czwartek, 15 grudnia 2016

Proste historie

Czy chodzi o pierogi?
Można by tak pomyśleć, lecz nie o pierogi, a o takie proste historie, których bohaterem mogłem być ja czy Ty, drogi Czytelniku, właśnie chodzi. Pamiętam, że będąc w szkole podstawowej żyłem w błogim przeświadczeniu, że w mojej rodzinnej miejscowości nie tylko schronił się Adolf Hitler, ale i prowadzi normalne życie zwykłego poczciwca rodem z wielkopłytowego osiedla. Wydawało mi się to cokolwiek prawdopodobne, mężczyzna ten z twarzy podobny był do Hitlera, a ja chłonąc programy Wołoszańskiego, węszyłem kolejnej sensacji XX wieku wprost z mojego podwórka. Tylko po co ja o tym piszę? Bo po przeczytaniu Gniazdozbioru, krótkiego zbioru opowiadań Mirki Szychowiak, te wszystkie proste historie z dzieciństwa, wydające się wtedy niesamowitymi sensacjami, jak chociażby ta o Hitlerze z blokowiska, wróciły do mnie budząc sporą nostalgię.

Perypetie niesfornej Ewci
Opowiadania przenoszą nas w świat wścibskiej dziewczynki o imieniu Ewa. Jako rezolutna i akuratna dziewczynka Ewcia zawsze jest tam gdzie dzieje się coś ciekawego. Jej immanentną cechą jest niepohamowana żądza wiedzy. Mówiąc bardzo dosadnie Ewcia jest wścibska i ciekawska jak mało kto, a dzięki pełnionej przez jej mamę funkcji blokowej, dziewczynka ma dostęp do najciekawszych kąsków. Niebagatelnym jest też częsta jej obecność na trzepaku, kto wychował się na blokowisku doskonale to pojmie. Dla zrozumienia, czy może inaczej, dla pełnego odczytania wszystkich zawartych w zbiorze opowiadań Mirki Szychowiak kodów, wydaje mi się niezbędne, choć przez krótki czas, zamieszkiwanie na blokowisku, najlepiej takim małomiasteczkowym. To blok jest tłem wszystkich wydarzeń, niejako spełnia rolę teatru, w którym odgrywana jest sztuka o życiu prostych ludzi. Za pomocą Ewci Autorka przedstawia nam plejadę postaci jakie zna każdy z nas, blokowych osobistości i czarnych owiec. Sąsiedzi, opisywani przez bohaterkę, są wręcz postaciami archetypicznymi. Wścibskie sąsiadki, pruderyjne kwoki, sąsiedzi pijacy i zwykłe rodziny borykające się z bolesną codziennością, to wszystko opisane oczami małej dziewczynki, która może nie wszystko rozumie, ale nie pozostaje obojętna na żadne wydarzenie rozgrywające się w bloku. Wszystko przepojone jest humorem, ubawiłem się niesamowicie, jednak pod tym płaszczem śmiechu była nostalgia i smutek. Bo z pozoru zabawne zdania wwiercały się w głowę przynosząc smutne refleksje. 

To co do mnie trafiło najbardziej...
... to króciutkie opowiadanie Wzgórze Olgi, cały czas myślę o tej historii. Zdania jak u Trumana Capote, a historia prosta i przejmująca. W dodatku, gdzieś tam daleko w tle majaczy, widmo nazistowskiego obozu w Oświęcimiu. Jako osoba wywodząca się z terenów będących nieopodal obozu, która chodziła do szkoły średniej w bezpośrednim jego sąsiedztwie, obcująca z jego historią właściwie od zawsze, wyczulony jestem na te nuty, a Wzgórze Olgi bardzo mocno w nie uderzyło. Miłość i tęsknota, śmierć i tajemnica, to wszystko w kilku akapitach opowieści o starej, samotnej kobiecie uważanej przez sąsiadów za wariatkę i czarownicę - piękne. 

INFO
Autor: Mirka Szychowiak
Tytuł: "Gniazdozbiór"
Wyd.: ME-KOMP, Warszawa 2015
Il.str.: 123
Cena: cóż, bezcenna!

czwartek, 8 grudnia 2016

Co robię gdy mnie tu nie ma? Rysuję!

Kryzys braku czasu
Bo jest przecież taki czas, w którym to nie czytanie czy pisanie jest najważniejsze. Życie na bieżąco weryfikuje nasze plany i zamierzenia, nie wszytko da się przewidzieć i nie na wszystkie nasze dotychczasowe zajęcia starcza czasu. Przychodzi właśnie wspomniany kryzys braku czasu, w którym to musimy podjąć dramatyczną decyzję na co swój czas, przecież tak cenny, poświęcić. I tak właśnie zamiast pisać zdań kilka na tym blogu o przeczytanych w ostatnich dniach książkach, a zebrało się ich już kilka, poświęcam się rysowaniu. 

Czym i dlaczego?
Tym co skradło całą moją uwagę jest rysowanie suchymi pastelami. I tak, każdą wolną chwilę, a niestety nie mam ich zbyt wiele z powodu nawału pracy, spędzam nad kartką papieru umorusany kolorowym, pastelowym pyłem. Próbuje różnych połączeń barw, różnych gatunków papieru, zmierzając do oczekiwanego efektu. To taka chwila wyłączenia się ze świata i poświęcenia się czemuś co daje satysfakcję. Może ten mój powrót, po dość długiej przerwie, do rysowania to też wyraz zmęczenia dotychczasowym rytmem dnia? Pewnie tak, najważniejsze że pozwala zająć myśli czymś co, w moim odczuciu, jest ciekawe i fajne.



środa, 7 grudnia 2016

Don Pasquale - Donizetti

Ciekawie w Krakowie
Dobrze jest mieszkać w Krakowie, bo to właśnie miasto, jak żadne inne, przyciąga niezwykłe osobowości świata sztuki. Jest też ich naturalnym matecznikiem, rodzi prawdziwe gwiazdy. Ziemia krakowska, pomimo dżumnych wyziewów kultowego już na całą Polskę smogu, to dla sztuki dobre miejsce. Kolejnym tego przykładem jest wystawienie na deskach Opery Krakowskiej utworu "Don Pasquale" Gaetano Donizettiego w reżyserii Jerzego Stuhra.

Awanse starego piernika
Kolejna zabawna historia o kaprysach starego piernika, marzącego o ślubie z młodą dziewczyną, może i nie jest specjalnie odkrywcza, wszakże od premiery w roku 1843 minęło już trochę czasu, i rzecz mogła się zestarzeć, to w swojej treści urzeka. Historia jest banalnie prosta, Don Psquale (Dariusz Machej) chce wydziedziczyć swojego bratanka Ernesta (Sang Jung Lee) i ożenić się, intryga doktora Malatesty (Mariusz Kwiecień - przezabawny, widać, że dobrze czuje się w tej roli) ma doprowadzić do zmiany zdania i ostatecznego połączenia Ernesta i Noriny (Alexandra Flood - przekonująca w roli zarówno cnotliwej zakonnicy, jak i żony z piekła rodem). Wszystko na zasadzie obrzydzenia Don Pasqualowi instytucji małżeństwa...

A jak było?
Chyba już o tym pisałem, ale napisze raz jeszcze - nie jestem fanem operowych produkcji komicznych, owszem doceniam muzykę i śpiew, ale nie takich emocji szukam, co oczywiście nie przeszkadza mi cieszyć się muzyką i śpiewem. "Don Pasquale" wyreżyserowany przez Jerzego Stuhra to ciekawa pozycja, jedna z ciekawszych w Operze Krakowskiej, a inscenizacja w obsadzie, którą miałem zobaczyć to coś na światowym poziomie. Mariusz Kwiecień (którego częściej można oglądać na scenie Metropolitan Opera w Nowym Jorku niż w Krakowie) w roli Malatesty dał popis śpiewu i aktorstwa na poziomie mistrzowskim, a jego duet z Dariuszem Machejem doczekał się bisu przy ogromnym aplauzie publiczności ubawionej po pachy. Także Sang Jung Lee i Alexandra Flood stworzyli postacie zabawne i urzekające, miałem okazję słuchać tych wykonawców po raz pierwszy i powiem, że całkiem przypadli mi do gustu. Do znudzenia mogę pisać, że orkiestra pod batutą Tomasza Tokarczyka działała jak dobrze naoliwiony mechanizm, było idealnie. 

INFO
Kompozytor: Gaetano Donizetti
Libretto: Giovanni Ruffini
Tytuł: "Don Pasquale"
Reżyseria: Jerzy Stuhr
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia: Alicja Kokosińska
Kostiumy: Maria Balcerek

sobota, 15 października 2016

Napój miłosny

Refleksja na początek
Uznałem, że właśnie teraz, podczas pisania na temat opery Gaetano Donizettiego "Napój miłosny", wparto wspomnieć o jednej rzeczy, którą uświadomiła mi ostatnia gorączkowa próba kupna biletów na premierę, także jego utworu "Don Pasquale". Tą rzeczą, a właściwie pewnym niepokojącym zjawiskiem, jest fakt iż w repertuarze Opery Krakowskiej coraz więcej jest dzieł typowo komicznych. Nie jest to bynajmniej czymś złym, skoro publiczność właśnie tego pożąda to wszystko w porządku. Zapytam jednak czy dla równowagi nie można by przedstawić innego dzieła Donizettiego, o! chociażby "Lukrecji Borgii", zamiast dawać widzowi kolejny utwór komiczny? Już nie wspomnę, że w roku 2017 planowana jest premiera operetki "Hrabina Marica" Imre Kalmana, jakby naprawdę ludziom brakowało uśmiechu...

PGR "Italia"
To właśnie w nim rozgrywa się akcja opery, muszę przyznać, że przeniesienie wydarzeń do socrealistycznej rzeczywistości nadało całości wyjątkowo absurdalnego wydźwięku. Jest to oczywiście ogromna zaleta, nie można wiecznie kisić się w konserwatywnym sosie sztampowych realizacji, trzeba wybiegać wyobraźnią w zupełnie inne rejony, a to reżyserowi Henrykowi Baranowskiemu udało się znakomicie. A cóż w tym pegeerze się wydarzyło? Historia miłosna, niezbyt odkrywcza, ale poruszająca i urocza. Młodzieniec, Nemorino (Andrzej Lampert jak zwykle dał popis świetnej gry aktorskiej i doskonałego śpiewu) wzdycha do powabnej traktorzystki Adiny (w tej roli nieoceniona, acz nie będąca w najwyższej formie Katarzyna Oleś-Blacha), która jednak nie daje porwać się jego uczuciu tak bez walki. Przyjazd kompanii wojska z sierżantem Belcorem (Michał Kutnik w roli drapieżnego uwodziciela skradł serce nie jednej krakowskiej melomance) na czele, on take smoli cholewki do Adiny, daje traktorzystce pretekst by z Nemorinem okrutnie się droczyć. Z pomocą przybywa doktor, szarlatan zuchwały i hultaj niepomierny Dulcamara (Dariusz Machej w towarzystwie swoich dwóch powabnych asystentek wszystkich wodził za nos), posiadacz eliksiru miłości. Nemorino wydaje ostatni grosik na napój mający zniewolić serce Adiny...

Wesoło, ale i nostalgicznie
Gaetano Donizetti swoją muzyką, jak zwykle w punkt odegraną przez orkiestrę Opery Krakowskiej pod batutą Evgeny Volynskiyego, sprawił, że błaha historia nabrała głębszego wyrazu. Jest tu miłość i zazdrość, troska i zwątpienia, również desperacja. Cała masa emocji towarzyszących przecież miłosnym podbojom. We wstępie marudziłem, że to kolejna komiczna realizacja krakowskiej opery, nie znaczy to jednak, że bawiłem się źle, było wręcz przeciwnie. Absurdalna scenografia pegeeru "Italia", steampunkowy traktor dosiadany przez Katarzynę Oleś-Blacha, czy nieodzowny taborecik dzierżony przez Andrzeja Lamperta, a także żywa koza, niema słuchaczka jego dąsów połączyły się w ciekawą i zabawną całość. Miłe to dla ucha i oka, a to w operze najważniejsze.

INFO
Kompozytor: Gaetano Donizetti
Libretto: Felice Romani
Tytuł: "Napój miłosny"
Reżyseria: Henryk Baranowski
Kierownictwo muzyczne: Evgeny Volynskiy
Scenografia: Henryk Baranowski, Paweł Dobrzyński

piątek, 30 września 2016

Przedwieczna zgroza

Ciarki na plecach...
... lubimy je pod warunkiem, że sami ich sobie dostarczamy, czytając przerażającą książkę lub oglądając thriller bądź horror. Twórców zarówno książek o charakterze "dostarczacza" ciarek na plecach jak i filmów jest mnóstwo. Jednak to nie Ci najpoczytniejsi czy najbardziej rozsławieni docierają najgłębiej w swoich literackich poszukiwaniach. Dla polskiego czytelnika, a pewnie także dla miłośników literatury w innych krajach, takim zapomnianym, często nieznanym autorem, który dociera w swoich opowieściach do najgłębszych pokładów człowieczej natury jest Howard Phillips Lovecraft. Zbiór jego opowiadań , w przekładzie Macieja Płazy, Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści miałem przyjemność ostatnio przeczytać.

Lovecrafta niesamowity świat
Zbiór przygotowany przez Macieja Płazę zawiera m.in. takie znamienite dzieła jak Dagon, Zew Cthulhu, W górach szaleństwa, Nawiedziciel mroku czy Widmo nad Innsmouth.  Wspominam o tych konkretnych dziełach bo właśnie one najbardziej wryły mi się w pamieć choć muszę przyznać, że w każdym z nich znalazłem coś niesamowitego. Zupełnym niepodobieństwem byłoby w tym miejscu nie wspomnieć o tym co jest w utworach Lovecrafta najważniejsze czyli o przedwiecznej grozie wymykającej się ludzkiemu postrzeganiu czasu i przestrzeni. Nie jestem znawcą twórczości Lovecrafta, moim celem też nie jest interpretacja jego dzieł, ale jedynie ukazanie tego co w jego prozie było dla mnie najbardziej wartościowe. Mitologia Lovecrafta stawiająca ponad człowiekiem Przedwiecznych - istoty doskonałe, które przed minionymi miliardami lat przybyły na Ziemię by nią władać i być może by dać początek naszemu istnieniu - to coś wyjątkowo pociągającego. Nasz świat nie jest tym jedynym i najważniejszym, a cztery wymiary, w których się poruszamy nie są wcale tymi dominującymi. Istnieje coś o wiele potężniejszego, coś groźnego i przedwiecznego co śpi w morskich odmętach czekając na ponowne przyjście i bynajmniej nie jest to Jezus Chrystus. 

Wątpliwości
Po przeczytaniu Zgrozy w Dunwich... pozostaje ich nie mało. Bo sama wizja świata władanego przez istoty tak odmienne od nas, że wymakają się ludzkiemu pojmowaniu, że samo spotkanie z nimi kończy się poplątaniem zmysłów lub zwyczajnie śmiercią budzi pokłady tego podskórnego lęku powodując, że zadajemy sobie pytanie czy otaczająca rzeczywistość istnieje naprawdę, czy jest tylko projekcją stworzoną dla niedoskonałych ludzkich umysłów? Lovecraft nie roztacza wizji Boga miłosiernego i litościwego, a wręcz przeciwnie, panteon jego bóstw to zbiór bluźnierczych potworów żądnych ofiar składanych podczas upiornych rytuałów i ceremonii. To właśnie sprawia, że świat nam znany rozmywa się w innym wymiarze grozy. 

INFO
Autor: Howard Phillips Lovecraft
Tytuł: "Zgroza w Dunwich i inne przerażające opowieści"
Wyd.: Vesper, Czerwonak 2014
Il.str.: 792
Cena okładkowa: 69,90 zł

środa, 24 sierpnia 2016

Mistrz impresjonistów

Niezamierzone zaległości...
... bo takie rzeczywiście są. Wpis na temat przeczytanej, już z okładem miesiąc temu, biografii Moneta miałem napisać zaraz po skończeniu lektury. Tak się jednak złożyło, że praca oraz zajęcia zupełnie niezwiązane z czytaniem kolejnych książkowych wspaniałości tak skutecznie pozbawiły mnie czasu, że dopiero dziś zabrałem się za skreślenie kilku zdań. Dosłownie kilku bo siedzenie na stosie pudeł, przygotowanych do przeprowadzki, niespecjalnie nastraja do głębszego intelektualnego wysiłku. 

Trudne życie artysty
Powszechnie artystę postrzegamy jako ekscentrycznego dziwaka tworzącego nikomu niepotrzebne przedmioty, w naszym czysto subiektywnym odczuciu ładne bądź brzydkie twory chorego umysłu (jest to najpłytsze postrzeganie sztuki, ale niestety i najpowszechniejsze). Abstrahując już od rzeczywistej wiedzy na temat sztuki wszelakich domorosłych znawców i wartości wytworów pracy twórczej danego osobnika sam artysta, w poczuciu ogółu społeczeństwa,  odbiega od przyjętych norm. Powszechna jest także opinia, że zawsze klepie biedę i umiera w zapomnieniu, aby dopiero po latach doczekać się pośmiertnego docenienia swojej pracy. Oczywiście w wielu przypadkach właśnie tak jest, uogólnienia będące zwykle krzywdzącymi nie biorą się z powietrza. I życie Claude Moneta, dziś uznanego i wielbionego mistrza szkoły impresjonistów, nie było usłane różami. Dobitnie przekonujemy się o tym czytając biografię skreśloną przez Pascala Bonafauxa. 

Blaski i cienie 
Biografia Moneta skomponowana jest w zasadniczej części z jego korespondencji. Mnogość listów jakie po sobie pozostawił pozwoliła stworzyć dzieło prawie kompletne, poruszające całe spektrum życiowych spraw artysty. Bardzo dobrze, że jest tak dużo cytatów, styl pisania Pascala B. chwilami był wyjątkowo irytujący - szczególnie nagminne kończenie kolejnych zdań i akapitów wielokropkiem. Autor prowadzi nas przez kolejne lata życia artysty odsłaniając przed czytelnikiem problemy z jakimi się zmagał Monet podczas swojej drogi do sławy i uznania. Mamy zatem całą jego życiową podróż od rysowania karykatur poprzez pierwsze obrazy olejne na stworzeniu jego największych dzieł skończywszy. Obraz życia Moneta jaki wyłania się z biografii nie napawa optymizmem. Problemy finansowe, przymieranie głodem, ciągłe użeranie się z krytykami, a na koniec, kiedy wreszcie już przyszło uznanie i pieniądze, problemy zdrowotne, wyraźnie pokazują, że życie artysty to ciężki kawałek chleba. Warstwa społeczna i obyczajowa stanowi jedynie tło dla całej historii malarza. Więcej dowiadujemy się z przytaczanych cytatów niż z narracji autora, a szkoda bo może Pascal B. wniósłby coś więcej poszerzając tak istotny kontekst. 
Monet. Biografia to pozycja warta uwagi, przybliża obraz człowieka walczącego z przeciwnościami losu, ciągle dążącego do doskonałości, któremu nie są obce życiowe dramaty i przyziemne problemy jak brak drewna na opał czy odzienia na niepogodę. Monet to nie tylko artysta, ale także marzyciel, który przelewając na płótno swój obraz świata, to jakim on go widział, dzielił się pięknem z innymi. Przez styl Pascala B. nie możemy odczuć tego w pełni, ale obrazy Moneta i cytaty z jego korespondencji poszerzają nasze pole widzenia. Czytając biografię warto zerkać do albumów z malarstwem impresjonistów czy szukać wspomnianych obrazów w internecie, niestety z wiadomych względów nie wszystkie zmieściły się w tej konkretnej książce. 

INFO
Autor: Pascal Bonafoux
Tytuł: "Monet. Biografia"
Wyd.: WAB, Warszawa 2009
Il.str.: 504
Cena: 59 zł (ja kupiłem za złotych 12)

piątek, 24 czerwca 2016

Coś do czego się wraca...

Mój faworyt
Są takie pozycje książkowe, z różnych względów przez nas preferowane, po które chętnie sięgamy ponownie. Wracamy do nich czytając od deski do deski lub po prostu wybierając na wyrywki ulubione fragmenty. Moim faworytem w tej kategorii są opowiadania Edgara Allana Poe. Bez względu na wydanie, posiadam różne dla urozmaicenia w wersji papierowej, elektronicznej i audio, chętnie wracam do ulubionych opowieści bądź czytam je ponownie wszystkie odnajdując w nich ciekawe frazy, wcześniej pominięte, przeoczone. 

Za język i styl, za klimat
Tym co każdorazowo ujmuje mnie w opowiadaniach Edgara Allana Poe jest niepowtarzalny styl, wyśmienity język pozwalający smakować każde zdanie. Szczególnie te wydania w tłumaczeniu Bolesława Leśmiana przemawiają do mojej wrażliwości. Wszystko jest takie eleganckie i wytworne, nawet najokropniejsze obrazy mordu i grozy, ulotne muśnięcia trupiej ręki napisane są niezwykle wymownie, ale i dostojnie. Klimat opowiadań Mistrza Grozy pozwala przenieść się choć na chwilę w miejsca, gdzie doszło do niezwykłych wydarzeń, bądź dopiero do nich dojdzie. Nie każdemu pasuje ten nastrój budowany umiejętne za pomocą oszczędny środków i bazowaniu raczej na ulotnym klimacie chwili niż obrazach wyszukanych okropności, choć i one pojawiają się w historiach Poego. Jestem wielkim fanem niesamowitych opowieści, jeszcze nie raz będę wracał do Zagłady domu Usherów, Berenice, Portretu owalnego czy do Przedziwnego wypadku z panem Waldemarem.  

INFO
Autor: Edgar Allan Poe
Tytuł: "Opowieści miłosne, śmiertelne i tajemnicze"
Wyd.: Vesper, Poznań 2016
Il.str.: 800
Cena: 59,90 zł

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Il trovatore

Trubadur
Opera Giuseppe Verdiego nosząca, zupełnie niewinny, tytuł "Trubadur" to jedna z tych opowieści, które zapisują się na stałe w umyśle odbiorcy. W literaturze operowej jest wiele dzieł opowiadajacych o nieszczęśliwym losie kochanków jednak historia przedstawiona w utworze Verdiego jest wyjątkowo dramatyczna. To bez wątpienia jedna z moich ulubionych oper, często do niej wracam dlatego też szczególnie ucieszyła mnie perspektywa obejrzenia "Trubadura" podczas XX Letniego Festiwalu Opery Krakowskiej w niezwykłej scenerii Zamku Królewskiego na Wawelu w doborowej obsadzie.

Spektakl na wawelskim wzgórzu
Akcja opery rozgrywa się w XV wiecznej Hiszpanii, a sama inscenizacja w reżyserii Laco Adamika ze scenografią Barbary Kędzierskiej próbuje oddać ten klimat, jednak czas i miejsce dramatu oraz kostiumy nie są dosłownym przeniesieniem tamtejszych realiów, ale jedynie wariacją na ich temat. Przeniesienie spektaklu ze sceny opery na wawelski Dziedziniec Arkadowy to zabieg ciekawy - wszakże część scen rozgrywa się właśnie w zamkowej scenerii. Historia opowiada o losach dwóch braci rozdzielonych w dzieciństwie, wychowywanych w zupełnie różnych warunkach. Zarys tej opowieści poznajemy już w pierwszym akcie kiedy to kapitan Fernando (Wołodymyr Pankiv w tej roli jest wyjątkowo przekonujący, jego głos jest mocny i doniosły, a emocje przekazywane dziwnie uderzające) opowiada historię zaginięcia młodszego brata hrabiego Luny (Leszek Skrla zbudował postać kompletną wyrażającą głosem i gestem wszystkie aspekty tej roli) i spalenia cyganki mającej dokonać tego czynu. Obaj bracia zakochani są w jednej kobiecie, dodatkowym problemem jest to iż stoją po przeciwnych stronach barykady w toczącym się konflikcie. 

Obrazy i emocje
Cyganka została spalona, ale jak sam Fernando wyśpiewuje nadal żyje jej córka. To właśnie Azucena, córka cyganki spalonej na stosie przez Lunę jest osią dramatu Verdiego. W inscenizacji na Wawelu gościnnie w roli Azuceny wystąpiła Małgorzata Walewska, umiejętnie budując głosem i grą aktorską postać ogarniętej obłędem cyganki wstrząsnęła publicznością. Emocje zawarte w roli Azuceny, dramat kobiety, która przez pomyłkę rzuca w ogień własne dziecko, w ten sam ogień, który przyniósł śmierć jej matce, w połączeniu z bezpretensjonalnym kostiumem i charakteryzacją są ogromne. Nie należy zapominać o innych osobach dramatu, w popisowej roli Leonory ukochanej Manrica i hrabiego Luny usłyszeliśmy Katarzynę Oleś-Blacha. Rola wydaje się stworzona dla tej śpiewaczki będącej przekonującą i prawdziwą, szczególnie kiedy śpiewa arię Miserere. Tomasz Kuk w roli Manrica to klasa sama w sobie, jest poruszający, a jednocześnie silny i krzepki. Dodatkowego dramatyzmu całemu przedstawieniu dodała pogoda. Pogoda bywa kapryśna, a podczas plenerowych wydarzeń ma niebagatelne zdarzenie, jednak ani wiatr, ani deszcz, który na chwilę przerwał występ, aby publiczność mogła ubrać przygotowane na tę okazję przeciwdeszczowe płaszcze nie zepsuł spektaklu. Wręcz przeciwnie, ten deszcz i wiatr, błysk odległej błyskawicy nadał całości niesamowitego klimatu. Zemsta starej cyganki wypełniła się w pełni.

INFO
Kompozytor: Giuseppe Verdi
Libretto: Salvatore Cammarano i Leone Emanuele Bardare
według dramatu Antonia Garcii Gutiérreza
Tytuł: "Trubadur"
Reżyseria: Laco Adamik
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia i kostiumy: Barbara Kędzierska

sobota, 11 czerwca 2016

Tannhauser

Wagnerowskie nuty
O Ryszardzie Wagnerze słyszał dosłownie każdy. Albo za sprawą często w popkulturze wykorzystywanych fragmentów jego utworów albo zwyczajnie na lekcjach muzyki. To jeden z bardziej charakterystycznych twórców w literaturze operowej, a wagnerowski "Cwał Walkirii" ("Ride of the Valkyries") nadał jednej ze scen filmu "Czas Apokalipsy" Francisa Forda Coppoli niezwykłej wręcz wyrazistości. Dziełom Wagnera nie brakuje rozmachu,  niepozbawione są też kontrowersyjnych odniesień, nikogo nie pozostawia obojętnym. Coroczne festiwale wagnerowskie w Bayreuth przyciągają melomanów z całego świata, a jego muzyka rozbrzmiewa w teatrach operowych na całym świecie. Triumf tego niemieckiego kompozytora jest niepodważalny, dzieła niejednoznaczne. O mocy (albo chociaż o pewnej jej części) muzyki Wagnera mogłem przekonać się 10 czerwca podczas odsłony sztuki "Tannhäuser i turniej śpiewaczy na Wartburgu" na scenie Opery Krakowskiej.

Turniej śpiewaczy
Rozbawione bachanaliami towarzystwo odprawia przedziwne tańce, orgia zmysłów i rokoszy jaką ma przedstawiać ich taniec zaprezentowany już podczas uwertury przygotowuje nas na to co zobaczymy podczas czterogodzinnego spektaklu. Rycerz Tannhäuser  odnajduje drogę do tajemniczej góry bogini Wenus. Z niezwykle piękną i zaborczą boginią spędza upojne chwile, kiedy jednak przychodzi czas rozłąki nieziemska istota nie chce bez walki oddać kochanka. Przeklina go, a on sam sazany na potępienie chce odnaleźć ukojenie w ramionach czystej Elżbiety. Nie jest jednak tak łatwo z piekielnych czeluści rozpasanej Wenus powrócić w pełnej krasie do świata cnót chrześcijańskich. Janusz Ratajczak śpiewający partię wiarołomnego rycerza od samego początku sztuki kreuje swoją postać na człowieka pogrążonego w wielkim smutku, smutek ten jednak budzi wrażenie potężnego kaca przerywanego kolejnymi papierosami, daleko mu do rozterek moralnych. Między nim a niezwykłą w roli Wenus Monią Ledzion-Porczyńską brakuje chemii, jest jakaś relacja i dramat, szczególnie w emocjach przekazanych przez śpiewaczkę, ale sam duet nie porywa jako taki. Kolejne wydarzenia doprowadzają widza do zamku na Wartburgu, gdzie odbyć ma się turniej śpiewaczy. Uświęcona zabawa u landgrafa Turyngii (Wołodymyr Pankiv) rozpoczęta zostaje przez Wolframa (Adam Szerszeń - zdecydowanie najlepszy odtwórca roli męskiej w tym spektaklu), śpiewającego o miłości czystej i idealnej, wszakże w turnieju gra toczy się o wdzięki powabnej Elżbiety (Magdalena Barylak nie zawiodła swoich fanów, ja niezmiennie pozostaję po drugiej stronie). Tannhäuser wyśpiewuje o miłości tak różnej od tej przedstawionej przez innych uczestników turnieju, tak innej od chrześcijańskich ideałów, że wzbudza ostry sprzeciw. Jego hymn do Wenus zdradza, że oddał się diabelskim pokusom. Wielka awantura skłania go do udania się na pielgrzymkę do Rzymu, aby tam dostąpić zbawienia, tylko tam jego grzechy mogą zostać zmyte.

Uniwersalna czerń i biel
Laco Adamik przedstawił dramat rycerza Tannhäusera w typowy dla siebie sposób. Mamy zatem utrzymaną w odcieniach czerni i szarości scenerię oraz kostiumy niby nawiązujące do dwudziestolecia międzywojennego pozostające jednak w jakimś czasowym zawieszeniu. Od pierwszych nut płynących z orkiestry pod kierownictwem Tomasza Tokarczyka możemy mieć wrażenie, że to co widzimy na scenie to nie jawa lecz sen upojonego środkami odurzającymi mężczyzny, a kreacja Ratajczaka tylko to wrażenie umacnia. Finał opery rozgrywający się na tle rozgwieżdżonego nieba, pod konarem potężnego drzewa, z którego to w kluczowym momencie spływa na scenę fala zielonych listków zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Dramat rycerza niemogącego dostąpić zbawienia, dla którego ukochana osoba poświęca się i umiera, aby przed tronem Boga modlić się o jego duszę wypełnia się w pełni w połączeniu z niesamowicie pompatyczną i podniosłą muzyką Wagnera. 

INFO
Kompozytor i autor libretta: Ryszard Wagner
Tytuł: "Tannhäuser i turniej śpiewaczy na Wartburgu"
Reżyseria: Laco Adamik
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia i kostiumy: Barbara Kędzierska
Ruch sceniczny: Katarzyna Aleksander-Kmieć

piątek, 10 czerwca 2016

Koniec czerwonego człowieka

Coś co odeszło
Czas wszystko zmienia. Jest nieubłagany, a jego wyroki są niepodważalne i ostateczne. Żadne płacze ani jęki nie zmienią jego wyroków. Wiem to ja, zapewne wiesz to także Ty, drogi czytelniku. Najgorsze co może zrobić człowiek to wpaść w pułapkę międzyczasu. Takiego stanu będącego życiem pomiędzy tym co było, tym co jest teraz bez możliwości pogodzenia się z tym co niebawem nadejdzie. Trwanie w zawieszeniu i ciągłe rozpamiętywanie przeszłości. Z wielką radością rozstawałem się z książką Czasy secondhand... Swietłany Aleksijewicz, z wielką ulgą pozostawiłem jej bohaterów uwięzionych w międzyczasie.

Skąd ten secondhand?
Ta przygnębiająca opowieść przybliża losy ludzi, którzy większość swego życia spędzili w Związku Radzieckim. Wielonarodowy tygiel kultur i ludzkich mentalności eksplodował po upadku ZSRR dzieląc niegdyś zjednoczone narody. Dawni ludzie radzieccy ponownie odzyskali swoją narodową tożsamość, stali się Uzbekami, Gruzinami, Azerami, Białorusinami, Ukraińcami itp. To co ich łączyło umarło pozostawiając tylko rozdrapane rany, zaognione urazy i wzajemną niechęć. Nie ma w tej książce absolutnie nic pozytywnego, jest zbiorem opowieści przykrych, bardzo przygnębiających. Żadna z zaprezentowanych przez Aleksijewicz postaci nie wnosi do opowieści o przemianach społecznych pozytywnych emocji, jest tylko rozpacz. Trwanie w przeszłości, brak możliwości dostosowania się do nowej rzeczywistości, brak w niej miejsca dla starych bohaterów. Czasy secondhand... to historia nieszczęśliwych ludzi, rozdrapujących stare rany, utyskujących na los poniżonych i niechcianych ludzi sowieckich. 

Uff...
I to wszystko mogłoby być nawet bardzo poruszające gdyby nie sami bohaterowie w większości niewzbudzający ludzkich odruchów empatii czy współczucia, ale tylko irytację. Ta książka zmęczyła mnie niesamowicie, ktoś może pomyśleć, że jestem zupełnie wyzuty z ludzkich uczuć, że tym nieszczęśnikom trzeba współczuć, okazać zrozumienie, ale mnie ich historie w znakomitej większości irytowały, a nieznaczne przebłyski światła w tej czarnej brei nieszczęść nie są w stanie przekonać mnie do polecenia tej książki komukolwiek. Chyba że chcesz zarzucić sobie na szyję potężną kotwicę negatywnych uczuć, wtedy polecam gorąco.

INFO
Autor: Swietłana Aleksijewicz
Tytuł: "Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka"
Wyd.: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014
Il.str.: 512
Cena: 49,90 zł

sobota, 7 maja 2016

Sulejman II Wspaniały

Cień Boga na ziemi
W historii świata na stałe zapisali się wielcy wodzowie, potrafiący zjednać poddanych, stanąć na ich czele i poprowadzić ich do boju. Wielcy stratedzy i mężowie stanu, ojcowie swoich narodów tacy jak Juliusz Cezar, Aleksander Wielki, Napoleon Bonaparte, Czingis-chan czy wreszcie Sulejman II Wspaniały rozpalają naszą wyobraźnie. Zachwycają sprytem i mądrością, przerażają okrucieństwem i brakiem skrupułów, bezwzględnym dążeniem do celu. Króciutka książka Jerzego S. Łątki Sulejman II Wspaniały i jego czasy... w telegraficznym skrócie przybliżają losy jednego z niezwykłych władców, którzy zajmują zaszczytne miejsce w historii świata ze szczególnym uwzględnieniem świata orientu. 

Iście Wspaniałe Stulecie
Czasy panowania padyszacha Sulejmana to niewątpliwie dla Imperium Osmańskiego czas rozkwitu i niezwykłej wręcz prosperity - wspaniałe stulecie. Nic więc dziwnego, że współcześni Turcy nakręcili serial opowiadający właśnie o panowaniu Sulejmana nazywanego przez jemu współczesnych Prawodawcą, Cieniem Boga na ziemi. Władca ten, z racji swojej niezwykłej potęgi i licznych zwycięstw, sam siebie tytułował "korony król na świecie rozdającym". Nie jest to oczywiści miejsce, w którym porównywałbym serial do faktów historycznych zawartych w książce Łątki, wiem jednak, że jest wiele osób lubujących się w takim szukaniu dziury w całym. Książka powstała znacznie wcześniej niż wspomniany serial, a na naszym rodzimym rynku księgarskim jest jedną z nielicznych pozycji traktujących o Sulejmanie Prawodawcy, co może i powinno dziwić. Wszakże wiele elementów kultury sarmackiej, naszych strojów szlacheckich i uzbrojenia nosi orientalny, otomański sznyt - co sygnalizuje także Łątka w swojej pracy. Na samym wstępie zaznaczyłem, że jest to króciutka pozycja i niestety w związku z tym temat traktuje pobieżnie. Wiele ciekawych wątków zostało jedynie "polizanych" brak tu pogłębionego studium postaci, Łątka bardziej sygnalizuje pewne problemy niż je rozwija i omawia. A szkoda, bo sam wspomina o bogatej korespondencji między chociażby Sulejmanem a królem Polski Zygmuntem Augustem, czy Sułtanki Hurrem, u nas zwanej z racji pochodzenia Roksolaną, z królową Boną, zgromadzonej w polskich archiwach - aż prosi się żeby to zbadać!

I co potem?
No właśnie. Po przeczytaniu monografii Jerzego S. Łątki zostaje wielki niedosyt. Niestety trudno go pokonać przy pomocy źródeł polskojęzycznych. Autor porusza naprawdę wiele ciekawych tematów, jednak brak tu poważnej analizy. Odnosi się zarówno do obyczajowości jak i kultury i sztuki. Nie zabrakło opisów ważniejszych wypraw wojennych Sulejmana. Wszystko to okraszone jest dużą ilością, niestety nie zawsze adekwatnych, ilustracji. Dobrze że pisząc swoją książkę nie zapomniał o podaniu źródeł wykorzystanych podczas pracy nad dziełem. To znacznie ułatwia poszukiwania informacji na własną rękę. 

INFO
Autor: Jerzy S. Łątka
Tytuł: "Sulejman II Wspaniały i jego czasy. Złota epoka muzułmańskiej Porty"
Wyd.: Bellona, Warszawa 2015
Il.str.: 266
Cena: 34,90 zł

sobota, 16 kwietnia 2016

Ariadna na Naxos - Teatr w teatrze

Odkurzanie mitów
Ciągłe przetwarzanie przeszłości jest bardzo ważną cechą naszej kultury. Czerpanie z tego co było kiedyś, ciągłe definiowanie na nowo znanych od dawna motywów, tworzenie swoistych hybryd łączących nowoczesność z starożytnością to równie popularny co niebezpieczny nurt spotykany także w inscenizacjach operowych. Od ręki reżysera i scenografa zależy czy taki eksperyment sprawdzi się na scenie, czy przypadnie widowni do gustu. Richard Strauss stworzył połączenie opery buffa z operą seria wykorzystując do tego mit o Ariadnie i Tezeuszu. Przedstawił losy samotnej Ariadny przebywającej na wyspie Naxos poprzedzając je prologiem będącym swoistą farsą na zakulisowe życie aktorów w teatrze. "Ariadna na Naxos" to utwór ciekawy jednak powodzenie jego realizacji zależy od wizji reżysera, a ta, przedstawiona przez Włodzimierza Nurkowskiego jest cokolwiek kontrowersyjna, zupełnie jak połączenie pasztetowej najgorszego sortu z kawiorem z bieługi. 

Teatr w teatrze
Jako widzowie zostajemy przeniesieni za kulisy teatru operowego, na którego deskach ma zostać wystawiona opera "Ariadna na Naxos". Przyglądamy się zatem przygotowaniom aktorów, ich wzajemnym uszczypliwością i zmaganiom Kompozytora (w tej roli rewelacyjna Agnieszka Rehlis stworzyła postać z krwi i kości, jej partie były wprost niezwykłe) z wymaganiami widza oraz wykonawców. Przepychanki między solistami, która z części roli ma zostać wykreślona, aby pozbawić dzieło niepotrzebnych dłużyzn, wydają się być niezwykle na miejscu w inscenizacji Nurkowskiego. Wszystko to ubrane jest w kiczowate, ohydne kostiumy w anturażu urągającej widzowi scenografii jeżdżących domków z dykty. Tyle o prologu, Kiedy kurtyna opadła odetchnąłem z ulgą, byłem pełen obaw co zobaczę kiedy znowu się podniesie.
Druga część utworu Straussa to już wystawienie opery przez ekipę znaną z prologu. To co zobaczyłem było naprawdę świetne. Pogrążona w smutku Ariadna (Magdalena Barylak brzmiąca wyjątkowo dobrze w języku niemieckim) w oszczędnej scenografii w towarzystwie trzech nimf Najady (Karolina Wieczorek), Echo (Monika Korybalska) i Driady (Agnieszka Cząstka). Na tle falującego, ciemnego można okalającego Naxos Ariadna wyglądała na wyjątkowo nieszczęśliwą i samotną. Morskie tło rozświetlało się, aby ukazać sceny z mitu o Tezeuszu i Minotaurze w pięknej baletowej formie. Samo pojawianie się tych obrazów i późniejsze ich zanikanie w morskich odmętach było wyjątkowo nastrojowe, aż do momentu, w którym na scenie pojawili się kompanii Zerbinetty (Katarzyna Oleś-Blacha stworzyła obraz kiczowatej i pretensjonalnej idiotki, bolesne, bardzo bolesne widowisko) Arlekin (Michał Kutnik), Scaramuccio (Vasyl Grokholskyi), Truffaldino (Krzysztof Dekański) i wszystko zniszczyli swoją pretensjonalną i tandetną błazenadą.

Kabaret Olgi Lipińskiej na operowej scenie
I tak przeplatały się smutne losy Ariadny, piękne obrazy z mitu o Tezeuszu z tandetnymi scenami farsy nawiązujących stylistyką do kabaretów Olgi Lipińskiej, czekałem tylko, aż ona sama wyłoni się zza winkla w tych swoich debilnych okularach. Tomasz Kuk w roli Bacchusa doskonale uzupełniał dramat Ariadny, ale czy te elementy farsy, w wykonaniu całej reszty, naprawdę musiały być tak tandetne i kiczowate? I cóż z tego, że muzyka była doskonała, że soliści w formie (bez względu jak idiotycznie wyglądali śpiewali znakomicie, wszyscy!) skoro Nurkowski stworzył taką beznadzieją inscenizację? Najlepszym wyjściem byłoby tylko słuchanie muzyki Richarda Straussa w wykonaniu nieocenionej orkiestry Opery Krakowskiej prowadzonej przez niezmordowanego Tomasza Tokarczyka. 

INFO
Kompozytor: Richard Strauss
Libretto: Hugo von Hofmannsthal
Reżyseria: Włodzimierz Nurkowski
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia i kostiumy: Anna Sekuła
Choreografia: Katarzyna Aleksander-Kmieć, Jacek Tomasik

niedziela, 10 kwietnia 2016

La Traviata

Kolejna odsłona
Upadłe kobiety mają to do siebie, że przyciągają podobnych do siebie zatraceńców, miłośników mocnych wrażeń i łamania konwenansów. Często stają się afrodyzjakiem dla znudzonych życiem bogaczy znajdujących w ich ramionach schronienie przed swoim pozbawionym uciech życiem. Dla bogacza taka kobieta to jednak tylko zabawka, kiedy i ona się znudzi, kiedy straci swój powab zostaje z niczym, a jej dotychczasowy kochanek znajduje sobie nową lolitkę. Czasem, u schyłku życia, kobieta wyzwolona odnajduje prawdziwą miłość, porzuca dotychczasowe życie pełne zabawy i zaczyna cieszyć się uczuciem. "Traviata" Giuseppe Verdiego to dzieło opowiadające właśnie o takiej upadłej kobiecie i może właśnie to stoi za dzisiejszym sukcesem historii umierającej na suchoty Violetty. Kolejne realizacje prześcigają się w nowatorskim ujęciu tematu, a reżyserzy z lubością uwspółcześniają dramat Verdiego, chcąc przekazać nam swoją wizję nieszczęśliwej miłości i odchodzenia. Także w Operze Krakowskiej mamy do czynienia z realizacją "Traviaty" w nowoczesnym anturażu. 

Dama Kameliowa
"Traviata" jest kolejną operą, która po zaliczeniu spektakularnej klapy podczas premiery, ta odbyła się w 1853 roku w weneckim Teatro La Fenice, zdobyła uznanie publiczności dopiero po dokonaniu pewnych zmian. Sam Verdi zastanawiał się czy to wina zupełnie nieprzekonującej obsady czy samej istoty jego utworu. Dzieło oparte na motywach Damy Kameliowej Aleksandra Dumasa syna opowiada o miłości żarliwej i namiętnej zwieńczonej tragicznym finałem. Reżyser krakowskiej realizacji Krzysztof Nazar przedstawia nam Violettę Valery (rewelacyjna Iwona Socha) w chwili gdy poznaje diagnozę lekarzy po czym przenosimy się na bal. Violetta poprzysięga oddać się zabawie, nie chce już kochać, pragnie tylko cieszyć się chwilą. Pomimo tego Alfred (idealny w tej partii Andrzej Lampert) walczy o jej względy. Dziewczyna świadoma swojego losu początkowo odrzuca zaloty młodzieńca w końcu jednak ulega. Szczęśliwe chwile spędzone na wsi burzy powrót z Paryża Anniny (Karin Wiktor-Kałucka), służącej Violetty. Alfred dowiaduje się, że jego ukochana z braku środków wyprzedaje resztki swojego skromnego majątku i postanawia pojechać do Paryża. Kiedy on wyjeżdża do posiadłości Violetty przybywa ojciec Alfreda George Germont (Adam Szerszeń). Starszy pan nie ma dobrych nowin, pragnie, aby Violetta porzuciła Alfreda, oddała mu wolność i tym sposobem zapewniła szczęście siostrze Alfreda zaręczonej z pewnym młodzieńcem. Powrót młodego Germonta na łono rodziny jest warunkiem ślubu jego siostry. Dziś argument zupełnie wydumany i nieprzekonujący, Violetta zgadza się prosząc tylko o jedno - po jej śmierci Alfred ma poznać całą prawdę... 

Krakowska realizacja
Losy Violetty Valery przedstawione zostały w bardzo oszczędnej scenografii Marka Brauna ograniczającej się do przesuwanych lustrzanych ścian, nieśmiertelnej kanapy ewentualnie szpitalnego łóżka oraz wyświetlanych na ścianach zdjęć z tomografii mózgu. Wszystko to w odcieniach czerni i szarości. W antrakcie słyszałem opinie publiczności, że scenografia jest beznadziejna. Powalająca nie była, ale swoją oszczędnością podkreślała dramat umierającej dziewczyny. Kostiumy Zofii de Ines to też nie XVIII wieczne krynoliny, ale ubiory nawiązujące w stylistyce do lat 20' XX wieku. Ładne do było. W takiej inscenizacji w pełni mogłem skupić się na losach kochanków, a te są naprawdę poruszające. Andrzej Lampert i Iwona Socha stworzyli niezwykły duet, byli wprost porywający. Iwona Socha w pełni oddała dramat umierającej Violetty, a Andrzej Lampert sprawdził się w roli zarówno ubiegającego się o względy dziewczyny młodzieńca, jak i mężczyzny zdradzonego i pełnego gniewu. Adam Szerszeń jako George Germont stworzył portret ojca zatroskanego losami swoich dzieci, pragnącego dla nich wszystkiego co najlepsze, gotowego na bardzo dramatyczne kroki. W jego działaniach nie było okrucieństwa pomimo tego, iż jego prośba sama w sobie była podła. Germont w interpretacji Szerszenia to postać wyjątkowo autentyczna. Inni soliści także stanęli na wysokości zadania, jednak to ta trójka górowała ponad wszystkim.
Jeżeli chodzi o muzykę to obyło się bez kontrowersji. Wszystko było w punkt, muzyka Verdiego brzmiała zarówno wesoło i skocznie, jak i nostalgicznie. Tomasz Tokarczyk nadał całemu przedstawieniu odpowiednie tempo dzięki czemu uniknął przerysowania. Verdi to mistrz gatunku, a orkiestra Opery Krakowskiej doskonale interpretuje jego dzieła pod batutą Tokarczyka. 

INFO
Kompozytor: Giuseppe Verdi
Tytuł: "Traviata"
Libretto: Francesco Piave wg powieści Aleksandra Dumas "Dama kameliowa"
Reżyseria i inscenizacja: Krzysztof Nazar
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Kostiumy: Zofia de Ines

wtorek, 5 kwietnia 2016

Kompendium Star Wars

Nowy nabytek na półce
Przeżywamy istny wysyp publikacji z logiem Star Wars. Kolejne książki, komiksy i albumy pojawiają się na księgarnianych półkach niby grzyby po deszczu w jeszcze niewykarczowanej Puszczy Białowieskiej. Nie wszystkie z tych publikacji odpowiadają mi pod względem treści i formy. Zwyczajnie skierowane są do młodego czytelnika, wręcz do bardzo młodego i swoją formą edytorską, jak i samą treścią, są dla mnie zupełnie niepociągające. Sam biorąc je do ręki w księgarniach nie mogę nadziwić się, że zwyczajnie mi się nie podobają, że szukam czegoś innego. W tym gąszczu, istnym nawale, dziecięcych książeczek odnalazłem książkę, która bardzo przypadła mi do gustu. Kompendium Star Wars to album, po części, łączący Star Wars: Świat Gwiezdnych wojen. Kronikę ilustrowaną z gwiezdnowojennymi słownikami obrazkowymi.

Zawartość
Treść publikacji uporządkowana jest chronologicznie w obrębie takich kategorii jak bohaterowie i stworzenia, miejsca, technologie, pojazdy. Informacje zawarte w Kompendium... systematyzują wiedzę obejmującą zarówno filmy kinowe, jak i seriale animowane "Wojny klonów" i "Star Wars. Rebelianci" uzupełniając ją o takie elementy, jak imiona postaci wcześniej znanych tylko z nazwiska (chociażby poznajemy imię Imperatora Palpatine - Sheev). Brak natomiast informacji na temat najnowszej odsłony sagi czyli "Przebudzenia mocy", co jest całkiem zrozumiałe bo książkę wydano pierwotnie w 2015 roku, a wokół nowego filmu nie zostało zbudowane odpowiednie zaplecze w postaci komiksów, gier itp. Książka ta, z tego co wywnioskowałem z wprowadzenia pióra Rydera Widhama, ma być też swoistym wstępem do budowania nowego Expanded Universe, bazującego na źródłach z logiem Disneya. Jak wiemy stare Rozszerzone Uniwersum zostało pogrzebane, ku wielkiemu niezadowoleniu psychofanów i zwykłych miłośników, po przejęciu praw do Sagi przez Disneya i wyprodukowaniu "Przebudzenia Mocy".
W przypadku takiej publikacji jak Kompendium... nie można zaniedbać strony graficznej. Ta jest wyjątkowo dobra, jednak dla zaprawionego fana nie przygotowano zbyt wielu niespodzianek. Właściwie wszystkie zdjęcia i grafiki pojawiały się już we wcześniejszych albumach. W tym miejscu muszę też powiedzieć, że jakość materiałów ilustrujących klasyczną trylogię jest kiepska. Rozumiem, że te ziarniste fotosy maja swój urok, ale czy naprawdę w dobie nowoczesnej techniki nie można było ich poddać takie obróbce, aby nie stanowiły tak dużego kontrastu dla materiałów znacznie od nich nowszych? Cóż, po co się strać skoro fani i tak to kupią, tak? Generalnie to jest jedyny mankament jaki, już po pierwszym przewertowaniu albumu, rzucił mi się w oczy. Materiał jest ciekawy, ilustracje żywe i barwne, dobrze ze sobą został zgrany obraz i tekst. 

INFO
Autor: Patricia Baar, Adam Bray, Daniel Wallace, Ryder Windham
Tytuł: "Kompendium Star Wars"
Wyd.: AMEET, Łódź 2016
Il.str.: 320
Cena: 139,99 zł

niedziela, 3 kwietnia 2016

W rodzinie ojca mego

Rodzina...
... jako podstawowa komórka społeczna, jako grupa ludzi złączonych więzami krwi lub osób skupionych wokół jakieś idei głęboko zakorzeniona jest w świadomości nie tylko "konserwatystów", ale także "postępowców". Jest taka jedna rodzina w Polsce, która sobie i tylko sobie przypisuje wszelkie cnoty od uczciwości i miłosierdzia po patriotyzm i umiłowanie tradycji, innym tych cnót odmawiając. Rodziną tą jest rzesza ludzi połączonych uwielbieniem dla pewnego duchownego i jego medialnego imperium. Marcin Wójcik w zbiorze reportaży W rodzinie ojca mego wnika w środowisko Radia Maryja, Telewizji Trwam i "Naszego Dziennika" przybliżając portrety osób, które ponad wszystko miłują media przedsiębiorczego redemptorysty z Torunia ojca Tadeusza Rydzyka, a jego samego stawiają w roli życiowego przewodnika, intelektualnego i duchowego guru.

Polska innym okiem widziana
Świat jest już tak poukładany, że zawsze znajdziemy grupy ludzi wzajemnie się zwalczające. Tak można spojrzeć i na reportaże Marcina Wójcika. Dla mnie jego teksty zebrane w zbiorze W rodzinie ojca mego nie zawierają kpiny, nie próbują na siłę ośmieszać Rodziny Radia Maryja, są za to próbą zrozumienia swoistego fenomenu, tego jak jeden człowiek mógł stać się tak potężny, aby być zdolnym do kierowania tysiącami dusz. Jak to możliwe, że jest dla nich opoką w kreowanym przez swoje media świecie zagrożeń płynących z Unii Europejskiej, ze zdeprawowanego zachodu, ale także z wnętrza Polski. Dla zwolenników redemptorysty Wójcik stał się śmiertelnym wrogiem, a teksty przez niego napisane to stek kłamstw, publikując je wyrzekł się w oczach Rodziny Radia Maryja polskości, stał się elementem obcym i wrogim, jak każdy kto ma inne poglądy niż te wysyłane w eter z Torunia. Czytając te reportaże zachodziłem w głowę jak to wszystko jest możliwe, nikomu nie odbierałem godności czy też prawa do własnego zdania, ale pojąć tego nie mogłem. Znając osobiście członków Rodziny Radia Maryja mogłem też naocznie przekonać się, że jakakolwiek dyskusja jest bezcelowa, dlatego też teksty Wójcika przyjmowałem nie jako atak na to środowisko, ale zwyczajną próbę pogłębienia wiedzy i zrozumienia czegoś czego wielu pojąć nie może. Bo niby jak zrozumieć to, że ksiądz zachęca do miłowania bliźniego, budowania wspólnoty by zaraz potem napluć swoim wrogom w twarz, skopać i zalać ich jadem, nieprzebranym potokiem nienawiści?

Nie lękajcie się...
... choć ja trochę się lękam w obecnej rzeczywistości publikować ten post, z gruntu skazany na krytykę zwolenników o. Tadeusza Rydzyka, wy nie lękajcie się czytać, myśleć, korzystać z różnych źródeł, tak aby wyciągać wnioski wyważone i mądre, a nie tylko poddawać się manipulacji jednej czy drugiej strony. 

INFO
Autor: Marcin Wójcik
Tytuł: "W rodzinie ojca mego"
Wyd.: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015
Il.str.: 267
Cena: 39,90 zł

sobota, 2 kwietnia 2016

Madama Butterfly

Miłość i śmierć
Motywy miłości i śmierci są obecne we wszystkich dziedzinach artystycznej działalności człowieka od sztuk plastycznych poprzez literaturę aż na muzyce skończywszy. Niepodważalna jest także ich nierozerwalność. Pomimo tego iż miłość i śmierć są z gruntu różne, często są ze sobą złączone w dramatycznych losach kochanków. Ta specyficzna symbioza szczególnie uwidoczniła się w przedstawieniach operowych stając się nośnikiem niezwykłych emocji. Nie przesadzę jeśli napiszę, że najbardziej poruszającą i najbardziej znaną, nawet laikom, operą, w której miłość nieuchronnie wiedzie bohaterów do śmierci, jest "Madama Butterfly" Giacomo Pucciniego. 1 kwietnia miałem okazję po raz drugi zobaczyć inscenizację losów młodziutkiej Cio-Cio-San na deskach Opery Krakowskiej. 

Egzotyka Pucciniego
Puccini, nie rezygnując z typowych dla siebie środków artystycznego wyrazu, przenosi akcję swojego dzieła do odległej Japonii. Orientalny koloryt to jednak tylko pretekst do przedstawienia dramatu psychologicznego, w którym to młoda kobieta targana jest sprzecznymi emocjami. Premiera w mediolańskiej La Scali w 1904 roku zakończona porażką i wygwizdaniem utworu skłoniła twórcę do wprowadzenia kilku zmian, sugerowanych już wcześniej przez współpracowników. Tak oto powstało dzieło zajmujące zaszczytne miejsce w repertuarach większości teatrów operowych świata. Sama treść, nie będąca specjalnie skomplikowaną, skupia się na miłości nastoletniej Cio-Cio-San do amerykańskiego oficera Pinkertona oraz jej następstwom wynikającym po części z różnic kulturowych. Z jednej strony bezkresne zakochana kobieta, a z drugiej mężczyzna chcący się trochę zabawić, zażyć egzotyki z dala od domu. To co dla Pinkertona jest zwykłym romansem dla Butterfly jest nie tylko szczerą miłością i spełnieniem marzeń, ale także złamaniem wielowiekowych tradycji, swoistym wstępem do koszmaru. To dla Pinkertona Butterfly przechodzi na katolicyzm za co zostaje przeklęta przez swojego wuja Bonzo. Okazuje się, że miłość nie była tego warta, Pinkerton wyjeżdża, a Cio-Cio-San zostaje sam w Japonii. Towarzyszy jej służąca Suzuki, wkrótce na świecie pojawia się jedyna radość dziewczyny - dziecko będące owocem jej miłości do amerykańskiego oficera. Lata mijają, Butterfly czeka cierpiąc biedę, kiedy w końcu do portu w Nagasaki przybija statek Pinkertona dziewczyna nie może powstrzymać radości. Jednak nie szczęście i spełnienie przynosi ze sobą Pinkerton, a smutek i śmierć.

Pani Motyl po raz wtóry
Tak jak zasygnalizowałem we wstępie widziałem tę inscenizację opery "Madama Butterfly" w Operze Krakowskiej niespełna dwa lata temu i mogłem spojrzeć na wczorajsze przedstawienie znacznie bardziej krytycznym okiem. Sprzyjała temu także zmieniona obsada bo poza Martą Abako wszyscy soliści, w stosunku do inscenizacji z 2014 roku, zostali wymienieni. I tak w tytułowej roli mamy Martę Abako, której rozedrgany głos w pierwszym akcie napawał mnie sporymi obawami o to co będzie dalej. Podwójne zmartwienie, gdyż pamiętam jej pomyłkę w "Un bel di vedremo" w występie z 2014, jednak muszę przyznać, że rozwiała moje wątpliwości i od drugiego aktu, aż do samego końca, wszystko było na miejscu. Popisowa aria powalała na kolana, zupełnie jakby mi za te wcześniejsze wątpliwości chlasnęła w twarz, i to bardzo mocno. Niestety zwykle rewelacyjni Tomasz Kuk w roli Pinkertona i Wołodymyr Pankiv jako wuj Bonzo wypadli blado. Gniew Bonza na Cio-Cio-San był mało przekonujący, zupełnie jakby solista nie wykorzystał swojego mocnego głosu na 100%, podobnie sprawa ma się z Kukiem. I kto by pomyślał, że znacznie mniej doświadczony Andrzej Lampert lepiej się sprawdzi w roli amerykańskiego porucznika niż doświadczony Kuk? Agnieszka Cząska w roli Suzuki, służącej Butterfly, sprawdziła się doskonale, nie było w jej interpretacji krztyny fałszu, podobnie zresztą jak w partiach Sharplessa (Adam Szerszeń) i Goro (Krzysztof Kozarek) i za to im wielkie dzięki. 
Nie obyło się bez kilku "kiksów" wprost z orkiestry. Miałem wrażenie, i oby to było tylko wrażenie, że już na samym początku ktoś z orkiestry się pomylił. Słyszałem ten utwór naprawdę niezliczoną ilość razy i mam dość wyczulone na tym punkcie ucho. Chwilami orkiestra grała zbyt głośno, zagłuszając solistów, co absolutnie nie miało miejsca, kiedy pierwszy raz oglądałem Panią Motyl w Krakowie. Dziwne, podwójnie dziwne bo dyrygent Tomasz Tokarczyk zwykle jest bezkonkurencyjny w swojej profesji. Może pierwszy dzień kwietnia podziałał "rozluźniająco" na ekipę? Nie zmienia to postaci rzeczy, że te nieznaczne mankamenty wczorajszego wykonania nie wpłynęły znacząco na mój pozytywny odbiór dzieła Pucciniego. 

INFO
Kompozytor: Giacomo Puccini
Tytuł: "Madama Butterfly"
Libretto: Luigi Illica i Giacomo Giacosa wg Davida Belasco
Reżyseria: Waldemar Zawodziński
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Kostiumy: Maria Balcerek
Choreografia, ruch sceniczny: Janina Niesobska

środa, 30 marca 2016

Czarnobylska modlitwa

30 lat minęło...

26 kwietnia 2016 roku minie 30 lat od katastrofy elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Nie była to pierwsza katastrofa elektrowni jądrowej na świecie, jak pokazały późniejsze wypadki z 2011 z Japonii, gdzie uległa awarii elektrownia w Fukushimie, nie była też ostatnią, jednak to właśnie ona znacząco przyczyniła się do zmiany procedur obowiązujących w obiektach tego typu. Zmieniło się także społeczne postrzeganie elektrowni atomowych. Potęga atomu, kryjąca się za obiektami tego typu, jest wyjątkowo pociągająca ze względu na korzyści z niej płynące, od czasu Czarnobyla nie jest już tak bezkrytycznie przyjmowana. Postęp technologiczny, zapewnienie energii wielu przedsiębiorstwom i gospodarstwom domowym, a także zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery - to argumenty z jednej strony. Z drugiej to problem utylizacji radioaktywnych odpadów oraz ciągły lęk przed ewentualnym skażeniem środowiska w przypadku awarii podobnej do tej z Czarnobyla. 
Wypadki z Czarnobyla oraz ich następstwa stały się pożywką, na której wyrosło wiele legend i mitów. Autorzy książek niemalże wszystkich gatunków wykorzystują tę największą katastrofę przemysłowa XX wieku do pokazania swoich fantastycznych wizji, ludzkich i zwierzęcych mutantów i innych tego typu okropieństw. Jednak rzeczywistość jest znacznie mniej "romantyczna". Czarnobylska modlitwa... Swietłany Aleksijewicz to zbiór wspomnień ludzi biorących udział w akcji niwelowania skutków awarii, obywateli wysiedlonych z miasta Prypeć i okolicznych wsi na terenach Ukrainy i Białorusi. Jest to zapis uczuć i emocji ludzi, których życie zostało zniszczone przez błędy zarówno pracowników elektrowni oraz decydentów odpowiadających za "akcję ratowniczą". 

Utracone życie

W książce właściwie nie znajdziemy rozbudowanych opisów przyczyn katastrofy czarnobylskiego reaktora jądrowego. Jeżeli czytelnik sięgnie po tę pozycję właśnie by takich szczegółów się dowiedzieć to srogo się zawiedzie bo nie o technice, nie o inżynierii jądrowej jest Czarnobylska modlitwa..., ale o zwykłych ludziach pracujących w elektrowni, żyjących w jej pobliżu oraz o tych ściągniętych z różnych rejonów ZSRR w celu wzięcia udziału w akcji gaszenia reaktora, zabezpieczania skażonego promieniowaniem terenu. Aleksijewicz, w podtytule Kronika przyszłości, zawarła ważny przekaz. To co stało się tam, w Czarnobylu w kwietniu 1986 roku, żywotnie wpłynęło na przyszłość nie tylko likwidatorów i wysiedlonych, ale nas wszystkich. Zwiększony poziom promieniowania został zarejestrowany nie tylko w najbliższej okolicy, ale niemalże na całym świecie. Radioaktywna chmura spowiła całą Ziemię i tylko dzięki informacją płynącym z odległej od Czarnobyla Szwecji świat mógł dowiedzieć się o katastrofie. Nieodpowiedzialność włodarzy ZSRR miała wpływ na nas wszystkich, jednak to ludność Ukrainy i Białorusi ucierpiała szczególnie i to właśnie przekazuje nam autorka. Nie ma tu opisów zmutowanych ludzi, zwierząt wielogłowych i wielonogich jest za to płacz żon i matek likwidatorów - tych młodych mężczyzn wysyłanych wprost na reaktor, aby go ugasić bez żadnego zabezpieczenia. Jest smutek rodzin żegnających się ze swoimi domami, swoją ojcowizną i miejscem na ziemi w czasie wyjątkowo pięknej wiosny, pełnej kwitnących kwiatów.

INFO
Autor: Swietłana Aleksijewicz
Tytuł: "Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości"
Wyd: Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012
Il.str.: 288
Cena: 42,50 zł

sobota, 19 marca 2016

Miłość do trzech pomarańczy

Niespotykane dzieło
Dziś wszystko nastawione jest na zysk, dziś łatwiej sięgnąć po coś znanego, po coś co zapewni widownię w myśl zasady, że najbardziej podobają nam się rzeczy, które już znamy. Także przedstawienia operowe muszą się sprzedać, przyciągnąć widownię, stąd na naszej rodzimej scenie tylko sporadycznie można trafić na tytuły wcześniej nigdy nie wystawiane. Łatwiej jest sięgać po znane utwory klasyków gatunku, zapewniając sobie widownię, niż spróbować przenieść na deski teatru coś zupełnie nieznanego, co niekoniecznie do tej samej widowni może trafić. Opera Krakowska zaryzykowała i w roku 2014 zaprezentowała na swojej scenie dzieło wcześniej w Polsce nie wystawiane - "Miłość do trzech pomarańczy" Siergieja Prokofiewa z roku 1921 w reżyserii Michała Znanieckiego - i sądząc po recenzjach trafiła w dziesiątkę o czym mogłem przekonać się na własne oczy i uszy. 

Przekleństwo trzech pomarańczy
Punktem wyjścia utworu Prokofiewa staje się nierozstrzygalny dylemat co jest ważniejsze, co jest lepsze dramat liryczny, komedia czy tragedia, jednak nie od razu przenosimy się na dwór Króla Treflowego (w tej roli po raz kolejny możemy zobaczyć potężnego Wołodymyra Pankiva dysponującego silnym basem), gdzie ma odbyć się przedstawienie sztuki Miłość do trzech pomarańczy, która to niejako miałaby ten dylemat rozwiązać, lecz znajdujemy się w szarym i przygnębiającym domu starców. Otoczeni emerytami na wózkach inwalidzkich oraz personelem medycznym stajemy się świadkami tego jak na skutek zepsucia się odbiornika telewizyjnego pensjonariusze, wraz ze swoimi opiekunami, przeistaczają się w aktorów mających odegrać role we wspomnianej sztuce. Książę (znany z roli Fausta w "Mefistofelesie" Vasyl Grokholskyi odegrał tę rolę wprost niezwykle), będący w istocie następcą tronu, to nieuleczalny hipochondryk. Wyleczyć go może tylko śmiech, jednak nie tak łatwo Księcia rozbawić. Demoniczna Fata Morgana (tutaj mamy do czynienia z Magdaleną Barylak, nie jestem fanem jej głosu, jednak w tej roli spisała się dobrze, widać nie rola Halki jej pisana, a złej wiedźmy) rzuciła na młodzieńca urok, także bratanica Króla Treflowego Księżniczka Clarissa (Małgorzata Ratajczak) oraz dworski urzędnik Leander (Mariusz Godlewski) dbają o to, aby Książę nigdy nie wyzdrowiał. Wszystkie zabiegi Truffaldina (Janusz Ratajczak znany mi z wstępów w operetkach dał się poznać jako mistrz w swojej klasie) zmierzające do uleczenia chłopaka spalają na panewce, dziwnym zrządzeniem losu sama Fata Morgana zupełnie przypadkiem rozwesela następce tronu, wściekła przeklina go mówiąc, że zakocha się w trzech pomarańczach. Niebawem Książę wraz z Truffaldinem wyruszają do Zamku Kreonty, w którym magicznych owoców szczerze wyjątkowo groźna Kucharka (Przemysła Firek w tej roli był zarówno groźny i zabawny, był jak połączenie bolszewika z kucharką ze szkolnej stołówki). Czarnoksiężnik Celio (Wojtek Śmiłek) ostrzega Księcia, że owoce może otworzyć tylko w pobliżu wodny, nie może inaczej pomóc młodzieńcowi w zdobyciu owoców, gdyż wcześniej przegrał w karty z Fata Morganą lecz wręcza mu magiczną wstążkę...

Trochę inne zakończenie
Opera Krakowska wystawiając na swoich deskach "Miłość do trzech pomarańczy" dała wyraźny sygnał, że aspiruje do czegoś więcej niż tylko do bycia kolejnym tego typu obiektem w Polsce. Odważna inscenizacja autorstwa Michała Znanieckiego, obejmująca oprócz reżyserii także stworzenie kostiumów, z pomysłową scenografią projektu Luigi Scoglio to dzieło niezwykłe. Sam pomysł przeniesienia akcji do domu starców, który w moim odczuciu bardziej przypominał szpital psychiatryczny, to krok dość kontrowersyjny. Połączenie tego z niezwykle dynamiczną muzyką Prokofiewa w znakomitym wykonaniu orkiestry pod batutą Tomasza Tokarczyka wydało owoc wyjątkowo smaczny wymagający wyczucia smaku i absurdalnego poczucia humoru. Całe dzieło jest nim przesycone. Farsa i groteska goni tu prawdziwy dramat i śmiech przez łzy. 
Michał Znaniecki ze szczęśliwego zakończenia utworu sobie zakpił, dokonał znaczącej korekty. W jego inscenizacji finał to triumf zła i miernoty. Reżyser zmienił tym samym wydźwięk całego dzieła. Ta surrealistyczna farsa wzniosła się dzięki temu na znacznie wyższy poziom, Znaniecki niejako wyciągnął na światło dzienne drugie dno tego utworu. Mający ponieść karę Leander, Clarissa i ich pomocnica murzynka Smeraldina (Agnieszka Cząstka) zamiast ponieść zasłużoną karę z pomocą Fata Morgany doprowadzają do przewrotu obejmując władzę w królestwie. Król Treflowy zostaje obalony, a Książę i Ninetta (Tu po raz kolejny możemy zobaczyć Katarzynę Oleś-Blacha) zamienieni w służących. Wszystko to kojarzy się z przejęciem władzy przez bolszewików w carskiej Rosji. We wstępie napisałem, że recenzje opery "Miłość do trzech pomarańczy" były bardzo entuzjastyczne, opisywały nawet żywiołową reakcję publiczności na zakończenie utworu, ja spotkałem się z czym zupełnie innym - po wybrzmieniu ostatnich akordów opery zapanowała konsternacja. Widownia zupełnie nie wiedziała co się dzieje, a słabe, wręcz mikre brawa sugerowały, że albo czekają na coś jeszcze, na kolejny zwrot akcji lub zwyczajnie, że sztuka nie przypadła "krakowskim koneserom sztuki i melomanom" do gustu. przykre to, bo Sergiusz Prokofiew stworzył dzieło awangardowe i absolutnie genialne. 

INFO
Tytuł: "Miłość do trzech pomarańczy"
Kompozytor: Siergiej Prokofiew
Libretto: Siergiej Prokofiew wg bajki Carlo Gozziego
Reżyseria: Michał Znaniecki
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia: Luigi Scoglio

poniedziałek, 7 marca 2016

Il turco in Italia

Opera buffa
Zazwyczaj myśląc o operze, jeżeli oczywiście już nam taka myśl do głowy przyjdzie, mamy przed oczami poważne widowisko, w którym to otyłe kobiety i przysadziści mężczyźni wyrzucają z siebie zupełnie niezrozumiały tekst do muzyki poważnej. Nic jednak bardziej mylnego. Rozpatrywanie opery tylko w kategoriach poważnego widowiska jest dużym błędem wszakże wiele z oper to przedstawienia komiczne będące zabawnym przedstawieniem epoki zwykle bliskiej kompozytorowi, a sama muzyka powszechnie nazywana "poważną" aż tak poważna nie jest. Napisana w Mediolanie, mająca swoją premierę w La Scali w roku 1814, opera komiczna "Turek we Włoszech" po długiej nieobecności na polskiej scenie zawitała do Krakowa w inscenizacji Włodzimierza Nurkowskiego, odsłaniając zupełnie inne oblicze tego gatunku.

Krakowska inscenizacja
Można śmiało uznać krakowską premierę "Turka we Włoszech" za duże wydarzenie, gdyż sama inscenizacja ma być zaledwie trzecią próbą przeniesienia opery Rossiniego na deski polskiego teatru operowego. Wcześniejsze polskie inscenizacje miały miejsce kolejno w Teatrze Wielkim w Poznaniu (rok 1992) oraz w Warszawskiej Operze Kameralnej (rok 1999), łatwo więc można policzyć, że od ostatniej premiery dzieła Rossiniego minęło aż 17 lat! Zupełnie nie do pomyślenia przy takich operach jak chociażby "Madama Butterfly" czy "Tosca" mistrza gatunku Pucciniego.
Sama opera w warstwie fabularnej to czysty banał. Historia z gruntu podobna do tej znanej z "Zemsty nietoperza" Starussa, ot niewierna żona Fiorilla o wiele starszego od niej męża Geronia lawiruje między młodymi kochankami podczas weneckiego karnawału. Karnawał w Wenecji jak nic innego w świecie sprzyja niewierności małżeńskiej i flirtom stając się kolorowym miłosnym tyglem, w którym to prawdziwe oblicza ukryte są pod wymyślnymi maskami, a ciała spowijają zwiewne szaty. Jednym z kochanków Fiorilli jest przyjaciel jej męża Narciso lecz to nie on stanie się spiritus movens całego zamieszania. W tym karnawałowym tyglu temperatura osiąga masę krytyczną kiedy to do Włoch przypływa książę turecki Selim. Fiorilla postanawia zdobyć egzotycznego księcia, a on ma równie niecne zamiary w stosunku do niej. Zazdrosny mąż nie może przeboleć niewierności Fiorilli, a Poeta szukający natchnienia do napisania sztuki widzi w całej sytuacji materiał do stworzenia nowego dzieła. Pikanterii całej komedii pomyłek, tej ferii barw i gagów dodaje fakt iż w Wenecji znajduje się także była ukochana Selima cyganka Zaida, chcąca odzyskać swojego księcia, jednak aby to zrobić musi stanąć w szranki z kochliwą Fiorillą.

Co z tym turkiem?
Tak jak napisałem wcześniej pod względem fabularnym "Turek we Włoszech" to nic nowego, jednak ten banał rozgrzesza w 100% muzyka i śpiew. Tomasz Tokarczyk ze zwyczajowym profesjonalizmem poprowadził orkiestrę, która kapitalnie odegrała dzieło Rossiniego. Można śmiało napisać, że pod względem wokalnym jest to jedno z lepszych przedsięwzięć Opery Krakowskiej. Katarzyna Oleś-Blacha jako Fiorilla i Grzegorz Szostak w roli męża-rogacza Geronia wprost hipnotyzowali publiczność swoimi umiejętnościami. Szczególnie Oleś-Blacha dysponująca niesamowitym sopranem koloraturowym mogła wykorzystać pełnię swojego talentu. To był jej show! Mariusz Godlewski jako Poeta oraz Andrzej Lampert w roli przyjaciela męża Narciso byli przekonujący i zabawni w swoich kreacjach. Tytułowy Turek książę Selim w interpretacji Łukasza Golińskiego mnie nie porwał podobnie zresztą jak zwykle kapitalna Monika Korybalska w roli Zaidy. Ich wykonaniom nie można odmówić kunsztu zabrakło mi jednak tej iskry, jakieś to bez charyzmy wszystko było.
Cała ta historia była by niczym bez oddania klimatu karnawału w Wenecji co udał się tylko częściowo. Kostiumy autorstwa Anny Sekuły były barwne i wesołe, doskonale pasujące do przedstawionej opowieści, podobnie sprawa ma się w kwestii wykorzystania światła. Wszystko było kolorowe i roztańczone, jednak scenografia także autorstwa Anny Sekuły, te jeżdżące domki z dykty bardzo mnie rozczarowały. Było nie równo, pewne sceny były kapitalnej chociażby ta, w której Narciso wciąga nosem krechy białego proszku, by po chwili wyśpiewać swoją arię w otoczeniu satyrów, gdzie światło, scenografia i postacie jawiły się jak z narkotycznego snu bohatera, bomba! Inne zaś budziły tylko zdziwienie, a ozdobniki w postaci żonglera światła zdawały się być tylko tanim wypełniaczem, zupełnie nic nie wnosiły.
Kolejny wieczór w Operze Krakowskiej mogę uznać za bardzo udany, przyznam jednak, że brakuje mi już bardziej krwistych przedstawień dlatego też z utęsknieniem czekam na pewną odmianę, którą w kwietniu przyniesie mi "Madama Butterfly" i "Traviata".

INFO
Tytuł: "Turek we Włoszech"
Kompozytor: Gioacchino Rossini
Libretto: Felice Romani
Reżyseria: Włodzimierz Nurkowski
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk
Scenografia i kostiumy: Anna Sekuła

sobota, 5 marca 2016

King w formie

Zezowate szczęście
O tym, że los bywa bardzo przewrotny, a fortuna kołem się toczy nie muszę przekonywać nikogo. Sami na pewno nie raz doświadczyliście na własnej skórze sytuacji, które na pierwszy rzut oka zdawały się zdobyciem "złotego biletu" Willy'ego Wonki, a w rzeczywistości były początkiem bardzo przykrych wydarzeń. Ta zasada działa też w drugą stronę - bywa, że zupełnie beznadziejne wydarzenia układają się w całkiem logiczną i korzystną z szerszej perspektywy sytuację. Znalazłeś coś wartościowego i to zatrzymałeś? Masz wyrzuty sumienia, czy raczej cieszysz się ze znaleziska? Szukasz właściciela, czy w skrytości cieszysz oko niespodzianką przysłaną przez kapryśny los? Właśnie o takim niezwykłym znalezisku, a także o przewrotności losu, o jego bezwzględności opowiada kryminał Stephena Kinga Znalezione nie kradzione, który naprawdę warto przeczytać.

Kryminał od Stephena Kinga
Stephen King jest wyjątkowo płodnym autorem, jednak nie każde jego reklamowane jako bestseller dzieło jest warte poświęconego na czytanie czasu. Ostatnie jego powieści raczej mnie rozczarowywały (Przebudzenie czy Doktor Sen były raczej smętne choć niepozbawione specyficznego dla autora klimatu) dlatego skłaniałem się do jego starszych, nazwijmy je umownie "klasycznych" pozycji z lat '80 i '90 XX wieku. Miłym zaskoczeniem była dla mnie lektura kryminału Znalezione nie kradzione, który był dużym powiewem świeżości w raczej zakurzonym świecie króla horroru. 
Opowieść to o zbrodni sprzed lat, która rzutuje na teraźniejszość. Niby straszny banał, ale jak przedstawiony! Pisarz poczytnych powieści zostaje zabity we własnym domu, morderca zabiera pieniądze oraz rękopisy nigdy niepublikowanych utworów. O tym, że zginęły pieniądze wiedzą wszyscy, o rękopisach krążą legendy i tak ma zostać przez lata bo rabuś dotknięty niewidzialną ręką sprawiedliwości trafia do więzienia za zupełnie inną zbrodnie. Udaje mu się ukryć rękopisy i pieniądze, które po latach znajduje młody chłopak Peter Saubers. Pieniądze z tajemniczego kufra pomagają jego pogrążonej w kryzysie rodzinie wyjść na prostą, jednak i pieniądze się kończą, a i stary złoczyńca uważający się za ich właściciela opuszcza więzienie i ma tylko jeden cel - zdobyć ukryte niegdyś rękopisy Rothsteina. Koło fortuny zalicza kolejne obroty, a sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie.

Trafione w 10!
Zdecydowanie w 10! Znalezione nie kradzione nie dość, że jest świetnie napisana, że wciąga i pozwala zatopić się w tym klimacie, z którego King jest znany i popularny to jeszcze przedstawia nam umiejętności ulubionego autora w zupełnie innym świetle. King, nie jest już tylko zamkniętym w jednym gatunku autorem długich i makabrycznych opowieści, ale jawi się jako autor całkiem zgrabnych kryminałów, które w dodatku pozbawione są typowych dla niego dłużyzn. Okazuje się, że spokojnie można napisać ciekawą, wciągającą książkę i zamknąć się w niecałych 500 stronach. Znalezione nie kradzione jest też portretem społeczeństwa amerykańskiego czasów kryzysu co jest wielkim atutem powieści. Autor udowadnia, że nie tylko ma niezwykłą wyobraźnie, ale przede wszystkim, że jest wnikliwym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. 

INFO
Autor: Stephen King
Tytuł: "Znalezione nie kradzione"
Wyd.: Albatros, Warszawa 2015
Il.str.: 480
Cena: 38,50 zł

sobota, 23 stycznia 2016

Baron cygański

Strauss w Krakowie
Jeszcze nie opadały emocje po niedzielnym spektaklu "Zemsta nietoperza", a już w pięć dni później przyszło mi zobaczyć kolejne dzieło Johanna Straussa na deskach krakowskiej opery. I o ile realizacja obu dzieł stoi na wysokim poziomie to właśnie ta wczorajsza inscenizacja "Barona cygańskiego" pod względem muzycznym bardziej przypadła mi do gustu. Jest to chyba najczęściej grana operetka Straussa będąca obecną nieprzerwanie na teatralnych afiszach w całej Polsce od lat. Po tym co zobaczyłem w Operze Krakowskiej trudno się dziwić popularności "Barona...".

Powrót do domu
W tej opowieści jak zwykle chodzi o uczucia, o miłość i dążenie do niej ponad trudnościami, których przysparza nam los. Młody Sandor Barinkay (w tej roli Andrzej Lamper potwierdzający tezę, że krakowska scena rodzi prawdziwe diamenty - był rewelacyjny!) wraca do włości, których właścicielem był jego ojciec. Na miejscu zastaje cygański tabor ze "starą wiedźmą" Cziprą (przekonująca Jolanta Gzela) na czele oraz hodowlę świń niejakiego Kalmana Żupana (Przemysław Rezner w roli Żupana wprost porwał publiczność). Włości niegdyś zarekwirowane ojcu Barinkaya mają wrócić do prawowitego spadkobiercy. Kalman Żupana jako obecny ich właściciel wpada na pomysł, aby wydać swoją córkę Arsene (Karolina Wieczorek) za Barinkaya, by tylko zachować otrzymane fartem włości. Można się spodziewać, że córka hodowcy świń, do której smoli cholewki syn guwernantki Ottokar (Marcin Kotarba) nie tak łatwo da się zdobyć młodemu spadkobiercy - wszakże kocha innego. Jest jeszcze córka cyganki Saffi (w tej roli znana mi z inscenizacji "Halki" Magdalena Barylak - zagłuszająca swoim śpiewem wszystko, i nie jest to komplement, oj nie!), której to po odmowie Arseny oświadcza się Sandor... 

Jeszcze operetka czy może już opera?
No właśnie, z przyrodzenia operetka, ale samych kwestii mówionych jest dużo mniej niż w innych operetkach, które widziałem, także sama warstwa muzyczna jest bliższa realizacjom operowym niż operetkowym. Chyba właśnie dlatego muzyka Straussa z "Barona Cygańskiego" spodobała mi się po stokroć bardziej niż ta z "Zemsty nietoperza". Orkiestra pod kierownictwem Tomasza Tokarczyka bez krztyny fałszu przekazała wszystkie zawarte w muzyce Straussa emocje. Brawurowe walce i marsze podrywały zwykle kostyczną publiczność z siedzeń, a cały spektakl zakończył się owacjami na stojąco (co wcale nie jest takie częste przy odgrywaniu pięćdziesiątego spektaklu z kolei). Jeszcze słowo o scenografii i kostiumach. Widziałem już kilka przedstawień w reżyserii Laco Adamika o muszę przyznać, że można zawsze liczyć na wysoki ich poziom, było i tak przy "Baronie cygańskim", w którym to kostiumy, nastrojowa scenografia i oświetlenie zlały się w jedną spójną całość, bardzo przyjemną dla oka.

INFO:
Tytuł: "Baron cygański"
Kompozytor: Johann Strauss
Libretto: Ignaz Schnitzer wg opowiadania Saffi Maurycego Jokaya
Reżyseria: Laco Adamik
Scenografia: Barbara Kędzierska
Kierownictwo muzyczne: Tomasz Tokarczyk

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Zemsta nietoperza

Nieśmiertelny humor
Przyglądając się poczynaniom solistów na scenie Opery Krakowskiej, podczas wczorajszego spektaklu "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa, zastanawiałem się czy sam autor dzieła przypuszczał, że humor, którym nasycił utwór bawił będzie jeszcze wiele lat po premierze. Jeśli o niej mowa to do samej premiery doszło w 1874 w Wiedniu. Od tego czasu utwór nieprzerwanie wystawiany jest na operowych scenach całego świata, a zabawne sceny z życia wyższych sfer powalają swoją aktualnością.

Przyjacielska intryga
Prowodyrem całego zamieszania w "Zemście nietoperza" jest doktor Falke (Michał Kutnik), który postanawia wciągnąć w rozmyślną intrygę swojego przyjaciela Eisensteina (Janusz Ratajczak - świetny!). Oczywiście powodem jest zemsta za to iż doktor przez przyjaciela został niegdyś ośmieszony. Od tamtego czasu w mieście Falke znany jest pod przezwiskiem doktor nietoperz. A jak najlepiej skompromitować i ośmieszyć mężczyznę, który lubuje się w podszczypywaniu pokojówki Adeli (Anita Maszczyk - urocza) jeśli nie zapraszając go na wytworny bal do ekscentrycznego księcia Gigi Orlovskiego (jak dla mnie najlepsza postać całej operetki odegrana przez Bożenę Zawiślak-Dolny), gdzie będzie mógł do woli bawić piękne damy? Będzie bawił Einsenstein piękne damy nie wiedząc, że jedną z uroczych tancerek z opery jest jego pokojówka, a ta druga, skryta pod woalem księżna węgierska, to jego żona Rozalinda (Ewa Biegas) we własnej osobie.

I?

I salwom śmiechu na widowni nie było końca, bo jak tu się nie zaśmiać widząc przezabawnie odegrane sceny z życia wyższych sfer, skupionych na dobrej zabawie i romansach? Wciąż aktualny humor zaaplikowany przez Straussa w połączeniu ze skocznym walcem sprawiał, że nastrój zarówno na scenie jak i na widowni był znakomity. Libretto w przekładzie Tuwima jest rewelacyjne, a wprowadzone do niego uwspółcześnienia nie zepsuły klimatu całego dzieła. Orkiestra pod batutą Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego tradycyjnie już dała popis profesjonalizmu i pomimo iż operetka nie jest moim ulubionym gatunkiem, że sama warstwa muzyczna nie powaliła mnie na kolana (wolę bardziej poważne utwory) to z budynku opery wyszedł uśmiechnięty od ucha do ucha.

INFO
Tytuł: "Zemsta nietoperza"
Kompozytor: Johann Strauss
Libretto: Karl Haffner, Richard Genée wg sztuki Rodericha Benedixa Das Gefängnis i wodewilu Meilhaca i Halévy'ego Le Réveillon w przekładzie Juliana Tuwima
Reżyseria: Janusz Józefowicz
Scenografia: Andrzej Woron
Kierownictwo muzyczne: Uwe Theimer

niedziela, 17 stycznia 2016

Przebudzenie Mocy

Wspomnieniowo
Tak na początek trochę sentymentalny wstęp, który sam nasunął mi się na myśl, gdy tylko otworzyłem paczkę z moim świeżym nabytkiem słownikiem obrazkowym najnowszej części "Gwiezdnych wojen". Pamiętam ten czas kiedy pierwsza z trzech nowych części Sagi wchodziła do kin, był to rok 1999, o posiadaniu komputera z internetem nawet nie marzyłem, o tak szerokim dostępie do publikacji dotyczących mojego hobby nie było mowy. Mała mieścina, do której każda nowość docierała z opóźnieniem nie dawała zbytnich szans na zdobycie upragnionych skarbów. Czas oczekiwania miał w sobie coś magicznego, ale chwilami przyprawiał o ból głowy. Kiedy już udało się zdobyć upragnioną książkę, upragniony słownik obrazkowy z "Mrocznego widma" radości nie było końca, a sama książka była czytana i wertowana wielokrotnie. Coś podobnego poczułem gdy otworzyłem nowy słownik z "Przebudzenia Mocy", jednak było to już zupełnie inne uczucie.

Słownik ilustrowany
Sam słownik ilustrowany formą i treścią (choć ta została nieznacznie odświeżona) nie różni się od słowników z poprzednich części Gwiezdnej Sagi. Dostajemy zatem informację na temat postaci, miejsc, urządzeń, które mogliśmy zobaczyć na kinowym ekranie. Jest i o nowych szturmowcach Najwyższego Porządku, obcych z zamku Maz Kanaty oraz samych bojownikach Ruchu Oporu pod dowództwem Generał Organy. Informacje te w pewnym stopniu poszerzają naszą wiedzę o głównych bohaterach jak i tych drugoplanowych. Sama opowieść nabiera dzięki temu głębszego kontekstu choć, tu muszę przyznać bez bicia, książka tylko rozbudza ciekawość i chęć poznania "nowych "Gwiezdnych wojen". Stare Expanded Universe zostało "skasowane", a nowe dopiero się rodzi dlatego też musimy poczekać, aż wokół "Przebudzenia Mocy" narośnie otoczka komiksów, gier, książek by lepiej wejść w ten nowy/stary świat stworzony 1977 roku przez Georga Lucasa. "Star Wars. Przebudzenie Mocy. Słownik ilustrowany" to dopiero swoista jaskółka, która wiosny nie czyni jest jednak dobrym wstępem do czegoś większego, do czegoś na co czeka każdy fan. 
W tym miejscu muszę też wspomnieć o szacie graficznej, która stoi na bardzo wysokim poziomie. Zdjęcia są fenomenalnej jakości, jest ich dużo, układ graficzny jest przejrzysty, choć odniosłem wrażenie, że na kilku stronach wieje pustką, że czegoś tam brakuje. Niektórym z postaci poświecono więcej niż dwie standardowe strony (Kylo Ren, Rey, Finn), by lepiej pokazać ich przemiany zachodzące w filmie. Innym postaciom, jak Luke Skywalker czy Naczelny Wódz Snoke, mającym co prawda szczątkowy udział w filmie, nie poświęcono nawet jednej strony, chociaż wypadałoby pół kartki dla nich znaleźć, no trudno. 

Moja ocena
I tutaj ponownie wraca wspomnienie tamtych lat, w których to zdobycie takiej książki graniczyło z cudem. Star Wars. Przebudzenie Mocy. Słownik ilustrowany oficjalną premierą będzie mieć 20 stycznia, książkę zamówiłem dużo przed tą datą, ale publikację otrzymałem już teraz, co bardzo mnie ucieszyło. Odpadło wyczekiwanie, poszukiwanie gdziekolwiek się tylko dało informacji na temat tej książki, poszukiwanie po księgarniach itp. Radość po otwarciu ta sama, samo jednak wertowanie słownika ilustrowanego nie było już tak bezkrytyczne jak niegdyś. To smutne, ale w takich właśnie chwilach czuje się upływ czasu, czuje się, że nie jest się już tą samą osobą, którą było się paręnaście lat wcześniej. Bo czy dziś można bezkrytycznie przyjąć taki oto podpis ilustracji: "Oskarżycielski palec podkreśla niekwestionowany autorytet" albo "Skwaszona mina"? Kiedyś nie budziło to żadnych negatywnych odczuć, teraz tylko bawi. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że książka jest bardzo ładna, że doskonale wprowadzi nowych fanów "Gwiezdnych wojen" w ten niezwykły świat, a i starym pozwoli powspominać jak to było niegdyś.

INFO
Autor: Pablo Hidalgo
Tytuł: "Star Wars. Przebudzenie Mocy. Słownik ilustrowany"
Wyd.: Egmont Polska, Warszawa 2016
Il.str.: 80
Cena: 39,90 zł

środa, 13 stycznia 2016

Wiedźmina dwa tomy - zaległe

Opóźniony
Powiedzieć, że mam spore opóźnienie w pisaniu i publikowaniu notek na blogu to mało, ja mam olbrzymie opóźnienie w samych książek czytaniu! W sumie to tę niewiarygodną wręcz "obsuwę" można porównać do tego co od czasu do czasu dzieje się na polskiej kolei. Pociąg opóźniony jest czasem o parę godzin, ale trzeba mieć na uwadze, że "opóźnienie może ulec zmianie". Taki stan rzeczy wynika z wielu czynników, jednak roztrząsanie tego tematu nie ma większego sensu, ale trzeba powiedzieć jasno, że czasu na czytanie oraz inne ukochane przeze mnie aktywiści mam mniej niż kiedyś. Przykre to, ale prawdziwe, czasem proza życia przytłacza ważne by się temu nie poddać, by nie popaść w stan całkowitego intelektualnego rozkładu. Przed tym rozkładem w ostatnim czasie ratują mnie wypady do opery, które na blogu także opisuję, udaje się czasem też skubnąć i parę stron ulubionej książki. Dziś słów kilka na temat dwóch tomów sagi o Wiedźminie Geralcie. Czas pogardy oraz Chrzest ognia to kolejno czwarty i piąty tom odsłony przygód pogromcy potworów. Z tych dwóch powieści ten drugi tytuł podobał mi się znacznie bardziej. 

Co w środku piszczy?
Kontynuacja ma swoje prawa, to rzecz jasna, a Czas pogardy i Chrzest ognia to książki będące składowymi większej całości, historii, która swój początek ma w powieści Krew elfów. Na czoło opowieści wysuwa się osoba dziecka niespodzianki, wychowanki wiedźmina Ciri. Dziewczyna jest kluczem do posunięć niemalże wszystkich bohaterów. Włodarze wiedźminowego świata - zarówno ci oficjalni jak i szare eminencje w postaci władających magią czarodziejek - postanawiają zdobyć, pojmać Ciri do własnych celów. Także wszechpotężny cesarz Nilgaardu Emhyr var Emreis ostrzy sobie na Ciri zęby. 
W Czasie pogardy obserwujemy jak Królestwa Północy pogrążają się w pożodze wojny, wszystko płonie, a spisek uknuty przez czarownika Vilgefortza ma swój tragiczny finał na wyspie Thanedd, gdzie dochodzi do tajemniczego zniknięcia Ciri. Chrzest ognia to już opowieść o poszukiwaniu zaginionej Ciri oraz o tym jak sama księżniczka dostosowała się do warunków w jakie rzucił ją niestabilny portal Wieży Mewy. W tle oczywiście mamy samego Geralta poszukującego dziewczyny wraz z wyjątkową kompanią, której niezwykłym członkiem jest tajemniczy Regis. Postać Regisa jest opisana wręcz fantastycznie, i jak dla mnie to właśnie on jest perełką tej części wiedźmińskiej sagi. Knowania czarodziejek, które tworzą tajemną lożę, politykują i snuja plany o potędze jaką ma zapewnić im Ciri to kolejny mocny element powieści. Skłamałbym jeśli napisałbym, że w Chrzcie ognia jest mniej brutalnych opisów walki i typowego dla Sapkowskiego rubasznego humoru niż w Czasie pogardy, pod tym względem obie książki są bardzo podobne. 

Jakie wrażenia?
O ile brutalność Czasu pogardy i Chrztu ognia chwilami mnie męczyła to wątki polityczne, szczególnie te z czarodziejkami osłodziły mi każde, nawet najohydniejsze opisy pożogi i zniszczenia. Emocji tu nie mało. Rebelia na Thanedd, spisek Vilgefortza oraz jej następstwa to istny majstersztyk. Każdy kto lubuje się w spiskach, walce o władzę odnajdzie w tych powieściach coś co mu się spodoba. 

INFO
Autor: Andrzej Sapkowski
Tytuł: "Wiedźmin. Czas pogardy", "Wiedźmin. Chrzest ognia"
Wyd.: Warszawa, SuperNowa 2011
Il.str.: 320 i 330
Cena: ok 32 zł za tom