środa, 30 maja 2012

Przepraszam, przepraszam, przepraszam

Szał przepraszania serwuje nam Mark Basset - bohater książki "Przepraszam za wszystko" Jaya Raynera. Mark to krytyk kulinarny, tak ostry w swoich ocenach, że jeden z właścicieli obsmarowanej przez niego restauracji popełnia samobójstwo we własnym piecu chlebowym. Zdarzenie to wywołuje u głównego bohatera falę rozckliwiania się nad sobą oraz przemożną potrzebę przeproszenia wszystkich, których niegdyś skrzywdził. Niesamowity splot wydarzeń związanych z kojeniem własnego sumienia prowadzi Basseta do Organizacji Narodów Zjednoczonych, gdzie obejmuje stanowisko Najwyższego Przepraszacza. I zaczyna się maraton przepraszania przeplatany wspomnieniami bohatera  dzieciństwa, gdzie ważną rolę odgrywa ojciec i... gotowanie. Ledwo zabrałem się za tę książkę a już kończyłem, tak szybko minął mi czas podczas czytania tej niewiarygodnej momentami absurdalnej historii, dającej jednak do myślenia. Nie dużo, bo głownie to śmieszna historia i śmieszne teksty, ale jednak.  Autor ciekawie przedstawił proces przepraszania i związane z tym dyplomatyczne podchody. Sam cel przeproszenia danego narodu czy osoby tradycyjnie związany jest z pieniędzmi. Nie wiem czy dobrze celuję, ale jak dla mnie to chciał także zobrazować absurd istnienia pewnych organizacji, komitetów i fundacji zajmujących się przedziwnymi sprawami za pieniądze podatników. Nie żebym przepraszanie uznawał za bezsensowne czy absurdalne, ale coś jest na rzeczy.  Lekka i pyszna powieść mnie osobiście zainspirowała, by ugotować coś pysznego. Nie wzbudziła (na szczęście) przemożnej potrzeby odnowienia starych kontaktów i przeproszenia za to co mogło być uznane za zachowanie niegodne. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz