wtorek, 30 października 2012

... czyta Joanna Szczepkowska

Czyta i robi to w wyjątkowo przyjemny sposób! Skorzystałem z promocji i ściągnąłem darmowy egzemplarz audiobooka "Duma i Uprzedzenie" Jane Austen, wydanego jako 22 tom kolekcji "Mistrzowie Słowa".
Nad samą fabułą książki nie ma co się nawet rozpisywać, historia przedstawiona w powieści Austen została przemaglowana na "milion pięćset sto dziewięćset" sposobów. Nie każdego też będą interesowały moje wywody na ten temat, na temat obyczajowości mieszkańców Wysp Brytyjskich, przedstawionych w książce. Portret epoki - tyle!
Wysłuchanie książki to miłe urozmaicenie swojego z lekturą intymnego obcowania. Nabiera ono szczególnego charakteru dzięki osobie czytającej tekst.  Zdarzają się - niestety niezwykle rzadko - przypadki, że sam autor czyta swoją książkę. Wyjątkowo ważne jest by była to osoba charyzmatyczna, a jej barwa głosu pozwoliła z przyjemnością wsłuchać się w każde wpływające do naszej głowy słowo. Pewne jest jednak, że zawsze znajdzie się jakaś maruda, której nie będzie podobał się życiorys czytającego (jakby miał wpływ na treści, które czyta!) lub głos. O ile pierwszą gorzką pigułkę można przełknąć, to ta druga często staje w gardle kołkiem. Na szczęście ani pierwszy ani drugi przykład mnie nie dotyczył i nic nie odbierało mi przyjemności słuchania ciepłego głosu pani Szczepkowskiej. Idealna rzecz na zimne jesienne wieczory. Słuchanie to wydawałoby się czynność prosta i zupełnie bezwiedna, nie ma jednak nic bardziej mylnego. Słuchanie wymaga skupienia, bardzo angażuje i spora część ludzi jeszcze nie posiadła tej umiejętności - niestety. Warto w tym miejscu zachęć właśnie te osoby, co ze słuchaniem są na bakier do ćwiczenia się w tej niedocenianej sztuce, właśnie poprzez audiobooków słuchanie.

INFO
Tytuł: "Duma i uprzedzenie"
Autor: Jane Austen
Lektor: Joanna Szczepkowska
Wyd.: Warszawa, AGORA SA 2007
Czas nagrania: 13 godzin 30 min.

piątek, 26 października 2012

Targi Książki - rzut oka;)

Targi Książki są wciąż popularne, ich coroczne edycje cieszą się ogromnym zainteresowaniem autorów, wydawców oraz czytelników.  Historia pierwszych targów książki sięga XV wieku i nierozerwalnie związana jest z wynalazkiem druku. Największe dziś targi książki odbywają się corocznie w październiku we Frankfurcie nad Menem. Skupiają one około 7000 wystawców z ponad 100 krajów, a całej imprezie towarzyszy 2500 różnych wydarzeń, jak spotkania autorskie, prelekcje itp.
Wczoraj rozpoczęły się 16-te Targi Książki w Krakowie, potrwają do niedzieli. Nie omieszkałem udać się na nie, by przyglądnąć się nowością wydawniczym, na jakieś specjalnie cenowe upusty się nie nastawiałem - przecież każdy chce zarobić. Tegorocznej edycji tradycyjnie towarzyszą wykłady, prelekcje, a co istotniejsze dla fanów, także spotkania z autorami. Targi stały się świetną okazją, by z ulubionym autorem zamienić kilka słów i zdobyć autograf. 
Dziś ludzi nie brakowało i naprawdę poczułem się jak na targu, ciągle przez kogoś przesuwany i trącany to łokciem, to torebką. Taki już urok tłocznych imprez. Tłumy są jak najbardziej uzasadnione bo tegoroczna edycja przyciągnęła aż 562 wystawców. Od wydawców książek katolickich, książek dla dzieci poprzez wydawnictwa artystyczne, specjalistyczne,  na potentatach rynku wydawniczego takich jak Prószyński i S-ka, Znak skończywszy.
Dzisiejsze wyjcie na targi zakończyłem udziałem w prelekcji dr Michała Rogoża i dr Małgorzaty Chrobak z Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie, na temat "Książki dla dzieci i młodzieży w Polsce po 1989 roku". Tematyka interesująca i podana w ciekawej formie! 
Teraz jeszcze wspomniany rzut oka na targi:

Nowości wydawnictwa AMEET, a w tym "Wielka księga LEGO"!!! Rzecz wyjątkowo przeze mnie pożądana;) Podobała mi się ładna ekspozycja książek, widać wszystko co trzeba. 









Tłumy jak na targowisku! Odwiedzający dopisali, już sobie wyobrażam co dzieje się na spotkaniach z bardziej poczytnymi autorami. Na ściance reklama książki "Wiara Demonów" rozbawił mnie tytuł.







A to już ja we własnej osobie przygryzający wargę przy stoisku Wydawnictwa Sonia Draga. Oczywiście najbardziej eksponowany był "Grey", także gadżety z nim związane np: szara koszulka z napisem nawiązującym do wargi przegryzania. Kto czytał książkę to wie o co chodzi z tą wargą;)



Oczywiście, "TRYLOGIA, O KTÓREJ MÓWIĄ WSZYSCY!" dostała odpowiednio dużą i rzucająca się w oczy reklamę. Między promocyjnymi materiałami na stoisku wydawnictwa można było otrzymać także plakaty.








Do "Pięćdziesięciu twarzy Greya" nie zaglądnąć przy okazji Targów Książki to grzech. Niedługo premiera kolejnej części i po cichu liczyłem, że na targach będzie można już dostać "Ciemniejszą stronę Greya", niestety przeliczyłem się.
Podsumowując, tegoroczna impreza (moja na niej raczej obecność) w moim odczuciu wypadła naprawdę ciekawie. Interesujący ludzie, okazja do spotkań, do poszperania w nowościach, także szybki ogląd na oferty wydawnicze, możliwość zaopatrzenia się w katalogi oraz rzecz jasna same książki. 
Kto jeszcze na Targach Książki w Krakowie nie był to czas ma do niedzieli! 

środa, 24 października 2012

Śpiąca Upokorzona

Upokorzona od początku do końca. Zupełnie nie wiedziałem na co się piszę zaczynając czytać książkę Anne Rice pt: "Przebudzenie Śpiącej Królewny". Powiem tylko tyle, że "Pięćdziesiąt twarzy Greya" wymięka przy tej pozycji. Odpada już w przedbiegach! Widać też, że E. L. James sporo zaczerpnęła z książki, której pierwsze wydanie miało miejsce w 1983 roku. Sporo pewnie się także nauczyła od koleżanki po fachu. Ciekawe czy pomysły na bezpruderyjne upokarzanie i ćwiczenie w dawaniu rozkoszy innym, wykorzystała w kolejnych tomach swojej "szarej trylogii".
Śpiąca Królewna chyba miała pecha, że książę ją w ogóle oswobodził, obudził ze stuletniego snu i od razu skorzystał z sytuacji. Od tej chwili poddawana jest istnemu perwersyjnemu szkoleniu, którego celem jest całkowita uległość. Uległość i zaspokojenie najbardziej wyuzdanych żądz jest wyłącznym,  w mojej opinii, przedmiotem tej publikacji. Powiem szczerze, że w takim natężeniu męczyło mnie to i nudziło. Kolejne upokorzenia i ciągłe lanie niewolników packami po tyłkach, ich płacze jęki i poczucie poniżenia sprawiały, że i mi chciało się wyć pod niebiosa. Różyczka na królewskim dworze, dla uciechy arystokracji, chodzi cały czas nago. Inni niewolnicy w postaci książąt i księżniczek także biegają na golasa. Także dla perwersyjnej przyjemności dworzan, niewolnicy lani są bez opamiętania packami po tyłkach, które są obolałe i opuchnięte. Nawet nie miałem ochoty się śmiać z tych bzdetów, które przyszło mi przetrawić. Książka ma kolejne dwie części i nie sądzę bym prędko po nie sięgnął  Powiem więcej chyba na pewno ich nie przeczytam. Najwyraźniej literatura o tak mocnym zabarwieniu erotycznym nie spełnia moich czytelniczych potrzeb, aczkolwiek jestem w stanie uwierzyć, że "przygody" Różyczki mają swoich wyuzdanych wielbicieli. Możliwe też, że po prostu mam zbyt plebejski gust i nie jestem w stanie docenić tej wysublimowanej metafory jaką zapewne książka jest.
Jeszcze nadmienię kilka słów o wydaniu książki. Okładka może przyciągać, ale to co znajdujemy w środku to jest jakieś nieporozumienie i totalny brak szacunku dla czytelnika. Praktycznie na każdej stronie są literówki. Już lepiej wydawane są etykiety dyskontowego pasztetu. I zasadniczo lepiej jest sobie ten pasztet kupić niż tę książkę przeczytać.

INFO
Tytuł: "Przebudzenie Śpiącej Królewny"
Autor: Anne Rice
Wyd.: Kraków, Mystery 2010
Il. str.: 241
Cena detaliczna: 27,90 zł

poniedziałek, 22 października 2012

Tak, czy inaczej?

Każdy kto zbiera książki zastanawia się jak je układać. Posiadając duże mieszkanie, wyposażone w porządne regały na książki, zapewniamy sobie spokój na dłuższy czas. Nie musimy się martwić jak ułożyć kolejną pozycję. Pionowo, poziomo czy na wspak. Gorzej jeśli mamy mieszkanie przeciętnej wielkości jak większość Polaków. Wiadomo, standardowo musi pomieścić czteroosobową rodzinę, jej ubrania, zabawki i inne ważne w domu sprzęty. Pozostałe powierzchnie zajmują książki. W domowej hierarchii zajmowania przestrzeni pierwsze miejsce bez apelacyjne należy do ubrań. Potem mamy różnego rodzaju sprzęty jak telewizor, DVD i komputer - w dzisiejszych czasach zajmują stosunkowo mało miejsca dzięki małym gabarytom. Kolejne w kolejce są różnego rodzaju bibeloty, wazony, wazoniki i kieliszki - one potrafią pochłonąć naprawdę dużo cennego miejsca. To co zostanie zwyczajowo przypada książką. Nie mówię, że jest tak we wszystkich domach. Wręcz przeciwnie mam nadzieję, że to co opisałem jest już przeszłością, i że właśnie dziś to książka stanowi ważny obiekt w domu - ważniejszy niż kieliszki i inne bzdurne dziadostwo poustawiane na półkach. Telewizora niestety nic nie przebije. Skoro już mamy kawałek półki na książki to jak je pookładać? Kolejność standardowa alfabetyczna jest najkorzystniejsza z uszczegółowieniem np. na problematykę publikacji. Można formatami, i tu często układanie alfabetyczne nie jest możliwe do realizacji. Można po prostu układać je jak leci albo kolorami grzbietów książek uzyskując kolorystyczne urozmaicenie półki. Ze swojego doświadczenia uważam, że najkorzystniej jest układać książki dziedzinami i w ich obrębie alfabetycznie. To najwygodniejszy sposób gdy mamy sporo miejsca. Gdy książek przybywa, a miejsca na ich składowanie nie, mamy problem. U mnie zaczęło się już składowanie w stosach. Ubolewam nad tym, ale gdzieś te moje skarby muszą leżeć. 

środa, 17 października 2012

Quirós na tropie

Zastanawiam się nad tą książką i ciężko mi jest zacząć cokolwiek na jej temat konkretnego napisać. Przychodzą mi na myśl tylko dwie rzeczy. Biały pies oraz tytułowa szkatułka. 
Nie jest to pozycja sztampowa, skrojona na miarę możliwą do dopasowania dla każdego. Myślę, że dla wielu osób te trochę ponad dwieście stron będzie nie do przebrnięcia. Ta powieść niczym tytułowa szkatułka z kości słoniowej zawiera mnóstwo klejnotów w postaci poetyckich metafor, podtekstów i niedopowiedzeń. Niby błahostka, a jest nad czym podumać.
Niezwykła duet złożony z nauczycielki i podstarzałego płatnego zabójcy podejmuje się zadania odszukania nastolatki, córki tajemniczego Olmosa. Łączy ich sprawa zaginionej Soledad, poza tym wszystko inne tworzy między nimi mur. Quirós ma polecenie odnalezienia córki Olmosa, przede wszystkim jednak ma zadbać o to, by sprawa nie nabrała nieporządnego rozgłosu. Nieves Aguilar chce odnaleźć swoja uczennice, z która miała spotkać się w nadmorskiej miejscowości, a która zaginęła bez śladu. Nauczycielka jest fanką pisarskiej  twórczości Soledad, to ona spostrzegła dar jakim obdarzona jest dziewczyna. 
Poszukiwania dziewczyny przeplatane są wspomnieniami Quirósa. Wspomnieniami morderstw, które popełnił dla swoich mocodawców. W przeszłości mężczyzny pojawia się klucz do rozwiązania zagadki. Pozbawił niegdyś życia kilku panów parających się produkcją filmów z gatunku snuff, które to są zapisem prawdziwych tortur i egzekucji dokonywanych na młodych dziewczynach. Nieves grzebie się w zapiskach Soledad i książkach lokalnego pisarza, a Quirós w przeszłości. Przynajmniej ja to tak widzę. Pozycja warta przeczytania, będę do niej wracał.

INFO
Tytuł: "Szkatułka z kości słoniowej"
Autor: Jose Carlos Somoza
Wyd.: Warszawa: Muza, 2006
Il. str.: 244
Cena detaliczna: 24,90 zł

sobota, 13 października 2012

Pani tu nie stała!

Napisałem w jednej z notek, że nie mogę powstrzymać się przed kupowaniem książek, że mając okazję taniego i ciekawego książkowego zakupu zawsze ją wykorzystam. Skoro już mam nakupionych kilka książek to kiedy je czytam? Przecież nie dam rady wszystkiego czytać naraz. Już zupełnie pomieszałoby mi się w głowie. Naturalną koleją rzeczy jest - jak mi się wydaje - książkę przeczytać i w tedy dopiero wypożyczyć lub kupić kolejną. No tak, może i zwykle wygląda to w ten sposób. Książka o jedzenie i picie nie woła, nie zepsuje się też jak kupowana na zapas żywność, może zatem poczekać. I czeka cierpliwie na swoją kolej. Pozycje nowo zakupione trafiają do czytelniczej kolejki. Każda nowa pozycja zwykle trafia na koniec kolejki i czeka na przeczytanie. Zdarza się od czasu do czasu, że jakaś pozycja wepchnie się przed inne i szybciej zostanie przeczytana. Bywa też, że książka z listy "książek do zakupienia/pożyczenia" od razu po trafieniu do moich rąk jest czytana. Powinno to budzić sprzeciw, przecież kolejka obowiązuje każdego. Na szczęście książki nie krzyczą "pan tu nie stał!". Choć niektóre powinny upomnieć się o swoją kolej bo bywa i tak, że przesuwane są co rusz na koniec kolejki.

środa, 10 października 2012

Ludzkie ciało "saute"

Jako, że piszę o książkach, które z jakiś powodów są dla mnie ważne postanowiłem poświęcić ten wpis pozycji bez wątpienia pięknej pod każdym względem. Dzisiejsza pozycja pt.: "Anatomia dla artystów" Sarah Simblet to przepięknie wydany album przeznaczony nie tylko, jak zostało ujęte w tytule dla artystów, ale także dla każdego kto potrafi docenić "magię" ludzkiego ciała. 
Książka podzielona jest na działy pomagające nam zrozumieć funkcjonowanie ludzkiego organizmu, w ten sposób, by samemu rysując ludzką postać - akt - jak najlepiej odwzorować rzeczywistość. Nie jest to książka medyczna, nie zarzuca się czytelnika obrazami flaków, próbuje się za to jak najlepiej przybliżyć nasz organizm, abyśmy z tej wiedzy mogli skorzystać podczas pracy twórczej.
Każdy rozdział został uszczegółowiony podrozdziałami  Mamy więc np: rozdział poświęcony barkom i ramionom, a w nim informacje na temat samych kości barku i ramienia oraz mięśni obręczy kończyny górnej i ramienia. Rozdział uzupełniony jest punktem nazwanym "Klasa Mistrzowska", gdzie zaprezentowano przykład arcydzieła chociażby "Śmierć Marata" Jaquesa-Louisa Davida i anatomiczną analizę opatrzoną komentarzem i zdjęciem modela w pozie człowieka z obrazu. Dowiadujemy się dzięki temu, że wiele postaci uwiecznionych na arcydziełach światowego malarstwa ma mówiąc oględnie "nietypową budowę anatomiczną". A to brakuje jakiegoś mięśnia, to kości, w innym przypadku model okazuje się człowiekiem gumą. Normalnie nie zwrócilibyśmy na takie niuanse uwagi. Pozycja autorstwa pani Simblet nie jednego uczuli na anatomiczną poprawność ludzkiej postaci namalowanej na obrazie.
Sama książka nie jest oderwana od historii. We wprowadzeniu autorka w skrótowej formie przybliża dzieje rozwoju anatomii. 
Co dla osób rysujących jest ważne to to, że książka zawiera także sporo ćwiczeń z rysunku, które wraz ze świetnymi zdjęciami stanowią naprawdę istotną pozycję w bibliotece osób rysujących, uczących się rysować czy po prostu wrażliwych na piękno. 
Smaczkiem dodanym do niektórych zdjęć są bez wątpienia półprzeźroczyste kartki z rysunkiem kości lub mięśni, które idealnie nakładają się na zdjęcia modeli. Moje opisy mogą być mgliste i specjalnie dla osób niemających możliwości oglądnąć książki w księgarni kilka zdjęć.


Zdjęcia wykonane przez Johna Davisa prezentują ludzi w różnych pozach. Statycznych i dynamicznych pozwalającym rysownikowi ćwiczyć się w różnych przedstawieniach modela. Często nawiązują do póz przywodzących na myśl antycznych zawodników biorących udział w olimpiadzie.

Właśnie o tym wspominałem w tekście. Na kartce, przypominającej bibułkę/pergamin z fotograficznego albumu narysowano kości nakładające się na zdjęcie modela. Jak widać zadbano żeby był i przód, i tył.
 Tak wygląda po nałożeniu jednej strony na drugą. Według mnie bardzo fajny efekt.



Tu jeszcze przykład tego jak wygląda jeden z rozdziałów "Klasy Mistrzowskiej"...

i wstęp do ćwiczeń rysunku klatki piersiowej.

Nie pozostaje mi nic więcej do powiedzenia jak oczywiście książkę polecić. Taka uwaga dla osób marudzących na cenę to powiem, że nieczęsto się zdarza, aby książka wydana tak genialnie była w takiej dobrej cenie.

INFO
Tytuł: "Anatomia dla artystów"
Autor: Sarah Simblet
Wyd.: Warszawa: ARKADY, 2004
Il. str.: 255
Cena detaliczna: 99 zł

piątek, 5 października 2012

Odcieni szarości moc

"- Czemu nie lubisz, jak ktoś cię dotyka? - pytam szeptem, wpatrując się w jego szare oczy.
- Bo skrywa się we mnie pięćdziesiąt odcieni szarości, Anastasio. I jestem ostro porąbany."

I się doczekałem... ale mocy przypływu nie doznałem. W ogóle to czuje się jakbym przebił bardzo długo nadmuchiwany balon i nic się nie stało. Powieść "Pięćdziesiąt twarzy Greya" roztrzaskała się o moje wyobrażenia i bujną fantazję. 
To, że kobiety na jej punkcie szaleją, jestem w stanie zrozumieć.
Że mężczyźni wiele zawdzięczają, okej też jestem w stanie to zaakceptować, bo wielu panów w relacjach intymnych potrafi być pozbawiona polotu, na co panie często narzekają. Totalnym bzdetem jest dla mnie stwierdzenie, że biblioteki niby apelują o wycofanie "Pięćdziesięciu..." z obiegu, bo niby dlaczego? Bo przyciągają czytelnika? Psują jego gust? Może po prostu spełniają oczekiwania, te o których czytelnicy boją się głośno mówić, których wzniosłe dzieła klasyków nie są w stanie zaspokoić? Nie wiem, nie wiem.
Nie rumieniłem się, nie płonąłem czytając tę historię w gruncie rzeczy sztampową. Czytało się szybko, przyjemnie, a lektura nie pozostawiała wielu ważnych kwestii, które można by rozkładać godzinami na czynniki pierwsze. Ot, lektura idealna na wieczór. Do relaksowania się, odprężenia, pośmiania przed snem. Nieskomplikowany, prosty język i pierwszoosobowa narracja sprawia, że pozycję autorstwa E. L. James po prostu się połyka. Jednak już po połowie może nas męczyć czytanie o fikołkach i kozłkach wykonywanych przez "wewnętrzną boginię" głównej bohaterki oraz mało wysublimowane opisy mimiki bohaterów, usta ciągle im "ścieśniają się w wąską kreskę". Zdecydowanie nie jest to literatura wysokich lotów. Zresztą nie o wysokie loty w przygodach Anastasi Steele chodzi, a o seks. Cały szum wokół promocji trylogii "Pięćdziesiąt odcieni" oparty jest o seks w wydaniu sado-maso, którego w pierwszej części jest tyle co kot napłakał i większej ilości scen SM można spodziewać się w  "Modzie na sukces", choć w tym tasiemcu to raczej sadomasochizm psychiczny bardziej niż fizyczny. Sama książka jeśli chodzi o stronę psychologiczną, według mnie jest kolejnym zmarnowanym materiałem. Trochę to wszystko jest płytkie i spodziewałem się w sumie klimatu jak z "Nagiego instynktu", a szkoda bo nie znalazłem ech. 
Z książkami jest jak z wyjazdem zawodniczek klubu "Tęcza" do bodajże RFN z filmu Barei pt.: "Miś". Jechały do kraju demokratycznego,  który to i miał swoje plusy, ale zawodniczki musiały pamiętać,  żeby te plusy nie przesłaniały im minusów. Tak też jest z omawianym dzisiaj hitem. Ma on swoje plusy i minusy. "Pięćdziesiąt twarzy Greya" pomimo tego co napisałem jest książką jak najbardziej godną polecenia. Dla mnie była to lektura lekka i zabawna, zupełnie nie wymagająca i totalnie relaksująca. Dla osób lubiących rozsmakować się w pisarstwie na wysokim poziomie będzie to książka zupełnie niestrawna. Osoby o purytańskim podejściu do obyczajowości pewnie już na wstępie książkę odrzucą nie zabierając się nawet do jej lektury. Przed tym przestrzegam. Fenomen książki jest niepodważalny i warto chociażby z ciekawości przeczytać i spróbować zrozumieć osoby, które ją pokochały.

INFO
Tytuł: "Pięćdziesiąt twarzy Greya"
Autor: E.L. James
Wyd.: Katowice: Sonia Draga, 2012
Il. str.: 606
Cena detaliczna: 39,90

wtorek, 2 października 2012

Wampiry kontratakują

Zaniedbałem nieco kwestie gazet i czasopism na moim blogu, a przecież w nazwie ma on "i/lub czasopisma" więc kapkę w tym temacie napiszę. Co jakiś czas sięgam do naszej naczelnej gazety brukowej jaką jest Super Express. Ten tabloid potrafi zawsze rozbawić mnie do łez. Albo zabawnymi wzmiankami na temat jakiegoś niespotykanego wcześniej zdarzenia albo zdjęciami - kolażami i fotomontażami. 
Niedawno pisałem o książce "Dracula" Brama Stokera i nadarzyła się ponownie okazja do poruszenia tematyki demonów, a w szczególności wampirów. Oto w SE znalazłem notkę na temat londyńskiej olimpiady i znanego Polakom Sola Campbella. Tym co nie pamiętają to przypomnę, że ten pan bredził, żeby nie przyjeżdżać do Polski na Euro 2012 bo można wrócić w trumnie itp. Nie czekano długo na okazję, by się Campbellowi zrewanżować. Wykorzystano olimpiadę w Londynie do przedstawienia Sola Campbella jako wampira. Przepiękna fotografia zdobi wzmiankę na ten temat w tabloidzie. Groza - jest. Nastrój - jest. Wyszczerzone zęby - są. Wzmianka, że z igrzysk można wrócić w trumnie - jest. Zasadniczo zabawna rzecz. W dodatku Sol jako wampir pojawił się w części sportowej tabloidu. 
Drugą perełką jaką wygrzebałem jest wzmianka o facecie, który chciał zostać wampirem. Facetowi marzyło się życie wieczne i dał się naciągnąć małolacie na kasę. Wszystko pod wpływem wszechmocnej sagi "Zmierzch". Rzeczony pan mianowany przez dziennikarza tabloidu "Idiotą Roku" naczytał się o przygodach Belli i wampira Edwarda, poczuł, że to jest to, że takiego życia chce i zaczął poszukiwać sposobu na stanie się wampirem. Miał pecha. Poznał dziewczynę, która wkręciła go, że jest wampirem (a jakże!). Obiecała mu wampirzyca owa, że za pewną sumę pieniędzy przemieni go w demona swoim ugryzieniem. Wampirzyca wyceniła "dar nieśmiertelności " na 10 tysięcy złotych. Mężczyzna pojechał na umówione spotkanie, zabrał pieniądze i... dostał lanie. Oszustka wraz ze swoim chłopakiem spuściła łomot mężczyźnie i uciekła z pieniędzmi. Finał historii był taki, że ujęto ich szybko, ale nie odzyskano całej skradzionej kwoty bo przestępcy zdążyli część przepuścić. Wzmianka o zajściu dopełniona sugestywnymi napisami. Widzicie jak oczy ze słowa "wampir" łypią łakomie na was?
Oto i kolejne dowody na zakorzenienie się motywy wampira w popkulturze. Szkoda tylko, że pan z notki powyżej nie czytał "Draculi" Stokera tylko akurat wpadł mu w ręce "Zmierzch". Swoją drogą to ja jeszcze tej sagi nie czytałem. Coraz bardziej nabieram przekonania, by jednak po nią sięgnąć.