czwartek, 28 czerwca 2012

Brudny Śląsk

Zupełnie przypadkiem sięgnąłem po utwór "Gnój" Wojciecha Kuczoka. Książka leżała u kolegi na stoliku, nie mógł jej zmordować - pewnie przez brutalny obraz rozkładu rodziny ukazany przez autora. Leżała, więc ją "machnąłem" z ciekawości bo swojego czasu głośno było o filmie "Pręgi" na podstawie tej książki nakręconego. Przeczytałem i niespecjalnie się zbulwersowałem myśląc tylko, że historia może zrobić wrażenie na kimś kto zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością. Na kimś kto nie zna polskich realiów i nigdy nie spotkał się z rodzinnymi patologiami. Książka jest napisana świetnie, przemykamy przez kolejne strony gładko i bez przeszkód. Raz się śmiałem, raz denerwowałem - to dobrze. Jeśli zupełnie nie wzbudziłoby to we mnie emocji to byłoby źle. Obraz śląskiej rodziny przedstawionej przez Kuczoka w "Gnoju" postawił mi przed oczami własnych sąsiadów. Zwykłą rodzinę, młodego górnika, który górnikiem przestał być kiedy zabrał z kopalni popularną odprawę i zaczął żyć jak król, pić jak król i zadzierać nosa też jak król. Królewskie życie szybko się rozpłynęło i z królewskiego dworu na powrót wrócili do swojego normalnego życia. Bluzgania rodziców na dzieci, dzieci na rodziców całej rodziny na wszystkich w około. Picie i bicie, awantury i wrzaski. To wszystko sprawiło, że rzeczywistość tak przerysowana przez autora, ale ukazana bardzo celnie w ogóle mnie nie zdziwiła. Nie wiem czy kiedykolwiek bym sięgnął po ten utwór, gdyby nie plątał się po mieszkaniu. Zupełnie nie ciągnie mnie do takich swojskich obrazków.

niedziela, 24 czerwca 2012

Jeszcze tylko jedną, ostatnią...


                                                                                                  
Obiecuje to sobie kilka razy w miesiącu. Albo będąc na mieście podczas obchodu księgarni i składów taniej książki albo przeglądając sklepy internetowe. Mówią mi: "przecież są biblioteki, idź wypożycz, nie musisz wszystkiego mieć w domu!" a ja im odpowiadam "ale jak to? nie kupić tej ślicznej książeczki, nie?". I rzeczywiście staram się pożyczać książki, co do których mam pewność, że więcej mi potrzebne nie będą. Kupuje za to takie, które podobają mi się ze względu na staranne wydanie, ilustracje albo są trudno dostępne (co nie znaczy, że biegam w poszukiwaniu starodruków!). Kupuje też książki związane z moimi zainteresowaniami bo wiem, że mi się przydadzą w przyszłości, że będę po nie sięgał. Problem w tym, że ciągle wynajduje coś ładnego, potrzebnego i ciekawego co na pewno uświetni mój zbiór. W koło Macieju to samo, a oprzeć się trudno szczególnie jak coś jest w dobrej cenie. Jedni kupują ubrania inni wszystko przejadają a ja buduję swoją bibliotekę. Zbieram książki w poczuciu, że nie starczy mi życia żeby przeczytać wszystko to co warto znać.
Może nawet nie przeczytam wszystkiego co kupie, kto to wie? Mam nadzieję, że nigdy nie dojdzie do tego, że powiem "nie kupie już książki bo nie mam w domu miejsca". Znam takie osoby - niestety. Powiem więcej te osoby nawet nie są stare i nie posiadają rozbudowanych księgozbiorów. Na ubrania im miejsca nie brakuje, na kolejny dziadowskie buty z bazarku czy poliestrowe marynareczki. Na książeczki miejsca nie mają. W ten sposób tłumaczą także, że nie czytają. Zabawne bo przecież mogą wypożyczyć. Żeby czytać nie trzeba kupować. To w sumie duży plus książki bo niewiele jest dóbr, które można darmowo wypożyczyć i oddać po skorzystaniu. W sumie to nie przypominam sobie o żadnym innym poza wymierającymi wypożyczalniami kaset video i płyt DVD. Hmm jest jeszcze jedna biblioteka w Niemczech, która poza książkami z tego co pamiętam, wypożycza obrazy i jak się nie mylę meble. No ale takie rzeczy to tylko na zachodzie.
Jeszcze tylko jedną ostatnią, z tej ostatniej robi się przed, przed, przed ostatnia. Zrobiłem ostatnio listę książek, które chce nie tylko przeczytać, ale i mieć na własność. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ta lista się rozrasta niczym chwasty na nieupilnowanej grządce. Cóż ludzie mówią, że książka jest droga. Fakt do tanich nie należy, ale jak się postaramy to znajdziemy książki w bardzo atrakcyjnych cenach. Poza tym jest tyle innych rzeczy, drogich i beznadziejnych (papierosy, alkohol, poliestrowe bluzeczki) kupowanych przez osoby książką nie zainteresowane, że nie dziwie im się, że na nic więcej kasy nie mają. Puszczają z dymem lub przepijają całe biblioteki.

czwartek, 21 czerwca 2012

Moja Pierwsza

Pierwsza książka, z którą spędzałem czas ucząc się czytać. Pomagała mi mama. "Leśne obrazki" nadal zajmują ważne miejsce w mojej biblioteczce. Choć jest zdrowo nadgryziona zębem czasu  nie mam zamiaru się z nią rozstawać. W sumie to nawet można powiedzieć, że jest przeżuta i wypluta - ma to jednak swój urok. Mama nie znalazła nic lepszego w zanadrzu, by pomóc mi szlifować czytanie. Wybrała dobrze. Duże litery, krótkie teksty o zwierzętach - temacie wysoce mnie interesującym, poza dinozaurami oczywiście w tamtym czasie - oraz ładne ilustracje. Pamiętam, że każdą krótką historię dzieliliśmy z mamą na pół po czym każdy na zmianę czytał na głos swoją część. Bardzo fajny sposób na zachęcenie dziecka do czytania. Od małego przyzwyczajano mnie do książek, do których i tak byłem przyzwyczajony, chociażby dzięki sporemu zbiorowi książek babci i dziadka. Stykałem się z książkami w domu, u dziadków czy rodziny dalszej i bliskiej. Obyło się bez zachęcania do czytania, do obcowania z książką przez akcje społeczne, bez zmuszania czy innych tego typu "cudów". Niestety dzisiejszy rodzic często pokłada największą wiarę w internecie. Przeświadczenie, że tam jest wszystko, że książka nie jest potrzebna, że zagraca dom wkradło się do mieszkań Polaków wraz z powszechnym do internetu dostępem. Szkoda bo błędne przeświadczenie o wielkości przydatnego, nie powiem, że nie internetu za parę lat zaowocuje niezbyt smacznymi i jadalnymi skutkami. Proszę się zastanowić samemu jakimi;) Wracając jednak do mojej pierwszej książki to warto wspomnieć, że dziecko sięgnie chętnie po książkę, która w jakis sposób nawiązuje do jego zainteresowań, przedstawia je ciekawie i zajmująco, tak żeby na chwilkę od komputera dziecko odciągnąć, by z książką oswoić. Serfowanie w sieci i korzystanie z książek się nie wyklucza, i szczególnie teraz, kiedy dostępność internetu i książki jest powszechna musimy znaleźć złoty środek. Każdy we własnym zakresie bo wątpię, by osoby mające na czytelniczym koncie tylko "Antka", których ulubionym zajęciem jest śledzenie losów jednej z telenowelowych rodzin zachęcały dzieci do czytania (tak! są takie osoby!).

wtorek, 19 czerwca 2012

Przysiąść na "dachu świata"

Książka z serii "widziałem u siostry/kolegi/koleżanki na półce i pomyślałem, że czemu by nie przeczytać". Książka z biblioterapeutycznymi właściwościami, do biblioterapii przydatna. Przecież każdy z nas ma swoją górę do zdobycia. Moc trudności do pokonania. Trudności istotnych niezależnie od kalibru. Martyna Wojciechowska dzięki swojej determinacji pokonała nie jeden , ale co najmniej kilka Everestów. Książka to zapis zmagań z naturą a  przede wszystkim z własnym ciałem i psychiką. Książka o "przesuwaniu horyzontów", jak ujmuje to pomysłodawczyni wyprawy Falvit Everest Expedition 2006. Wspomnienia z wcześniejszych wypraw górskich, poprzedzone są opisem tragicznego wypadku na Islandii, w którym autorka odniosła poważne obrażenia, w którym straciła przyjaciela. Sama  wyprawa na Everest nie pozbawiona jest absurdów jakich pełno w codziennym życiu. Od załatwiana sponsorów, kompletowania ekwipunku poprzez załatwianie formalności z Nepalczykami. Osoby wspinające się na Everest to plejada charakterów. Z roku na rok coraz więcej ludzi wchodzi na szczyt niekiedy z pomocą "nastu" Szerpów na osobę. Organizowane są wyprawy komercyjne, w których uczestniczą całe gromady żadnych przygód miłośników gór.  "Przesunąć horyzonty" zawiera świetne fotografie dopełniające tekst, pozwalające nam choć w części poczuć to piekące górskie słońce, ten szczypiący mróz. Szkoda, że ta książka jest taka krótka! Chciałoby się więcej. Chciałoby się głębiej wgryźć w tę historię, a tu szast prast i już. Na początku wspomniałem o biblioterapii. Nie takie znowu novum ta biblioterapia, a nadal nie jest zbyt popularna i przez naukowców poważana. Mimo to wielu badaczy podejmuje ten temat szczególnie w pracy z dziećmi. Jest w książkach coś takiego, co pomaga nam przebrnąć przez trudne życiowe zawirowania. Dają nam siłę i motywację do działania, do właśnie przesuwania horyzontów. O to właśnie w biblioterapii chodzi, o leczenie naszego ducha, kojenie psychiki. Martyna Wojciechowska pokazała, że da się pokonać swoje słabości. Nie jest to łatwe, ale jest możliwe. Przesuń zatem swój horyzont.

sobota, 16 czerwca 2012

Malowany chłopiec

Powieść nowojorska (jak głosi podtytuł) Edwarda White'a "Hotel de Dream" opowiada o pisarzu Stephenie Crane, amerykańskim naturaliście żyjącym w latach 1881-1900, zmarłym na gruźlicę.  White  kreśli swoją wizję ostatnich dni życia Crane na kartach książki opierając się na domysłach i konfabulacjach na temat tego człowieka. Wykorzystuje postać Crane'a jako pretekst do przedstawienia nowojorskiego półświatka prostytuujących się chłopców. Przybliża czytelnikowi pojmowanie odmienności płciowej, androgynii i homoseksualizmu w purytańskiej Ameryce XIX wieku. Fascynacja męską prostytutką, umierający pisarz i celne spostrzeżenia to wszystko jest osią powieści. Wspomnienia przeplatają się z fragmentami utworu Malowany chłopiec, który Crane dyktuje ostatkami sił swojej partnerce niegdysiejszej właścicielce tytułowego Hotelu de Dream - Corze.  W utworze pojawiają się także przyjaciele pisarza chociażby Joseph Conrad opisany dość zabawnie jako osoba świetnie pisząca po angielsku po której w mowie takiej świetności spodziewać się nie wolno było. Stephen Crane podczas pobytu w Nowym Jorku spotyka chłopaka, który przykuwa jego wzrok umalowanymi oczami i ustami. Domyśla się, że chłopak sprzedaje swoje ciało chętnym starszym panom, poza tym jest gazeciarzem. Pisarz poznaje chłopaka, rozmawia z nim, a ten pokazuje mu miejsca, gdzie spotykają się jemu podobni chłopcy. Crane poznaje mroczną stronę Nowego Jorku. Wszystkie te doświadczenia usiłuje przelać na papier w ostatnich dniach życia. Malowany chłopiec ma być jego ostatnim dziełem. Spodziewałem się zakończenia właśnie takiego jakie otrzymałem. Zirytowało mnie ono nie psując jednak całego wrażenia i przyjemności jaką obdarzyła mnie ta książka swoim istnieniem.

środa, 13 czerwca 2012

Grawitacja książki

Bo jest tak, że książka nas przyciąga. Przecież nie zaprzeczysz, że nie raz sięgnąłeś Czytelniku po książkę i odnalazłeś w niej rozwiązanie problemu lub po prostu ukoiła Twoje nerwy. Osobiście muszę przyznać, że zdarza mi się odczuwać ową grawitację książki dość często. Może przeceniam ten fakt, może po prostu widzę w tych książkach, które mnie przyciągnęły, to co akurat jest mi potrzebne, ale zdecydowanie wierzę, że coś w tym jest. Nieraz książka leży nieopodal mnie i nic mnie w niej nie pociąga, nic nie sprawia, że chce ją przeczytać, innym razem znowuż książka zdaje się mnie "wołać", wręcz krzyczy "przeczytaj mnie! przeczytaj mnie!" - no to czytam! Albo w księgarni podchodzę do regału, zupełnie przypadkowego, sięgam po jakiś egzemplarz i bach już stoję przy kasie i płacę. Każdego przyciąga inny rodzaj książki, rzecz jasna przecież się tak pięknie od siebie różnimy (blee, ale frazes). Znam jedną zabawną historię z "kręgu wizualizacji" czyli niejako przyciągania do siebie tego czego sobie życzymy. Nie o książce, ale schemat jest jednakowy do wszystkiego. Była raz kobieta pragnąca ponad wszystko luksusu. Powtarzała codziennie "chcę luksusu, chcę luksusu". Pewnego dnia do jej drzwi ktoś zapukał. Podbiegła, otworzyła i jakież było jej zdziwienie, gdy ujrzała mężczyznę - akwizytora sprzedającego płyn do prania dywanów "Luksus". Tak! Dostała luksus choć nie do końca o taki luksus jej chodziło. Podobnie może być z książkami. Myślimy o czymś intensywnie i przyciągamy do siebie książkę. Ona też nas przyciąga. To treścią, to okładką lub ładnymi zdjęciami. Grawitacja książki zatem działa w dwie strony.

niedziela, 10 czerwca 2012

Wrózie i inne strachy

Antologia "Księga Strachu" to pierwsza tego typu publikacja, którą wziąłem "na warsztat". Wcześniej owszem czytałem różne historie z dreszczykiem ale głównie Stephena Kinga, polskich autorów jakoś unikałem nie będąc przekonanym czy jest to warte uwagi. Okazało się,  że jak najbardziej tak. Nie ma jednak róży bez kolców. Nie wszystkie zawarte w antologii opowiadania wzbudziły we mnie takie same emocje. Po przeczytaniu jednego z nich miałem wyjątkowe poczucie źle wykorzystanego czasu. Taka antologia świetnie nadaje się do zrobienia rekonesansu co, kto i jak w Polsce pisze w gatunku horroru. Osobiście drażnią mnie historie z wymuszonym suspensem, by na koniec zostawić czytelnika z dwuznacznym zakończeniem. Niby już koniec, uff po wszystkim, a tu nagle zza winkla wyłania się mroczna łapa. Każdy odcinek serialu "Z archiwum X" się tak kończył i na prawdę ten zabieg w mojej opinii jest strasznie marny. Prowadzenie głównych bohaterów do zguby też niespecjalnie mnie kręci. Możliwe, że to efekt natłoku różnych historii podobnej budowy w obrębie jednego tomu. Mimo to nie powiem, że się nudziłem przy lekturze. Nic z tych rzeczy. Wiele z zamieszczonych w antologii "Księga Strachu" opowiadań ma potencjał na "coś więcej". Świetne pomysły, różnorodna tematyka bo to nie tylko "wrózie" z tytułu posta, ale także ludzie opętani dziwnymi ideami, fantastyczne zdarzenia i odwołania do folkloru. Zakręciłem się troszkę w kolo tej książki i wiem, że wydano także drugą cześć. Sięgnę po nią za jakiś czas, jak już konkretnie ustosunkuje się do tego co przeczytałem w części pierwszej, jak to porządnie przemyślę.

środa, 6 czerwca 2012

Publikacje kultowe VI Solaris Stanisława Lema

Dla jednych książka, która jako kolejna trafiła w poczet "kultowych" jest nudna, to ślimaczące się w nieskończoność intelektualne wyzwanie nie do pokonania dla drugich to wciągająca wizja poznania naukowego - poznania, które nie może się dokonać. Nie będę tutaj zbytnio zadzierał nosa, ale zdecydowanie należę do tych drugich. "Solaris" przeczytałem z zapartym tchem pomimo tego, że akcja jest niespecjalnie dynamiczna. Sama zaduma nad możliwościami ludzkiego poznania, jego granicami a także granicami ludzkiej psychiki, których nie można przekroczyć dawała mi dużo satysfakcji. Czym w końcu jest Solaris? Tylko i wyłącznie planetą tak dziwną, że nie możliwą do opisania ludzkimi pojęciami, niemożliwą do zbadania tradycyjnymi metodami? Może jest bytem rozumnym, czymś na kształt Boga, Demiurga? Cały pulsujący ocean pokrywający planetę zdaje się żyć własnym życiem, wchodząc czasem w interakcje z badającymi go ludźmi, płatającym im figle i to bardzo okrutne. Czy jest żywą istotą? Pytania mające pomóc dociec czym jest nieodgadniona Solaris tylko piętrzą kolejne pytania, nie wyjaśniają czym owa planeta jest. Sam autor nie odpowiada na setki pytań, które nasuwają się bohaterom i czytelnikom jego dzieła. Lem w moim odczuciu chce zwrócić uwagę ludzi na ich zbytnie przywiązanie do metod naukowych, które opracowali do zbadania i zrozumienia ziemskiego świata - naszego świata. I tu pojawia się dobre pytanie. Czy człowiek jest gotowy na poznanie czegoś czego nie jest w stanie opisać ziemskimi sposobami? Pewnie nie, skoro cała książką nie przynosi odpowiedzi pozostawiając kwestie Solaris otwartą. "Solaris" Lema jest książką, którą warto przeczytać nawet jeśli padło się wcześniej ofiarą którejś z dwóch ekranizacji utworu. Osobiście widziałem tylko "Solaris" według Andrieja Tarkowskiego z roku 1972. Nie powiem, całkiem ciekawy film, jednak straszliwie senny. Trzeba mieć w sobie dużo samozaparcia, aby go do końca oglądnąć. Takiego problemu nie miałem przy czytaniu książki. Myślę, że dla tego co chciał przekaż Stanisław Lem odpowiedniejsza jest forma właśnie książkowa. Nad książką można podumać, zastanowić się, delektować tym całym "niepoznaniem" do czego tradycyjnie już zachęcam. 

sobota, 2 czerwca 2012

Opowiedz mi historię o duchach, proszę!

Postanowiłem dać chwilę wytchnienia moim oczom i pomęczyć dla odmiany i tak udręczone uszy. "Opowieści niesamowite" Edgara Allana Poego nie są pierwszym audiobookiem w jaki miałem okazję się wsłuchać. Wcześniej słuchałem "Potopu" Sienkiewicza co skończyło się spektakularną pałką na kartkówce ze znajomości lektury, widać przysypiałem podczas słuchania lub błądziłem w odmętach własnych nieokiełznanych myśli. Kolejne spotkanie było dużo lepsze, mile je wspominam do dziś. Audiobook "Anna Karenina" Lwa Tołstoja zapoczątkował moje wręcz uwielbienie dla tej pozycji. Słuchałem tego utworu z prawdziwą przyjemnością i to nie raz. Teraz przyszło zmierzyć mi się z klasyką horroru. Niektóre z opowiadań zamieszczonych w zbiorze "Opowieści niesamowite" były znane mi wcześniej nie zmąciło to jednak przyjemności ich wysłuchania. Każdy z nas pewnie pamięta, jak słuchał opowieści o duchach opowiadanych przez babcie lub dziadka tudzież starsze rodzeństwo czy kolegów przy różnych okazjach. Dzięki audiobookom możemy doświadczyć tego ponownie. Opowiadania Poego zapisane zostały w formacie mp3, każdy utwór w osobnym pliku. Wygodne rozwiązanie, nie trzeba pilnować czasu odtwarzania by wiedzieć w którym miejscu skończyliśmy. Przekład Bolesława Leśmiana zapewnia nam, że opowiadania są nie gorsze niż w oryginale napisał je Poe. Czytane są przez Antoniego Rota. Podobno znakomitego aktora - nie wiem pierwszy raz o nim słyszę. Jedyne co wydaje się być chybione to częściowy podkład muzyczny. Zupełnie nie trafione rzępolenie wybijające z nastroju grozy. Na szczęście pojawia się tylko na początku i końcu czasami w kulminacyjnych momentach opowiadań. Tylko kilka scen zostało dopełnionych muzyką adekwatną, jak chociażby opis statku widmo, który przypadł mi do gustu. Opowiadania godne polecenia, wszakże Poe to znana i ceniona marka. Tematyka uniwersalna - ludzie opętani, chorzy psychicznie mordercy i różnego rodzaju zjawy. Wszystko czego miłośnik opowiadań grozy do szczęścia potrzebuje.