poniedziałek, 31 grudnia 2012

Podsumowanie? Jasne, że tak!

Tak już się utarło, że końcem roku robimy podsumowania. Swoistego rachunku sumienia dokonują niemal wszyscy. 
Politycy, artyści, "zwykli zjadacze chleba" bardzo chętnie rozpamiętują to co pamiętać warto, jednocześnie skrupulatnie wypierają ze świadomości rzeczy w ich mniemaniu niegodne zapisu w życiowych annałach. Wielu z nas stworzy własne listy rankingowe tego co wyszło, a przede wszystkim tego co się nie udało w nadziei, że sukcesy będzie można powtórzyć, a porażki zniwelować do zera. Powzięte w ten sposób noworoczne postanowienia, ponownie zderzą się w połowie roku ze zwyczajową niesłownością i brakiem samozaparcia. Po świątecznej przerwie i ja postanowiłem zrobić małe podsumowanie. Rzut oka na moim zdaniem ciekawe książkowe wydarzenia roku 2012, roku, który miał być ostatnim w dziejach ludzkości, ale jak zwykle coś nie wypaliło i trzeba ten wózek pchać dalej, ech. Podzielę owe podsumowanie na trzy kategorie: "Książka przeczytana", "Nowość wydawnicza", "Wydarzenie około książkowe". Do dzieła!

Książka przeczytana.
Spośród przeczytanych 41 pozycji książkowych wybrałem pięć, które zrobiły na mnie największe wrażenie i będę do nich wracał.


1. Bram Stoker "Dracula".
Król wampirów wiecznie żywy, zakonserwowany na kartach książki lepiej niż mumia towarzysza Lenina. Klimat, świetna historia.









2. Trumana Capote "Wysłuchane Modlitwy. Powieść nieukończona".
Zabawna, ale i gorzka opowieść o amerykańskich elitach. Mała i jadowita. Taka literacka "żmijka". Książka z charakterem.




3. Truman Capote "Te ściany są zimne i inne opowiadania". Ta pozycja broni się sama. Capote opisuje rzeczywistość sugestywne i subtelnie. Książka dla każdego, kto lubi smakować świat, łyżka po łyżce, powoli, w skupieniu.



4. Mario Vargas Llosa "Miasto i Psy". Moje pierwsze spotkanie z prozą Vargasa Llsoy zakończyło się całkowitym zauroczeniem. Tej pozycji nie mogło zabraknąć w podsumowaniu 2012 roku. Podobało mi się wszystko!


5. Edmund White "Hotel de Dream". Myślę, że literacki światek wiele by stracił, gdyby nie Edmund White. Podobnie jak w przypadku Vargasa Llosy, "Hotel de Dream" to pierwsze spotkanie z prozą Edmunda White'a. Bardzo udane spotkanie. Książka jest wprost czarująca pomimo w gruncie rzeczy przykrej tematyki przemijania, trudnej miłości.






Nowość wydawnicza.
Kryzys kryzysem, ale na brak nowości wydawniczych w tym roku nie mogliśmy narzekać. Wydawano światowe bestsellery, którym towarzyszyła duża medialna pompa oraz książki ważne, niemniej jednak pomijane w głównym nurcie. W tym zestawieniu tylko cztery książki. 

1. James Schuyler "Co na kolacje?". Nowość, ale tylko na polskim rynku księgarskim. Książka z lat 70' ubiegłego wieku. Obok powieści wydano także poezję Schuyler'a, z której przede wszystkim jest znany. Pozycja ważna, wręcz obowiązkowa. 
2. Jako że o "Hotelu de Dream" wspomniałem wcześniej to w tym zestawieniu pojawi się dla odmiany "Zuch" tegoż samego autora. Obie książki wydane przez Biuro Literackie prezentują bardzo wysoki literacki poziom dotykając niełatwych tematów, szczególnie dla nadal purytańskiego polskiego czytelnika.
3. Książka wyczekiwana przez krytyków i fanów Harrego Pottera, choć nie z myślą o nich napisana. Pierwsza powieść J.K. Rowling dla dorosłych. "Trafny wybór", czy trafny to się okaże po przeczytaniu. 
4. Pierwsza część trylogii "Pięćdziesiąt odcieni". "Pięćdziesiąt twarzy Greya" autorstwa E L James krytykowana jest wszędzie przez wszystkich.  Mało pochlebne opinie są zapewne wynikiem sugerowaniem się cudzym zdaniem (to wciąż dość popularne), ale obiektywnie patrząc także niezbyt wysublimowanym   stylem autorki. Machina marketingowa nadmuchała balon promocyjny do niewyobrażalnych rozmiarów. Po przeczytaniu powieści, powietrze z balonu znika bardzo szybko.

Wydarzenie około książkowe.
Działo się sporo. Polskę chętnie odwiedzali zagraniczni pisarze, w największych miastach organizowane były targi książki, rynkiem wydawniczym wstrząsnęły (kogo wstrząsnęło to wstrząsnęło konkurencja pewnie się cieszyła) także informacje o upadłości różnych wydawnictw...
1. Ogłoszenie upadłości Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu.
2. Orhan Pamuk w Krakowie.
3. Wycofanie się z polskiego rynku właściciela wydawnictwa "Świat Książki", niemieckiej sieci Verlagsgruppe Weltbild.
4. Rekordowo duże 16. Targi Książki w Krakowie.
5. Chiński pisarz Mo Yan otrzymał Literacką Nagrodę Nobla.

Jeszcze na sam koniec życząc wszystkim zaczytanego 2013 roku, obfitującego w same świetne książki chcę podziękować wszystkim Czytelnikom, którzy poświęcili chwilkę czasu na czytanie moich wpisów- "dwuminutówek". Szczęśliwego Nowego Roku!

czwartek, 20 grudnia 2012

Prekognita

Po zmęczeniu antologii "Arcydzieła...", o której wspominałem kilka dni temu sięgnąłem po zbiór opowiadań klasyka literatury science fiction Philipa K. Dicka "Raport mniejszości". Opowiadania napisane lekkim piórem, które gładko się czyta stanowią niesamowity kontrast do wspomnianej już topornej antologii przygotowanej przez Orsona Scotta Carda. Philip K. Dick w tym konkretnym zbiorze opowiadań pokazuje, że da się pisać utwory SF bez zbędnego nadęcia w sposób zrozumiały, unikając przesytu specjalistycznych terminów czy udawanej pseudonaukowej paplaniny. Jasne jest, że na potrzeby swoich utworów tworzy nowe pojęcia i terminy będące totalna abstrakcją, ale nie są one  pretensjonalne, jak to niekiedy bywa. Co znalazłem w zbiorze "Raport mniejszości"? Wiele ciekawych motywów, jak chociażby ten przedstawiający pisarzy SF jako "prekognitów" albo wizję świta   po wojnie wodorowej.  "Prekognita" - bardzo ważne słowo w alfabecie twórczości Philipa K. Dicka, pojawia się w większości jego utworów. Prekognici są fundamentem systemu stworzonego do zapobiegania przestępstwom w opowiadaniu, pod którego tytułem wydano cały zbiór. Zupełnie nie wiem dlaczego akurat na podstawie "Raportu mniejszości" powstał film. Praktycznie każda przedstawiona przez autora historia nadaje się do sfilmowania. 
Wspomniałem, że lekkim piórem to wszystko jest napisane i to prawda. Istnieje jednak małe zastrzeżenie: niekiedy autor chyba miał pióro aż za lekkie bo opowiadania kończą się tak jakby miały mieć dalszy ciąg, a Dickowi nie chciało się już więcej pisać.

INFO
Tytuł: "Raport mniejszości"
Autor: Philip K. Dick
Wyd.: Warszawa, Amber, 2002
Il. str.: 412
Cena: w sumie to nie wiem:P

sobota, 15 grudnia 2012

Opowiadania science fiction

Subiektywny (bo jakżeby inaczej?) wybór opowiadań dokonany przez Orsona Scotta Carda spowodował, że utknąłem z tą pozycją przed nosem na bardzo długo. Za długo. Męczyłem, męczyłem i powoli ślimaczym tempem, strona po stronie brnąłem od opowiadania do opowiadania. Orson Scott Card wybrał samych klasyków science fiction, wszystko podzielił na trzy części: "Złoty Wiek", "Nowa Fala", "Pokolenie Mediów" oraz poprzedził obszernym esejem na temat swojego ulubionego gatunku literackiego.  Także każde opowiadanie poprzedzone jest krótką notką na temat twórczości danego autora - bardzo przydatna i ciekawa rzecz. Zadano mi ostatnio kłopotliwe pytanie: co mógłbym polecić z literatury science fiction do przeczytania na początek. Zamotałem się i speszyłem jak dziecko przyłapane na dłubaniu w nosie. Jedno wiem na pewno antologii "Arcydzieła. Najlepsze opowiadania science fiction stulecia" raczej bym nie polecił. Z naciskiem na raczej. Mam taką opinię, że antologie są dobrym początkiem przygody z literaturą "taką a taką" i z tego zdania nie zrezygnuję, ale na początek poleciłbym bardziej "Raport Mniejszości" Philipa K. Dicka niż opowiadania zebrane w jednym tomie przez Carda. Wszystkie opowiadania są ciekawe, poruszają ciekawe tematy w nietuzinkowy sposób, ale nie jest to specjalnie lekka lektura. Niektóre opowiadania czytałem przygryzając palce, niemal z zapartym tchem przechodziłem na kolejną stronę. Były też takie opowiadania, których treść tak mnie męczyła, że przeczytanie jednej strony przyprawiało wręcz o fizyczny ból. Ja, jak to ja nie odpuściłem sobie ani jednej strony, przecież mógłbym coś fajnego przeoczyć. Zresztą nienawidzę zabierać głosu w dyskusji nie mając pełnego obrazu sprawy, a takowego bym się pozbawił opuszczając zabijające słodko i powoli momenty co poniektórych utworów. Dlatego też powiem jasno i wyraźnie: jeśli masz zacięcie do literatury SF to czytaj bo to kawał historii tejże literatury w pigułce,  jeśli jednak chcesz z SF przygodę dopiero zacząć wybierz coś innego.

INFO
Tytuł: "Arcydzieła. Najlepsze opowiadania science fiction stulecia"
Autor: opracowanie zbiorowe pod redakcją Orsona Scotta Carda
Wyd.: Warszawa, Prószyński i S-ka, 2006
Il. str.: 424
Cena: 34 zł

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Macocha i cherubinek

Cherubinek zakochuje się w anielicy - żonie ojca, swojej macosze. Zakochanie czy wyrachowanie? Gra czy walka o przetrwanie? Zuchwała prowokacja?  Nawet nie podejrzewałem, że ta historia w gruncie rzeczy absurdalna, ubarwiona świetnymi opisami codziennych czynności jak czyszczenie ucha, zakończy się w tak przewrotny sposób. 
Pośród różnych opinii na temat "Pochwały macochy" powtarza się zarzut, że jest to książka perwersyjna, wyuzdana, że autor wodzi czytelnika za nos. Może i Vargas Llosa wodzi czytelnika za nos, ale co z tego - jest to przecież jego prawo. Sami czytelnicy lubią być za nos wodzeni na różne sposoby. 
Przedstawiona przez autora opowieść o don Rigobercie jego synku i doni Lukrecji - tytułowej macosze, jest pretekstem do popisania się niezwykłym pisarskim kunsztem, jakim Mario Vargas Llosa dysponuje. Opisy, zawarte na kartach publikacji są bardzo obrazowe i barwne, obnażają min. "higieniczne misterium" don Rigoberta. Opisane zostaną rzeczy zwykle przez literatów nieporuszane. Nie zgorszyłem się podczas czytania, chyba już niewiele rzeczy jest mnie w stanie zgorszyć. Parę razy byłem naprawdę zaskoczony podczas lektury, a to dobrze świadczy o tej książce. 
Jeszcze kilka słów o wydaniu, które jest fantastyczne. Uwielbiam nowe wydania utworów Llosy wypuszczone na rynek wydawniczy przez "Znak". Okładka jest świetna, przykuwa oko, a umieszczone w tekście ilustracje to miłe urozmaicanie lektury. 

INFO
Tytuł: "Pochwala macochy"
Autor: Mario Vargas Llosa
Wyd.: Kraków, Znak, 2009
Il. str.: 200
Cena: 34,90 zł

sobota, 1 grudnia 2012

Prawo serii nr 2

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią dziś na blogu kontynuacja przemyśleń na temat serii książkowych. Na "tapetę" wziąłem serie "Komandosi Republiki", bardzo ciekawy przykład korzystania z marki "Star Wars". 
Nakręcenie przez Georga Lucasa drugiej trylogii sagi "Gwiezdne Wojny" otwarło na oścież drzwi i okna wyobraźni wielu twórców. W tym gronie znalazła się także brytyjska autorka Karen Traviss. Oprócz napisania czterech tomów "Komandosów Republiki": "Bezpośredni Kontakt", "Potrójne Zero", "Prawdziwe Barwy" i "Rozkaz 66", napisała także kontynuacje ich losów pod tytułem "Legion 501" (książka jest pierwszą i niestety ostatnią pozycją z zaplanowanej serii "Komandosi Imperium"). Na koncie ma także pozycje z innych serii osadzonych w uniwersum "Star Wars". Dwie książki serii "Wojny Kolonów": "Wojny Klonów" i "Wojny Klonów: Żadnych Jeńców" oraz trzy publikacje w serii "Dziedzictwo Mocy" (tomy II, V, VIII): "Braterstwo Krwi", "Poświęcenie" i "Objawienie". Autorka zrezygnowała z pisania książek pod szyldem "Star Wars" i przerwała tym samym pracę nad kontynuacją serii o komandosach Imperium Galaktycznego. Nie podobały się jej zmiany, jakie wprowadzał do kanonu serial animowany "Wojny Klonów". Scenarzyści serialu kompletnie zignorowali treść książek Traviss i pracę przez nią włożoną w tworzenie uniwersum "Star Wars". Przedstawiła ona zupełnie inną wizję społeczności Mandalorian niż scenarzyści serialu. W związku z tym, że jej wizja koliduje z logiką serialu podarowała sobie pisanie dalszych książek o "komandosach".
Seria "Komandosi Republiki" opowiada o losach żołnierzy klonów z drużyn Delta i Omega. Towarzyszymy bohaterom podczas wykonywania ich kolejnych misji. Jesteśmy też świadkami tego jak zmagają się z własnym, smutnym losem żołnierza-klona. Klony obawiają się o swój los po zakończeniu wojny, do której wygrania zostali stworzeni. Nie wiedzą co się z nimi stanie, a i sami pomysłodawcy armii złożonej z klonów nie wiedzą co z nimi później zrobią. Karen Traviss świetnie porusza tematy, które nigdy nie przyszłyby nam do głowy podczas oglądania filmu. Uczłowiecza klony, wtłacza w ich umięśnione ciała ludzką duszę. Mimo tego, że wszyscy wyglądają tak samo, każdy z opisanych żołnierzy jest inny. Ma inny charakter inne marzenia i problemy. Klony poszukują swojej tożsamości i chyba właśnie dlatego tak spodobała mi się ta seria książek. Autorka w świetny i ciekawy sposób przedstawiła rasę Kaminoan odpowiedzialnych za "produkcję" klonów dla Republiki. Kaminoanie stworzyli idealne pod względem genetycznym społeczeństwo. Bazując na doświadczeniach z własną rasą opracowali doskonałe techniki klonowania. Są zimni i bezwzględni, klony traktują jak towar. Każdy gen w ich eugenicznym społeczeństwie jest zaplanowany, mają wszystko pod kontrolą. Hodowane przez Kaminoan klony są odporne na stres, zawsze wykonują rozkazy, nie wątpią w słuszność tego co robią. Zaraz, zaraz. Jak to się stało, że klony z drużyn Delta i Omega zdradzają oznaki "wyjątkowości"? By to odkryć zachęcam do lektury. Na uwagę zasługuje   także stworzony przez Karen Traviss opis społeczeństwa Mandalorian, ich obyczajów i języka. 

poniedziałek, 26 listopada 2012

Początek

Pamiętam rok 1999, kiedy na ekrany kin wchodziła pierwsza część prequeli sagi Gwiezdne Wojny "Mroczne Widmo". Na plakatach widniał napis : "Każda saga ma swój początek" - piękne. Wszystko ma jakiś początek mniej lub bardziej łatwy do określenia. Ta prosta prawda zachęciła mnie do napisania o pierwszej książce Stephena Kinga jaką miałem okazję przeczytać, od której zaczęła się moja przygoda z jego niesamowitymi historiami. "Worek kości" zakupiłem w drugiej lub trzeciej klasie gimnazjum. Słoneczny dzień, kolejna wizyta u alergologa oraz nieodzowne odwiedziny w jednej z pszczyńskich księgarń. Będąc pod wpływem filmu "Czerwona Róża", do którego King napisał scenariusz, a także zagrał epizodyczna rolę dostawcy pizzy, postanowiłem przeczytać "coś" co wyszło spod jego pióra. Padło na "Worek kości" opowieść o autorze książek, cierpiącym na twórczą niemoc po śmierci żony. Bohater Michael Noonan w poszukiwaniu weny i ukojenia po stracie najbliższej osoby, udaje się do domku nad jeziorem, gdzie wraz z żoną spędził wiele szczęśliwych chwil. Czytelnik towarzyszy Noonanowi podczas jego zmagań z samym sobą oraz przedziwnymi zdarzeniami, których bohater mimowolnie staje się uczestnikiem. Pamiętam, że czytając "Worek kości" miałem momenty zwątpienia. Nie byłem pewien czy dobrnę do końca tej historii, ślimaczącej się to znowu przyśpieszającej. Dobrnąłem i dopiero w tedy doceniłem całość. Odłożywszy książkę na półkę pomyślałem sobie "łaaa, co za historia, jej!". Jak to w książkach Kinga bywa groza opowiadanej historii przeplata się z wątkami obyczajowymi. Znam osoby, którym taki styl pisania, jaki preferuje King wyjątkowo nie odpowiada. Mnie jednak pasuje i to bardzo. Powieść usypia czujność czytelnika, by nagle "wystrzelić z grubej rury". 
Spoglądając na tę książkę stojącą na półce zawsze czuje ogarniającą mnie nostalgię. Dziwna sprawa, ale tak mam. "Worek kości" jest mi bardzo bliską pozycją. Na koniec mała ciekawostka. Pomiędzy kartami powieści zachował się rachunek z księgarni, w której książkę zakupiłem. Magia książki...

INFO
Tytuł: "Worek kości"
Autor: Stephen King
Wyd.: Warszawa, Prószyński i S-ka, 1998
Il. str.: 547
Cena: 36 zł

czwartek, 22 listopada 2012

Pokuta wielokrotnego wyboru

Przypadkiem szperając po internecie znalazłem stronkę czasopisma "Masz Wybór", poświęconego "interaktywnym, fabularnym gałęziom kultury". Przedmiotem zainteresowania zespołu redakcyjnego są gry książkowe i filmy interaktywne (czytelnik lub widz ma wpływ na fabułę i zakończenie utworu). Brzmi dość mgliście, ale każdy kto czytał "Grę w klasy" Julio Cortazara, mniej więcej będzie wiedział o co chodzi. Redakcja, poza przygotowywaniem wersji elektronicznej i papierowej swojego czasopisma, zajmuje się wydawaniem gier książkowych, pod szyldem Wydawnictwa Wielokrotnego Wyboru. Wspominane gry książkowe, gamebooki szczególnie mnie zainteresowały. 
Na pierwszy ogień poszedł utwór "Pokuta", autorstwa Beniamina Muszyńskiego. Spodobał mi się opis zapowiadający mrok, grozę, brutalność i perwersję. Bezpretensjonalny język i ciekawe, acz krótkie opisy, zgrabnie przenoszą nas do świata przedstawionego w powieści przez autora. Nierozwlekłe opisy nadają akcji dynamiki. Dla mnie były trochę nawet za krótkie, ale pewnie ich wielkość wynika ze specyfiki książki. Całość podzielona jest na paragrafy, odpada zatem czytanie książki strona po stronie. Główny bohater powieści, którego losami kierujemy, cierpi na amnezję. Naszym zadaniem jest rozwikłać zagadkę utraty pamięci Malcolma, ale nie tylko. Bohater w poszukiwaniu swojej zaginionej tożsamości odkrywa kolejne szczegóły dramatycznego mordu popełnionego na małej dziewczynce. Dzięki zgłębianiu treści poszczególnych paragrafów odkrywamy najmroczniejsze zakamarki psychiki Malcolma. To od nas zależy, jak szybko rozwikłamy zagadkę oraz jakie będzie zakończenie książki. Powiem szczerze, że troszkę się na początku pogubiłem w tych paragrafach, ale kiedy złapałem rytm wciągnęło mnie dokumentnie. W sumie to nie mogłem się oderwać! Z czystym sumieniem mogę polecić "Pokutę" wszystkim fanom czytania, pragnącym trochę oderwać się od "standardowych" fabuł.

INFO
Tytuł: "Pokuta"
Autor: Beniamin Tytus Muszyński
Wyd.: Wydawnictwo Wielokrotnego Wyboru
Il.str.: 164
Cena: Dostępne bezpłatnie w formie ebooka na stronie: 
http://masz-wybor.com.pl/ksiegarnia/

poniedziałek, 19 listopada 2012

Captain America 306 June

O komiksie jeszcze na blogu nie wspominałem, czas więc zrobić pierwszy krok w tym temacie. Komiks bardzo mocno osadzony jest w popkulturze, o której od czasu do czasu, w swoich postach wspominam. Dlatego też postanowiłem wcisnąć między książki i czasopisma o komiksie jakąś wzmiankę. Uznałem, że jest dobra po temu okazja, ponieważ wygrzebałem z teczki ciekawy egzemplarz komiksu i to starszego niż ja sam bo z roku 1985. Komiks przywieziony z samego Nowego Jorku, zakupiony w kultowym sklepie Midtown Comics przez mojego przyjaciela (pozdrowienia dla Ciebie!). Rzecz absolutnie kultowa. Pożółkły papier i te obrazki - ech. Cienka książeczka, a mogę przeglądać ją wielokrotnie. Jasne, że dziś w sklepach są dostępne dużo lepiej narysowane i  wydane pozycje komiksowe, jednak nie wszystko złoto co się świeci. 
"Captain America" nr 306 z czerwca 1985 roku to historia dwóch superbohaterów łączących siły przeciw Modredowi - obdarzonemu niezwykła mocą mistykowi. Captain America i Captain Britain stają ramię w ramię do walki z Modredem. Oczywiście zakończenie jest bardzo przewidywalne i zupełnie niezaskakujące  Nie o to jednak chodzi. Cała magia komiksu (w ogóle, nie tylko tej jednej historii) pochodzi z połączenia obrazu i tekstu zamkniętego w charakterystycznych dymkach. "Karmimy" oczy barwnymi ilustracjami, mamy także coś do poczytania. I nieprawdą jest, że komiks to jakaś błahostka dla dzieci. Forma komiksu idealnie sprawdza się przy przedstawianiu opowieści dla dorosłych. 





Nie byłbym sobą, gdybym nie pokazał przykładowych ilustracji z "Captain America" nr 306.









Starałem się wybrać komiksowe kadry, na których widać emocje malujące się na twarzach bohaterów. Mam nadzieję, że mi się to udało.

wtorek, 13 listopada 2012

Prawo serii nr 1

Nie tylko filmy potrafią mnożyć się jak bakterie na brudnym kuchennym nożu do mięsa. Powieści, jeśli mają na tyle płodnego i wytrwałego w swoim dziele autora, też to potrafią. Wielokrotnie już pisałem, że książki są takimi samymi produktami, jak inne rzeczy umilające nam życie, dlaczego więc autor ma uśmiercać swoich bohaterów lub co rusz stwarzać nowych, skoro może eksploatować do upadłego jednych i tych samych? "Saga Ludzi Lodu" jest już kultowa i wielu czytelników miało w rękach ten literacki tasiemiec, a jest to tylko jeden z wielu przykładów powieściowych serii. Książka często zamienia się w niemalże serial, właśnie z finansowych pobudek. Czytelnik zasypywany jest kolejnymi odsłonami przygód swojego ulubionego bohatera. Pozycje takie, poza rzecz jasna bohaterami, łączy jeszcze wspólny tytuł. W kolejnych  notkach postaram się przybliżyć pokrótce,  bez zbędnego wyliczania dat i streszczania fabuły, potencjalnemu czytelnikowi cztery serie poczytnych książek oraz to dlaczego się nimi zainteresowałem. Będą to kolejno seria "Pamiętniki wampirów", o której szerzej będzie w tej notce, kolejne dwie należeć będą do świata Gwiezdnych Wojen czyli "Komandosi republiki" i "Przeznaczenie Jedi", ostatnia pozycja to dzieło Stephena Kinga "Mroczna wieża". Harrego Pottera pomijam gdyż jest go wszędzie pełno, ale do rzeczy.

Seria "Pamiętniki wampirów" jeśli wierzyć wydawcom i sprzedawcom święci triumfy wśród książek dla młodzieży. Dziś rynek wymaga tego, by za książką szedł także film. "Pamiętniki.." nie są w tym względzie odosobnione, powstaje wszakże serial. Jak doszło do tego, że zainteresowałem się "Pamiętnikami wampirów"? Jak zwykle trochę z przypadku , kaprysu i przekory.  Pomyślałem, że dlaczego by nie skoro mogę otrzymać cztery książki w pakiecie, i to w cenie jednej. Zależało mi na książce lekkiej, takiej którą można poczytać na zasadzie oglądania odmóżdżającego serialu. Zaopatrując się w pierwsze cztery księgi "Pamiętników wampirów" kierowałem się zatem tylko i wyłącznie chęcią poczytania czegoś co mnie rozbawi. I mam nadzieję, że tak będzie, że nie będę miał ochoty owych pamiętników spopielić. Czekają na razie na swoją czytelniczą kolej. Poczytawszy trochę o samej autorce, pomijając szczegółowe opisy fabuły, dowiedziałem się ciekawej rzeczy. Mianowice z początkowych trzech książek rozrosła się najpierw do czterech, by dojść do pozycji siedmiu autorstwa L. J. Smith i kolejnych trzech napisanych już przez anonimowego ghostwritera. Widać autorka zmęczyła się historią o wampirach. Mimo to, że nie napisała ostatnich trzech pozycji na okładce znajduje się informacja, że książki są częścią serii jej autorstwa. Dobry przykład zarabiania na marce.
Trochę wahałem się poruszać temat książek, o których tak mało wiem. Potraktowałem to jednak jako zapowiedz kolejnych odsłon bloga, dla każdej książki z serii - jeśli wytrwam. Taki swoisty czytelniczy eksperyment.

piątek, 9 listopada 2012

Świadectwo japońskiego katolika

Pozycję dziś omawianą dostałem od dwóch niezwykłych dziewczyn Gosi i Pauliny, które podczas wieczornych wojaży po Krakowie, otrzymały "Listy do dzieci" od (z tego co pamiętam) jednego z krakowskich dziennikarzy. Gdyby nie historia otrzymania tej publikacji, opowiedziana mi przez duet Paulina&Gosia, której niepodobieństwem byłoby przytoczenie w tym miejscu w całości, nigdy bym po tę książkę nie sięgnął. 
"Listy do dzieci" napisane zostały pierwotnie dla dzieci autora. Miały przygotować małą Kayano i jej brata Makoto na odejście ojca.  
Czytelniku, jeśli biorąc do ręki tę książkę liczysz na wzruszający opis wojennej pożogi, ludzkich zmagań w obliczu tragedii, jaką było zrzucenie bomby atomowej na Nagasaki, to szczerze się zawiedziesz. Otrzymasz za to świadectwo głęboko wierzącego japońskiego katolika - lekarza Takashi Nagaia. Czytając tekst tej książki strasznie się buntowałem na to co autor tam na wypisywał. Wychowany w duchu lewicowym, nie byłem i nie jestem w stanie zrozumieć takiego głębokiego przeświadczenia autora o woli Boga. Przez Takashi Nagaia przemawia całkowite i bezwarunkowe umiłowanie Boga. Godzi się on ze wszystkimi jego wyrokami, przyjmując wszelakie cierpienia z pokorą. Zdziwiłem się, że na końcu książki nie dziękował Bogu za bombę atomową, poprzez której zrzucenie mógł dostrzec wszystkie przejawy jego nieugiętej woli i niezwykłej mądrości. Samo zrzucenie bomby atomowej porównuje jednak do budzika. Mnóstwo miejsca Nagai poświęca losowi sierot wojennych. Przybliża ich smutną dolę oraz łaskę jakiej sieroty doświadczają w ośrodkach kierowanych przez katolickich zakonników i zakonnice. Nie znalazłem ani pół dobrego słowa na temat wyznawców rodzimych religii. Złego też nie - przynajmniej tyle. Na szczęście jest też to pozycja o szacunku człowieka do człowieka, choć tak moce ugruntowanie w wierze katolickiej odrzuci osoby, którym ta religia nie jest bliska. "Listy do dzieci" przekazałem dalej.

INFO
Tytuł: "Listy do dzieci"
Autor: Takashi Nagai
Wyd.: Warszawa, PROMIC - Wydawnictwo Księży Maranów, 2010
Il. str.: 222
Cena detaliczna: 29,90zł

środa, 7 listopada 2012

Strachu Księga po raz wtóry

Po przeczytaniu pierwszej części "Księgi Strachu" - antologii polskich opowiadań grozy, nadszedł czas na jej drugą odsłonę. Kolejny raz otrzymujemy świetnie wydany zbiór ciekawych opowiadań - niestety mało w nich grozy. Właściwie to groza i strach w przedstawionym zbiorze opowiadań jest towarem deficytowym. Zupełnie nie mieści się to w moim światopoglądzie. Opowiadania są naprawdę dobre, świetnie się je czyta, pozbawione są dłużyzn mogących obrzydzić najciekawszą lekturę, ale grozy tyle w nich co na lekarstwo. Odniosłem wrażenie, że są to raczej opowiadania obyczajowe, czasem kryminalne "u lukrowane" kapką tajemniczości, garstką grozy. 
Tematyka standardowo bardzo różnorodna. Znalazło się zatem miejsce dla upiorów znanych z klasyków horroru jak chociażby wilkołaków (opowiadanie właśnie z nimi w roli głównej genialne!), koszmarnej walizki, ale również poruszono kwestie takie jak pedofilia i relacje rodzinne. 
Na uwagę zasługuje próba budowy rzeczywistości alternatywnych, niewątpliwie mająca miejsce w kilku opowiadaniach. Większość z autorów osadziła swoje opowiadania "tu i teraz", w bliższej lub dalszej polskiej rzeczywistości.
Po przeczytaniu "Księgi Strachu 2", czuję niedosyt. Spodziewałem się większej dawki tytułowego strachu, grozy nie z tej Ziemi. Nie dostałem tego. Pierwsza "Księga...", choć nie byłem przekonany zupełnie do jej idei, zrobiła na mnie lepsze wrażenie niż druga. Jeśli Czytelniku szukasz opowiadań, przy których dostaniesz gęsiej skórki i mieć będziesz nocne chimery to sięgnij po inną pozycję. Jeśli chcesz poczytać dobre opowiadania młodych polskich autorów to bierz w ciemno!

INFO
Tytuł: Księga Strachu 2
Autor: Opracowanie zbiorowe
Wyd.: Warszawa, Agencja Wydawnicza Runa, 2007
Il. str.: 488
Cena detaliczna: 37,50 zł

poniedziałek, 5 listopada 2012

Na jak długo?

Książki stworzono po to, by je czytać. One lubią być czytane. Logicznym następstwem tegoż faktu jest ich wzajemne sobie pożyczanie. I tu pojawia się pytane: na jak długo? Jest to dobry problem, nad którym trzeba się pochylić -  choć przez chwilkę. Chodzi oczywiście o przetrzymywanie książek pożyczonych, i to nie tylko z biblioteki, ale także od znajomych. Wiadomo, rzecz pożyczona powinna być zwrócona w stanie nienaruszonym właścicielowi. Co jednak robić, gdy ktoś ociąga się ze zwrotem i wyraźnie nie ma ochoty rozstawać się z naszą książką? Sprawa jest trudna i należy często do kategorii tych delikatnych. Zwykle udostępniamy swoje rzeczy osobom wyjątkowo zaufanym - przynajmniej ja tak czynię - ale co jeśli nawet zaufana osoba za bardzo przywiąże się do naszej książki? Osobiście znam osoby, które lubią pożyczonych książek nie oddawać i taki osobnik ode mnie na pewno nic do domu niedostanie. Moje prawo dysponować zakupionym rzeczami według własnego "widzi-misie". Biblioteki niestety nie mają dużego wyboru i wypożyczać z racji swojej działalności muszą wszystkim. Długo bibliotekarze borykali się z problemem przetrzymywania książek. Nie byli w stanie odzyskać pozycji, które sobie jakiś łapserdak przywłaszczył. Czasy te odchodzą w niepamięć i bardzo dobrze. Odbywając niedawno praktykę w jednej z krakowskich bibliotek usłyszałem historię o dziewczynie, która tak długo przetrzymywała książki, że uzbierała się jej dość pokaźna kara do zapłacenia - całe 1500 zł!!! Za taką kwotę mogłaby wyposażyć swoją biblioteczkę we wszystkie potrzebne na studia książki. Cóż przebiegła inaczej. Co  robić by unikać takich sytuacji i nie dopraszać się w nieskończoność zwrotu pożyczonych książek? Tak po prawdzie to sam nie mam 100% dobrego sposobu. Można prosto z mostu walnąć: "hej Staszek oddawaj mojego "Tolkiena"" albo kluczyć: "Staszku, pamiętasz książkę, którą ci pożyczyłem...?" Rozsądne podejście do sprawy powinno nam pomóc. Spokojne przegadanie problemu bez erupcji negatywnych emocji. 

wtorek, 30 października 2012

... czyta Joanna Szczepkowska

Czyta i robi to w wyjątkowo przyjemny sposób! Skorzystałem z promocji i ściągnąłem darmowy egzemplarz audiobooka "Duma i Uprzedzenie" Jane Austen, wydanego jako 22 tom kolekcji "Mistrzowie Słowa".
Nad samą fabułą książki nie ma co się nawet rozpisywać, historia przedstawiona w powieści Austen została przemaglowana na "milion pięćset sto dziewięćset" sposobów. Nie każdego też będą interesowały moje wywody na ten temat, na temat obyczajowości mieszkańców Wysp Brytyjskich, przedstawionych w książce. Portret epoki - tyle!
Wysłuchanie książki to miłe urozmaicenie swojego z lekturą intymnego obcowania. Nabiera ono szczególnego charakteru dzięki osobie czytającej tekst.  Zdarzają się - niestety niezwykle rzadko - przypadki, że sam autor czyta swoją książkę. Wyjątkowo ważne jest by była to osoba charyzmatyczna, a jej barwa głosu pozwoliła z przyjemnością wsłuchać się w każde wpływające do naszej głowy słowo. Pewne jest jednak, że zawsze znajdzie się jakaś maruda, której nie będzie podobał się życiorys czytającego (jakby miał wpływ na treści, które czyta!) lub głos. O ile pierwszą gorzką pigułkę można przełknąć, to ta druga często staje w gardle kołkiem. Na szczęście ani pierwszy ani drugi przykład mnie nie dotyczył i nic nie odbierało mi przyjemności słuchania ciepłego głosu pani Szczepkowskiej. Idealna rzecz na zimne jesienne wieczory. Słuchanie to wydawałoby się czynność prosta i zupełnie bezwiedna, nie ma jednak nic bardziej mylnego. Słuchanie wymaga skupienia, bardzo angażuje i spora część ludzi jeszcze nie posiadła tej umiejętności - niestety. Warto w tym miejscu zachęć właśnie te osoby, co ze słuchaniem są na bakier do ćwiczenia się w tej niedocenianej sztuce, właśnie poprzez audiobooków słuchanie.

INFO
Tytuł: "Duma i uprzedzenie"
Autor: Jane Austen
Lektor: Joanna Szczepkowska
Wyd.: Warszawa, AGORA SA 2007
Czas nagrania: 13 godzin 30 min.

piątek, 26 października 2012

Targi Książki - rzut oka;)

Targi Książki są wciąż popularne, ich coroczne edycje cieszą się ogromnym zainteresowaniem autorów, wydawców oraz czytelników.  Historia pierwszych targów książki sięga XV wieku i nierozerwalnie związana jest z wynalazkiem druku. Największe dziś targi książki odbywają się corocznie w październiku we Frankfurcie nad Menem. Skupiają one około 7000 wystawców z ponad 100 krajów, a całej imprezie towarzyszy 2500 różnych wydarzeń, jak spotkania autorskie, prelekcje itp.
Wczoraj rozpoczęły się 16-te Targi Książki w Krakowie, potrwają do niedzieli. Nie omieszkałem udać się na nie, by przyglądnąć się nowością wydawniczym, na jakieś specjalnie cenowe upusty się nie nastawiałem - przecież każdy chce zarobić. Tegorocznej edycji tradycyjnie towarzyszą wykłady, prelekcje, a co istotniejsze dla fanów, także spotkania z autorami. Targi stały się świetną okazją, by z ulubionym autorem zamienić kilka słów i zdobyć autograf. 
Dziś ludzi nie brakowało i naprawdę poczułem się jak na targu, ciągle przez kogoś przesuwany i trącany to łokciem, to torebką. Taki już urok tłocznych imprez. Tłumy są jak najbardziej uzasadnione bo tegoroczna edycja przyciągnęła aż 562 wystawców. Od wydawców książek katolickich, książek dla dzieci poprzez wydawnictwa artystyczne, specjalistyczne,  na potentatach rynku wydawniczego takich jak Prószyński i S-ka, Znak skończywszy.
Dzisiejsze wyjcie na targi zakończyłem udziałem w prelekcji dr Michała Rogoża i dr Małgorzaty Chrobak z Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie, na temat "Książki dla dzieci i młodzieży w Polsce po 1989 roku". Tematyka interesująca i podana w ciekawej formie! 
Teraz jeszcze wspomniany rzut oka na targi:

Nowości wydawnictwa AMEET, a w tym "Wielka księga LEGO"!!! Rzecz wyjątkowo przeze mnie pożądana;) Podobała mi się ładna ekspozycja książek, widać wszystko co trzeba. 









Tłumy jak na targowisku! Odwiedzający dopisali, już sobie wyobrażam co dzieje się na spotkaniach z bardziej poczytnymi autorami. Na ściance reklama książki "Wiara Demonów" rozbawił mnie tytuł.







A to już ja we własnej osobie przygryzający wargę przy stoisku Wydawnictwa Sonia Draga. Oczywiście najbardziej eksponowany był "Grey", także gadżety z nim związane np: szara koszulka z napisem nawiązującym do wargi przegryzania. Kto czytał książkę to wie o co chodzi z tą wargą;)



Oczywiście, "TRYLOGIA, O KTÓREJ MÓWIĄ WSZYSCY!" dostała odpowiednio dużą i rzucająca się w oczy reklamę. Między promocyjnymi materiałami na stoisku wydawnictwa można było otrzymać także plakaty.








Do "Pięćdziesięciu twarzy Greya" nie zaglądnąć przy okazji Targów Książki to grzech. Niedługo premiera kolejnej części i po cichu liczyłem, że na targach będzie można już dostać "Ciemniejszą stronę Greya", niestety przeliczyłem się.
Podsumowując, tegoroczna impreza (moja na niej raczej obecność) w moim odczuciu wypadła naprawdę ciekawie. Interesujący ludzie, okazja do spotkań, do poszperania w nowościach, także szybki ogląd na oferty wydawnicze, możliwość zaopatrzenia się w katalogi oraz rzecz jasna same książki. 
Kto jeszcze na Targach Książki w Krakowie nie był to czas ma do niedzieli! 

środa, 24 października 2012

Śpiąca Upokorzona

Upokorzona od początku do końca. Zupełnie nie wiedziałem na co się piszę zaczynając czytać książkę Anne Rice pt: "Przebudzenie Śpiącej Królewny". Powiem tylko tyle, że "Pięćdziesiąt twarzy Greya" wymięka przy tej pozycji. Odpada już w przedbiegach! Widać też, że E. L. James sporo zaczerpnęła z książki, której pierwsze wydanie miało miejsce w 1983 roku. Sporo pewnie się także nauczyła od koleżanki po fachu. Ciekawe czy pomysły na bezpruderyjne upokarzanie i ćwiczenie w dawaniu rozkoszy innym, wykorzystała w kolejnych tomach swojej "szarej trylogii".
Śpiąca Królewna chyba miała pecha, że książę ją w ogóle oswobodził, obudził ze stuletniego snu i od razu skorzystał z sytuacji. Od tej chwili poddawana jest istnemu perwersyjnemu szkoleniu, którego celem jest całkowita uległość. Uległość i zaspokojenie najbardziej wyuzdanych żądz jest wyłącznym,  w mojej opinii, przedmiotem tej publikacji. Powiem szczerze, że w takim natężeniu męczyło mnie to i nudziło. Kolejne upokorzenia i ciągłe lanie niewolników packami po tyłkach, ich płacze jęki i poczucie poniżenia sprawiały, że i mi chciało się wyć pod niebiosa. Różyczka na królewskim dworze, dla uciechy arystokracji, chodzi cały czas nago. Inni niewolnicy w postaci książąt i księżniczek także biegają na golasa. Także dla perwersyjnej przyjemności dworzan, niewolnicy lani są bez opamiętania packami po tyłkach, które są obolałe i opuchnięte. Nawet nie miałem ochoty się śmiać z tych bzdetów, które przyszło mi przetrawić. Książka ma kolejne dwie części i nie sądzę bym prędko po nie sięgnął  Powiem więcej chyba na pewno ich nie przeczytam. Najwyraźniej literatura o tak mocnym zabarwieniu erotycznym nie spełnia moich czytelniczych potrzeb, aczkolwiek jestem w stanie uwierzyć, że "przygody" Różyczki mają swoich wyuzdanych wielbicieli. Możliwe też, że po prostu mam zbyt plebejski gust i nie jestem w stanie docenić tej wysublimowanej metafory jaką zapewne książka jest.
Jeszcze nadmienię kilka słów o wydaniu książki. Okładka może przyciągać, ale to co znajdujemy w środku to jest jakieś nieporozumienie i totalny brak szacunku dla czytelnika. Praktycznie na każdej stronie są literówki. Już lepiej wydawane są etykiety dyskontowego pasztetu. I zasadniczo lepiej jest sobie ten pasztet kupić niż tę książkę przeczytać.

INFO
Tytuł: "Przebudzenie Śpiącej Królewny"
Autor: Anne Rice
Wyd.: Kraków, Mystery 2010
Il. str.: 241
Cena detaliczna: 27,90 zł

poniedziałek, 22 października 2012

Tak, czy inaczej?

Każdy kto zbiera książki zastanawia się jak je układać. Posiadając duże mieszkanie, wyposażone w porządne regały na książki, zapewniamy sobie spokój na dłuższy czas. Nie musimy się martwić jak ułożyć kolejną pozycję. Pionowo, poziomo czy na wspak. Gorzej jeśli mamy mieszkanie przeciętnej wielkości jak większość Polaków. Wiadomo, standardowo musi pomieścić czteroosobową rodzinę, jej ubrania, zabawki i inne ważne w domu sprzęty. Pozostałe powierzchnie zajmują książki. W domowej hierarchii zajmowania przestrzeni pierwsze miejsce bez apelacyjne należy do ubrań. Potem mamy różnego rodzaju sprzęty jak telewizor, DVD i komputer - w dzisiejszych czasach zajmują stosunkowo mało miejsca dzięki małym gabarytom. Kolejne w kolejce są różnego rodzaju bibeloty, wazony, wazoniki i kieliszki - one potrafią pochłonąć naprawdę dużo cennego miejsca. To co zostanie zwyczajowo przypada książką. Nie mówię, że jest tak we wszystkich domach. Wręcz przeciwnie mam nadzieję, że to co opisałem jest już przeszłością, i że właśnie dziś to książka stanowi ważny obiekt w domu - ważniejszy niż kieliszki i inne bzdurne dziadostwo poustawiane na półkach. Telewizora niestety nic nie przebije. Skoro już mamy kawałek półki na książki to jak je pookładać? Kolejność standardowa alfabetyczna jest najkorzystniejsza z uszczegółowieniem np. na problematykę publikacji. Można formatami, i tu często układanie alfabetyczne nie jest możliwe do realizacji. Można po prostu układać je jak leci albo kolorami grzbietów książek uzyskując kolorystyczne urozmaicenie półki. Ze swojego doświadczenia uważam, że najkorzystniej jest układać książki dziedzinami i w ich obrębie alfabetycznie. To najwygodniejszy sposób gdy mamy sporo miejsca. Gdy książek przybywa, a miejsca na ich składowanie nie, mamy problem. U mnie zaczęło się już składowanie w stosach. Ubolewam nad tym, ale gdzieś te moje skarby muszą leżeć. 

środa, 17 października 2012

Quirós na tropie

Zastanawiam się nad tą książką i ciężko mi jest zacząć cokolwiek na jej temat konkretnego napisać. Przychodzą mi na myśl tylko dwie rzeczy. Biały pies oraz tytułowa szkatułka. 
Nie jest to pozycja sztampowa, skrojona na miarę możliwą do dopasowania dla każdego. Myślę, że dla wielu osób te trochę ponad dwieście stron będzie nie do przebrnięcia. Ta powieść niczym tytułowa szkatułka z kości słoniowej zawiera mnóstwo klejnotów w postaci poetyckich metafor, podtekstów i niedopowiedzeń. Niby błahostka, a jest nad czym podumać.
Niezwykła duet złożony z nauczycielki i podstarzałego płatnego zabójcy podejmuje się zadania odszukania nastolatki, córki tajemniczego Olmosa. Łączy ich sprawa zaginionej Soledad, poza tym wszystko inne tworzy między nimi mur. Quirós ma polecenie odnalezienia córki Olmosa, przede wszystkim jednak ma zadbać o to, by sprawa nie nabrała nieporządnego rozgłosu. Nieves Aguilar chce odnaleźć swoja uczennice, z która miała spotkać się w nadmorskiej miejscowości, a która zaginęła bez śladu. Nauczycielka jest fanką pisarskiej  twórczości Soledad, to ona spostrzegła dar jakim obdarzona jest dziewczyna. 
Poszukiwania dziewczyny przeplatane są wspomnieniami Quirósa. Wspomnieniami morderstw, które popełnił dla swoich mocodawców. W przeszłości mężczyzny pojawia się klucz do rozwiązania zagadki. Pozbawił niegdyś życia kilku panów parających się produkcją filmów z gatunku snuff, które to są zapisem prawdziwych tortur i egzekucji dokonywanych na młodych dziewczynach. Nieves grzebie się w zapiskach Soledad i książkach lokalnego pisarza, a Quirós w przeszłości. Przynajmniej ja to tak widzę. Pozycja warta przeczytania, będę do niej wracał.

INFO
Tytuł: "Szkatułka z kości słoniowej"
Autor: Jose Carlos Somoza
Wyd.: Warszawa: Muza, 2006
Il. str.: 244
Cena detaliczna: 24,90 zł

sobota, 13 października 2012

Pani tu nie stała!

Napisałem w jednej z notek, że nie mogę powstrzymać się przed kupowaniem książek, że mając okazję taniego i ciekawego książkowego zakupu zawsze ją wykorzystam. Skoro już mam nakupionych kilka książek to kiedy je czytam? Przecież nie dam rady wszystkiego czytać naraz. Już zupełnie pomieszałoby mi się w głowie. Naturalną koleją rzeczy jest - jak mi się wydaje - książkę przeczytać i w tedy dopiero wypożyczyć lub kupić kolejną. No tak, może i zwykle wygląda to w ten sposób. Książka o jedzenie i picie nie woła, nie zepsuje się też jak kupowana na zapas żywność, może zatem poczekać. I czeka cierpliwie na swoją kolej. Pozycje nowo zakupione trafiają do czytelniczej kolejki. Każda nowa pozycja zwykle trafia na koniec kolejki i czeka na przeczytanie. Zdarza się od czasu do czasu, że jakaś pozycja wepchnie się przed inne i szybciej zostanie przeczytana. Bywa też, że książka z listy "książek do zakupienia/pożyczenia" od razu po trafieniu do moich rąk jest czytana. Powinno to budzić sprzeciw, przecież kolejka obowiązuje każdego. Na szczęście książki nie krzyczą "pan tu nie stał!". Choć niektóre powinny upomnieć się o swoją kolej bo bywa i tak, że przesuwane są co rusz na koniec kolejki.

środa, 10 października 2012

Ludzkie ciało "saute"

Jako, że piszę o książkach, które z jakiś powodów są dla mnie ważne postanowiłem poświęcić ten wpis pozycji bez wątpienia pięknej pod każdym względem. Dzisiejsza pozycja pt.: "Anatomia dla artystów" Sarah Simblet to przepięknie wydany album przeznaczony nie tylko, jak zostało ujęte w tytule dla artystów, ale także dla każdego kto potrafi docenić "magię" ludzkiego ciała. 
Książka podzielona jest na działy pomagające nam zrozumieć funkcjonowanie ludzkiego organizmu, w ten sposób, by samemu rysując ludzką postać - akt - jak najlepiej odwzorować rzeczywistość. Nie jest to książka medyczna, nie zarzuca się czytelnika obrazami flaków, próbuje się za to jak najlepiej przybliżyć nasz organizm, abyśmy z tej wiedzy mogli skorzystać podczas pracy twórczej.
Każdy rozdział został uszczegółowiony podrozdziałami  Mamy więc np: rozdział poświęcony barkom i ramionom, a w nim informacje na temat samych kości barku i ramienia oraz mięśni obręczy kończyny górnej i ramienia. Rozdział uzupełniony jest punktem nazwanym "Klasa Mistrzowska", gdzie zaprezentowano przykład arcydzieła chociażby "Śmierć Marata" Jaquesa-Louisa Davida i anatomiczną analizę opatrzoną komentarzem i zdjęciem modela w pozie człowieka z obrazu. Dowiadujemy się dzięki temu, że wiele postaci uwiecznionych na arcydziełach światowego malarstwa ma mówiąc oględnie "nietypową budowę anatomiczną". A to brakuje jakiegoś mięśnia, to kości, w innym przypadku model okazuje się człowiekiem gumą. Normalnie nie zwrócilibyśmy na takie niuanse uwagi. Pozycja autorstwa pani Simblet nie jednego uczuli na anatomiczną poprawność ludzkiej postaci namalowanej na obrazie.
Sama książka nie jest oderwana od historii. We wprowadzeniu autorka w skrótowej formie przybliża dzieje rozwoju anatomii. 
Co dla osób rysujących jest ważne to to, że książka zawiera także sporo ćwiczeń z rysunku, które wraz ze świetnymi zdjęciami stanowią naprawdę istotną pozycję w bibliotece osób rysujących, uczących się rysować czy po prostu wrażliwych na piękno. 
Smaczkiem dodanym do niektórych zdjęć są bez wątpienia półprzeźroczyste kartki z rysunkiem kości lub mięśni, które idealnie nakładają się na zdjęcia modeli. Moje opisy mogą być mgliste i specjalnie dla osób niemających możliwości oglądnąć książki w księgarni kilka zdjęć.


Zdjęcia wykonane przez Johna Davisa prezentują ludzi w różnych pozach. Statycznych i dynamicznych pozwalającym rysownikowi ćwiczyć się w różnych przedstawieniach modela. Często nawiązują do póz przywodzących na myśl antycznych zawodników biorących udział w olimpiadzie.

Właśnie o tym wspominałem w tekście. Na kartce, przypominającej bibułkę/pergamin z fotograficznego albumu narysowano kości nakładające się na zdjęcie modela. Jak widać zadbano żeby był i przód, i tył.
 Tak wygląda po nałożeniu jednej strony na drugą. Według mnie bardzo fajny efekt.



Tu jeszcze przykład tego jak wygląda jeden z rozdziałów "Klasy Mistrzowskiej"...

i wstęp do ćwiczeń rysunku klatki piersiowej.

Nie pozostaje mi nic więcej do powiedzenia jak oczywiście książkę polecić. Taka uwaga dla osób marudzących na cenę to powiem, że nieczęsto się zdarza, aby książka wydana tak genialnie była w takiej dobrej cenie.

INFO
Tytuł: "Anatomia dla artystów"
Autor: Sarah Simblet
Wyd.: Warszawa: ARKADY, 2004
Il. str.: 255
Cena detaliczna: 99 zł

piątek, 5 października 2012

Odcieni szarości moc

"- Czemu nie lubisz, jak ktoś cię dotyka? - pytam szeptem, wpatrując się w jego szare oczy.
- Bo skrywa się we mnie pięćdziesiąt odcieni szarości, Anastasio. I jestem ostro porąbany."

I się doczekałem... ale mocy przypływu nie doznałem. W ogóle to czuje się jakbym przebił bardzo długo nadmuchiwany balon i nic się nie stało. Powieść "Pięćdziesiąt twarzy Greya" roztrzaskała się o moje wyobrażenia i bujną fantazję. 
To, że kobiety na jej punkcie szaleją, jestem w stanie zrozumieć.
Że mężczyźni wiele zawdzięczają, okej też jestem w stanie to zaakceptować, bo wielu panów w relacjach intymnych potrafi być pozbawiona polotu, na co panie często narzekają. Totalnym bzdetem jest dla mnie stwierdzenie, że biblioteki niby apelują o wycofanie "Pięćdziesięciu..." z obiegu, bo niby dlaczego? Bo przyciągają czytelnika? Psują jego gust? Może po prostu spełniają oczekiwania, te o których czytelnicy boją się głośno mówić, których wzniosłe dzieła klasyków nie są w stanie zaspokoić? Nie wiem, nie wiem.
Nie rumieniłem się, nie płonąłem czytając tę historię w gruncie rzeczy sztampową. Czytało się szybko, przyjemnie, a lektura nie pozostawiała wielu ważnych kwestii, które można by rozkładać godzinami na czynniki pierwsze. Ot, lektura idealna na wieczór. Do relaksowania się, odprężenia, pośmiania przed snem. Nieskomplikowany, prosty język i pierwszoosobowa narracja sprawia, że pozycję autorstwa E. L. James po prostu się połyka. Jednak już po połowie może nas męczyć czytanie o fikołkach i kozłkach wykonywanych przez "wewnętrzną boginię" głównej bohaterki oraz mało wysublimowane opisy mimiki bohaterów, usta ciągle im "ścieśniają się w wąską kreskę". Zdecydowanie nie jest to literatura wysokich lotów. Zresztą nie o wysokie loty w przygodach Anastasi Steele chodzi, a o seks. Cały szum wokół promocji trylogii "Pięćdziesiąt odcieni" oparty jest o seks w wydaniu sado-maso, którego w pierwszej części jest tyle co kot napłakał i większej ilości scen SM można spodziewać się w  "Modzie na sukces", choć w tym tasiemcu to raczej sadomasochizm psychiczny bardziej niż fizyczny. Sama książka jeśli chodzi o stronę psychologiczną, według mnie jest kolejnym zmarnowanym materiałem. Trochę to wszystko jest płytkie i spodziewałem się w sumie klimatu jak z "Nagiego instynktu", a szkoda bo nie znalazłem ech. 
Z książkami jest jak z wyjazdem zawodniczek klubu "Tęcza" do bodajże RFN z filmu Barei pt.: "Miś". Jechały do kraju demokratycznego,  który to i miał swoje plusy, ale zawodniczki musiały pamiętać,  żeby te plusy nie przesłaniały im minusów. Tak też jest z omawianym dzisiaj hitem. Ma on swoje plusy i minusy. "Pięćdziesiąt twarzy Greya" pomimo tego co napisałem jest książką jak najbardziej godną polecenia. Dla mnie była to lektura lekka i zabawna, zupełnie nie wymagająca i totalnie relaksująca. Dla osób lubiących rozsmakować się w pisarstwie na wysokim poziomie będzie to książka zupełnie niestrawna. Osoby o purytańskim podejściu do obyczajowości pewnie już na wstępie książkę odrzucą nie zabierając się nawet do jej lektury. Przed tym przestrzegam. Fenomen książki jest niepodważalny i warto chociażby z ciekawości przeczytać i spróbować zrozumieć osoby, które ją pokochały.

INFO
Tytuł: "Pięćdziesiąt twarzy Greya"
Autor: E.L. James
Wyd.: Katowice: Sonia Draga, 2012
Il. str.: 606
Cena detaliczna: 39,90

wtorek, 2 października 2012

Wampiry kontratakują

Zaniedbałem nieco kwestie gazet i czasopism na moim blogu, a przecież w nazwie ma on "i/lub czasopisma" więc kapkę w tym temacie napiszę. Co jakiś czas sięgam do naszej naczelnej gazety brukowej jaką jest Super Express. Ten tabloid potrafi zawsze rozbawić mnie do łez. Albo zabawnymi wzmiankami na temat jakiegoś niespotykanego wcześniej zdarzenia albo zdjęciami - kolażami i fotomontażami. 
Niedawno pisałem o książce "Dracula" Brama Stokera i nadarzyła się ponownie okazja do poruszenia tematyki demonów, a w szczególności wampirów. Oto w SE znalazłem notkę na temat londyńskiej olimpiady i znanego Polakom Sola Campbella. Tym co nie pamiętają to przypomnę, że ten pan bredził, żeby nie przyjeżdżać do Polski na Euro 2012 bo można wrócić w trumnie itp. Nie czekano długo na okazję, by się Campbellowi zrewanżować. Wykorzystano olimpiadę w Londynie do przedstawienia Sola Campbella jako wampira. Przepiękna fotografia zdobi wzmiankę na ten temat w tabloidzie. Groza - jest. Nastrój - jest. Wyszczerzone zęby - są. Wzmianka, że z igrzysk można wrócić w trumnie - jest. Zasadniczo zabawna rzecz. W dodatku Sol jako wampir pojawił się w części sportowej tabloidu. 
Drugą perełką jaką wygrzebałem jest wzmianka o facecie, który chciał zostać wampirem. Facetowi marzyło się życie wieczne i dał się naciągnąć małolacie na kasę. Wszystko pod wpływem wszechmocnej sagi "Zmierzch". Rzeczony pan mianowany przez dziennikarza tabloidu "Idiotą Roku" naczytał się o przygodach Belli i wampira Edwarda, poczuł, że to jest to, że takiego życia chce i zaczął poszukiwać sposobu na stanie się wampirem. Miał pecha. Poznał dziewczynę, która wkręciła go, że jest wampirem (a jakże!). Obiecała mu wampirzyca owa, że za pewną sumę pieniędzy przemieni go w demona swoim ugryzieniem. Wampirzyca wyceniła "dar nieśmiertelności " na 10 tysięcy złotych. Mężczyzna pojechał na umówione spotkanie, zabrał pieniądze i... dostał lanie. Oszustka wraz ze swoim chłopakiem spuściła łomot mężczyźnie i uciekła z pieniędzmi. Finał historii był taki, że ujęto ich szybko, ale nie odzyskano całej skradzionej kwoty bo przestępcy zdążyli część przepuścić. Wzmianka o zajściu dopełniona sugestywnymi napisami. Widzicie jak oczy ze słowa "wampir" łypią łakomie na was?
Oto i kolejne dowody na zakorzenienie się motywy wampira w popkulturze. Szkoda tylko, że pan z notki powyżej nie czytał "Draculi" Stokera tylko akurat wpadł mu w ręce "Zmierzch". Swoją drogą to ja jeszcze tej sagi nie czytałem. Coraz bardziej nabieram przekonania, by jednak po nią sięgnąć. 

sobota, 29 września 2012

Analitycznym okiem

Książka, o której tym razem postanowiłem nadmienić na blogu spodobała mi się pod względem wydania tak bardzo, że od razu postawiłem ją zakupić. Dobrze, że zapłaciłem za nią tylko 11zł, a nie 49,90 bo nieprzytomnie bym się zezłościł. Chętnie wyjaśnię dlaczego. 
Wiadomo, że to jak odbieramy książkę w dużej mierze zdeterminowane jest przez nasze podejście do tematu i osobisty bagaż przeżyć. "Świat według T. S. Spiveta" autorstwa Reifa Larsena niemiłosiernie mnie zmęczył. Dla mnie ta książka pomimo ciekawego tematu, ciekawego bohatera była zwyczajnie męcząca. Na temat fabuły zatem nie chcę się rozwlekać bo ile osób tyle na jej temat będzie zdań. Zresztą może nie dorosłem po prostu do takiego typu przedstawiania świata jaki nam zaproponował Larsen. Opis goni opis i nawet pojawiająca się akcja opisana jest tak mało dynamicznie, że powieki same opadają. Nie sądzę, by zamierzeniem autora było usypianie czytelnika, ale jednak miało to miejsce w moim przypadku. Po przeczytaniu raptem 120 stron miałem wrażenie jakbym przebrnął już przez 500, a tu jeszcze bez mała 300 do końca. I w sumie dobrze bo po przebrnięciu przez początek znalazłem coś w fabule co mnie zaciekawiło, a mianowicie historię rodziny Spiveta, spisaną w notatniku jego mamy. Bardzo fajny jest ten fragment i szkoda, że cała książka mnie tak nie pochłonęła.  Smętna to książka, ale zaiste pięknie wydana (i pewnie z przesłaniem, które jeszcze nie do końca do mnie dotarło). Nad jej wydaniem zatem troszkę się zatrzymam. Mój egzemplarz w twardej oprawie bardzo ładnie się prezentuje. Na okładce mamy związane z głównym bohaterem przedmioty umieszczone jakby w gablocie. 
Kremowy papier sprawia, że oczy nie męczą się tak szybko pomimo wymagającej skupienia treści. W środku pełno świetnych ilustracji oraz strzałek poprowadzonych wprost z tekstu na margines, gdzie dopisano coś istotnego budującego kontekst. Dopiski na marginesie jak dla mnie ciut za małą czcionką ale nic to. Gdyby nie ten ciekawy pomysł na urozmaicenie książki to nigdy nie znalazłaby się w moich rękach. Treści może bym nie żałował,  ale całej oprawy bardzo! Oto i przykłady (po kliknięciu w obrazek wyświetli się ciut większy):



Fragment mapy obrazujący podróż głównego bohatera do Waszyngtonu. Bardzo ładnie prezentuje się napis zapowiadający część drugą powieści.






 Przykładowa strona z dwoma obrazkami i strzałkami, o których wspomniałem wyżej. Spivet czyli nasz dwunastoletni narrator za pomocą obrazków, map i strzałek przybliża nam swój świat.







A tu już dwie strony. Czasem strzałki prowadziły z jednej strony na drugą niekoniecznie w z lewej strony do prawej. Ot taka psotna ta pozycja. Zdecydowanie książka nie do szybkiego poczytania, ale do postudiowania treści w głównym zrębie tekstu, na marginesach i obrazków.
Męczyło mnie zagłębianie się w przygody Spiveta i niesporo szła mi lektura tej książki. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że jest to pozycja ciekawie wydana i warta uwagi. Pewnie dla wielu Czytelników będzie to arcyciekawa lektura. Tego życzę!

INFO
Tytuł: "Świat według T. S. Spiveta"
Autor: Reif Larsen
Wyd.: Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2010
Il. str.: 382
Cena detaliczna: 49,90

wtorek, 25 września 2012

Tarot w kawałkach

Idę sobie pewnego razu na uczelnie, przechodzę obok kiosku, a w oko rzuca mi się napis "TAROT" na fioletowym tle. Idę dalej, ale nie wytrzymuję i wracam przyglądnąć się temu co zobaczyłem na wystawie w kiosku. "Co ja pacze"! Talia Tarota Ridera-White'a za 9,90!!! Kupiłem. 
Czym się to DeAgostini nie zajmuje. Statki w kawałkach, kolekcje samochodów, samolotów, laleczek i sukieneczek, wszystko co człowiek może chcieć zbierać, to oni mu w formie kolekcji zaserwują. Tym razem dostaliśmy kolekcję kart Tarota.
W pierwszym numerze kolekcji cała klasyczna talia, całe 78 kart i to z pudełeczkiem oraz gazetką! W sumie to nie lada gratka dla kogoś kto Tarota lubi. Wybredni mogą kręcić nosem, że kolory nie są tak intensywne jak być powinny, ale i tak godnym uwagi jest sam fakt, że w takiej cenie dostajemy dobrej jakości karty, wydane we współpracy z włoskim  wydawnictwem Lo Scarabeo zajmującym się między innymi Tarotem. Gazetka dołączona do kart jest marna, ale tak naprawdę marna, pomimo tego iż konsultantem merytorycznym był Jan Witold Suliga - polski autorytet w dziedzinie Tarota. W sumie to nie w samej gazetce jest rzecz tylko w tej tali do niej dołączonej, no cóż. Poszperałem na stronie DeAgostini, by dowiedzieć się więcej na temat kolekcji. Kilka ciekawych talii miało się ukazać, ale już w zupełnie innej formie. I tu marketingowcy przeszli samych siebie. Ze spisu całej kolekcji dowiedziałem się, że w kolejnych numerach dostajemy 1/3 danej talii za 19,90. Zatem żeby zdobyć całą talię trzeba zakupić 3 numery za około 60zł co i tak na ceny Tarota nie jest najgorszą opcją. Tu kolejny haczyk. Następne części danej talii przeważnie nie miały ukazywać się po kolei tylko np. dwa numery z talią Tarota Egipskiego, a kolejny numer z Tarotem Marsylskim. Takie fiku-miku, żeby najlepiej zamówić prenumeratę i niczego nie przegapić. Z tego co pamiętam oczywiście, bo obecnie strony www poświęconej tej kolekcji nie mogę odnaleźć.
Nie spotkałem kolejnych numerów z kolekcji Tarota od DeAgostini w kioskach. Na Polskim rynku wydawniczym sporo jest książek na temat Tarota (pisałem już o kilku z nich), jest także kwartalnik "Tarocista", którego co prawda w kioskach nie spotkałem (można zamówić przez internet), ale takiej publikacji kolekcjonerskiej wcześniej nie spotkałem i szkoda, że gdzieś przepadł ten ciekawy niestety trochę zmarnowany pomysł.

piątek, 21 września 2012

Wspomnienie pewnego miesiąca

Książka, którą poczytywałem w miarę możliwości podczas wakacji w Kołobrzegu wreszcie doczekała się swojej kolejki i trafiła na bloga.
Kanwą, na której zbudowana jest powieść stały się protesty studenckie i późniejsze ich reperkusje mające początek w Paryżu, a które rozszerzyły swój zasięg na całą Francję w maju 1968 roku. Wydarzenia Maja 1968 doprowadziły do zmian w życiu społeczno-kulturalnym i politycznym Francji. Ale nie w tym rzecz. Kanwa kanwą, a sama książka opowiada o grupie amerykanów przyglądających się wydarzeniom z boku, by w końcu uwikłać się w studencką zawieruchę.
Główny bohater Jack Hartley ze swojej perspektywy przybliża nam życie paryskiej grupy amerykanów, skupionych wokół rodziny Gallagherów i oczywiście same studenckie rozruchy doprowadzające do strajku powszechnego w całej Francji. James Jones wykorzystuje rewolucje studencką do zobrazowania polaryzacji postrzegania świata widzianego oczami "młodych lewicujących" i "starych ze zgniłego establishmentu".  Jest więc młody idealista, student filmoznawstwa na Sorbonie Hill Gallagher i jego ojciec Harry producent filmowy. Obaj zamieszani w rewolucje. Hill od początku Harry na samym jej końcu i to bynajmniej nie z idealistycznych pobudek. Panowie ze swoimi odmiennymi podejściami do rewolucji ścierają się, a konflikt między nimi przybiera na sile przez niejaką Samanthe Everton - czarnoskórą dziewiętnastolatkę o bardzo dziwnych zwyczajach.  Mamy też plejadę innych ciekawych postaci zamieszanych w wydarzenia majowe. Weintraub podstarzały muzyk będący od początku po stronie studentów i Luisa żona Harrego popierająca syna, nie uczestnicząca jednak aktywnie w zajściach.
Tak pokrótce to wszystko zasadza się na chęci stworzenia nowej rzeczywistości, nowej moralności w idealnym nowym ładzie. Nowy ład społeczny ściera się z oporem starszego pokolenia, symbolem tegoż pokolenia staje się generał Charles de Gaulle - wytrawny polityk, któremu niestraszne studenckie rozróby.
Ciekawa to książka bo ukazuje bohaterów w trakcie przechodzenia próby. Wszyscy stają wobec nowej sytuacji i muszą udowodnić, że są w stanie jej podołać. Najciekawsze jest samo radzenie sobie z sytuacją kryzysową, a nie finał tych zmagań. Żmudna droga do zbudowania nowego obrazu siebie nieraz przedstawia się barwniej niż efekt końcowy.