjęcia i grafiki pojawiały się już we wcześniejszych albumach. W tym miejscu muszę też powiedzieć, że jakość materiałów ilustrujących klasyczną trylogię jest kiepska. Rozumiem, że te ziarniste fotosy maja swój urok, ale czy naprawdę w dobie nowoczesnej techniki nie można było ich poddać takie obróbce, aby nie stanowiły tak dużego kontrastu dla materiałów znacznie od nich nowszych? Cóż, po co się strać skoro fani i tak to kupią, tak? Generalnie to jest jedyny mankament jaki, już po pierwszym przewertowaniu albumu, rzucił mi się w oczy. Materiał jest ciekawy, ilustracje żywe i barwne, dobrze ze sobą został zgrany obraz i tekst. 

INFO
Autor: Patricia Baar, Adam Bray, Daniel Wallace, Ryder Windham
Tytuł: "Kompendium Star Wars"
Wyd.: AMEET, Łódź 2016
Il.str.: 320
Cena: 139,99 zł

niedziela, 3 kwietnia 2016

W rodzinie ojca mego

Rodzina...
... jako podstawowa komórka społeczna, jako grupa ludzi złączonych więzami krwi lub osób skupionych wokół jakieś idei głęboko zakorzeniona jest w świadomości nie tylko "konserwatystów", ale także "postępowców". Jest taka jedna rodzina w Polsce, która sobie i tylko sobie przypisuje wszelkie cnoty od uczciwości i miłosierdzia po patriotyzm i umiłowanie tradycji, innym tych cnót odmawiając. Rodziną tą jest rzesza ludzi połączonych uwielbieniem dla pewnego duchownego i jego medialnego imperium. Marcin Wójcik w zbiorze reportaży W rodzinie ojca mego wnika w środowisko Radia Maryja, Telewizji Trwam i "Naszego Dziennika" przybliżając portrety osób, które ponad wszystko miłują media przedsiębiorczego redemptorysty z Torunia ojca Tadeusza Rydzyka, a jego samego stawiają w roli życiowego przewodnika, intelektualnego i duchowego guru.

Polska innym okiem widziana
Świat jest już tak poukładany, że zawsze znajdziemy grupy ludzi wzajemnie się zwalczające. Tak można spojrzeć i na reportaże Marcina Wójcika. Dla mnie jego teksty zebrane w zbiorze W rodzinie ojca mego nie zawierają kpiny, nie próbują na siłę ośmieszać Rodziny Radia Maryja, są za to próbą zrozumienia swoistego fenomenu, tego jak jeden człowiek mógł stać się tak potężny, aby być zdolnym do kierowania tysiącami dusz. Jak to możliwe, że jest dla nich opoką w kreowanym przez swoje media świecie zagrożeń płynących z Unii Europejskiej, ze zdeprawowanego zachodu, ale także z wnętrza Polski. Dla zwolenników redemptorysty Wójcik stał się śmiertelnym wrogiem, a teksty przez niego napisane to stek kłamstw, publikując je wyrzekł się w oczach Rodziny Radia Maryja polskości, stał się elementem obcym i wrogim, jak każdy kto ma inne poglądy niż te wysyłane w eter z Torunia. Czytając te reportaże zachodziłem w głowę jak to wszystko jest możliwe, nikomu nie odbierałem godności czy też prawa do własnego zdania, ale pojąć tego nie mogłem. Znając osobiście członków Rodziny Radia Maryja mogłem też naocznie przekonać się, że jakakolwiek dyskusja jest bezcelowa, dlatego też teksty Wójcika przyjmowałem nie jako atak na to środowisko, ale zwyczajną próbę pogłębienia wiedzy i zrozumienia czegoś czego wielu pojąć nie może. Bo niby jak zrozumieć to, że ksiądz zachęca do miłowania bliźniego, budowania wspólnoty by zaraz potem napluć swoim wrogom w twarz, skopać i zalać ich jadem, nieprzebranym potokiem nienawiści?

Nie lękajcie się...
... choć ja trochę się lękam w obecnej rzeczywistości publikować ten post, z gruntu skazany na krytykę zwolenników o. Tadeusza Rydzyka, wy nie lękajcie się czytać, myśleć, korzystać z różnych źródeł, tak aby wyciągać wnioski wyważone i mądre, a nie tylko poddawać się manipulacji jednej czy drugiej strony. 

INFO
Autor: Marcin Wójcik
Tytuł: "W rodzinie ojca mego"
Wyd.: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015
Il.str.: 267
Cena: 39,90 zł

sobota, 2 kwietnia 2016

Madama Butterfly

Miłość i śmierć
Motywy miłości i śmierci są obecne we wszystkich dziedzinach artystycznej działalności człowieka od sztuk plastycznych poprzez literaturę aż na muzyce skończywszy. Niepodważalna jest także ich nierozerwalność. Pomimo tego iż miłość i śmierć są z gruntu różne, często są ze sobą złączone w dramatycznych losach kochanków. Ta specyficzna symbioza szczególnie uwidoczniła się w przedstawieniach operowych stając się nośnikiem niezwykłych emocji. Nie przesadzę jeśli napiszę, że najbardziej poruszającą i najbardziej znaną, nawet laikom, operą, w której miłość nieuchronnie wiedzie bohaterów do śmierci, jest "Madama Butterfly" Giacomo Pucciniego. 1 kwietnia miałem okazję po raz drugi zobaczyć inscenizację losów młodziutkiej Cio-Cio-San na deskach Opery Krakowskiej. 

Egzotyka Pucciniego
Puccini, nie rezygnując z typowych dla siebie środków artystycznego wyrazu, przenosi akcję swojego dzieła do odległej Japonii. Orientalny koloryt to jednak tylko pretekst do przedstawienia dramatu psychologicznego, w którym to młoda kobieta targana jest sprzecznymi emocjami. Premiera w mediolańskiej La Scali w 1904 roku zakończona porażką i wygwizdaniem utworu skłoniła twórcę do wprowadzenia kilku zmian, sugerowanych już wcześniej przez współpracowników. Tak oto powstało dzieło zajmujące zaszczytne miejsce w repertuarach większości teatrów operowych świata. Sama treść, nie będąca specjalnie skomplikowaną, skupia się na miłości nastoletniej Cio-Cio-San do amerykańskiego oficera Pinkertona oraz jej następstwom wynikającym po części z różnic kulturowych. Z jednej strony bezkresne zakochana kobieta, a z drugiej mężczyzna chcący się trochę zabawić, zażyć egzotyki z dala od domu. To co dla Pinkertona jest zwykłym romansem dla Butterfly jest nie tylko szczerą miłością i spełnieniem marzeń, ale także złamaniem wielowiekowych tradycji, swoistym wstępem do koszmaru. To dla Pinkertona Butterfly przechodzi na katolicyzm za co zostaje przeklęta przez swojego wuja Bonzo. Okazuje się, że miłość nie była tego warta, Pinkerton wyjeżdża, a Cio-Cio-San zostaje sam w Japonii. Towarzyszy jej służąca Suzuki, wkrótce na świecie pojawia się jedyna radość dziewczyny - dziecko będące owocem jej miłości do amerykańskiego oficera. Lata mijają, Butterfly czeka cierpiąc biedę, kiedy w końcu do portu w Nagasaki przybija statek Pinkertona dziewczyna nie może powstrzymać radości. Jednak nie szczęście i spełnienie przynosi ze sobą Pinkerton, a smutek i śmierć.

Pani Motyl po raz wtóry
Tak jak zasygnalizowałem we wstępie widziałem tę inscenizację opery "Madama Butterfly" w Operze Krakowskiej niespełna dwa lata temu i mogłem spojrzeć na wczorajsze przedstawienie znacznie bardziej krytycznym okiem. Sprzyjała temu także zmieniona obsada bo poza Martą Abako wszyscy soliści, w stosunku do inscenizacji z 2014 roku, zostali wymienieni. I tak w tytułowej roli mamy Martę Abako, której rozedrgany głos w pierwszym akcie napawał mnie sporymi obawami o to co będzie dalej. Podwójne zmartwienie, gdyż pamiętam jej pomyłkę w "Un bel di vedremo" w występie z 2014, jednak muszę przyznać, że rozwiała moje wątpliwości i od drugiego aktu, aż do samego końca, wszystko było na miejscu. Popisowa aria powalała na kolana, zupełnie jakby mi za te wcześniejsze wątpliwości chlasnęła w twarz, i to bardzo mocno. Niestety zwykle rewelacyjni Tomasz Kuk w roli Pinkertona i Wołodymyr Pankiv jako wuj Bonzo wypadli blado. Gniew Bonza na Cio-Cio-San był mało przekonujący, zupełnie jakby solista nie wykorzystał swojego mocnego głosu na 100%, podobnie sprawa ma się z Kukiem. I kto by pomyślał, że znacznie mniej doświadczony Andrzej Lampert lepiej się sprawdzi w roli amerykańskiego porucznika niż doświadczony Kuk? Agnieszka Cząska w roli Suzuki, służącej Butterfly, sprawdziła się doskonale, nie było w jej interpretacji krztyny fałszu, podobnie zresztą jak w partiach Sharplessa (Adam Szerszeń) i Goro (Krzysztof Kozarek) i za to im wielkie dzięki. 
Nie obyło się bez kilku "kiksów" wprost z orkiestry. Miałem wrażenie, i oby to było tylko wrażenie, że już na samym początku ktoś z orkiestry się pomylił. Słyszałem ten utwór naprawdę niezliczoną ilość razy i mam dość wyczulone na tym punkcie ucho. Chwilami orkiestra grała zbyt głośno, zagłuszając solistów, co absolutnie nie miało miejsca, kiedy pierwszy raz oglądałem Panią Motyl w Krakowie. Dziwne, podwójnie dziwne bo dyrygent Tomasz Tokarczyk zwykle jest bezkonkurencyjny w swojej profesji. Może pierwszy dzień kwietnia podziałał "rozluźniająco" na ekipę? Nie zmienia to postaci rzeczy, że te nieznaczne mankamenty wczorajszego wykonania nie wpłynęły znacząco na mój pozytywny odbiór dzieła Pucciniego. 

INFO
Kompozytor: Giacomo Puccini
Tytuł: "Madama Butterfly"
Libretto: Luigi Illica i Giacomo Giacosa wg Davida Belasco
Reżyseria: Waldemar Zawodziński
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Kostiumy: Maria Balcerek
Choreografia, ruch sceniczny: Janina Niesobska