wtorek, 30 listopada 2010

A co to właściwie jest?

Tak się o niej mówi i pisze zupełnie bezrefleksyjnie, a czy ktoś się zastanawia czym owa książka jest? Niby sprawa prosta bo i co w tym ma być skomplikowanego. Plik zadrukowanych i oprawionych kartek. Jaka książka jest każdy widzi. Kolorowa okładka, czarno białe strony, kilka obrazków i tyle. Ryza papieru przekazująca jakieś mniej lub bardziej wzniosłe treści. Dziecko grafomana, naukowca, upadłego literata. Stoi to na półce i tylko się na to kurzy. Ten tylko się dowie co w nich siedzi kto czytał. Jedna z definicji mówi, że książka to wydawnictwo zwarte o objętości powyżej 48 stron. Zupełnie nie romantyczne. Definicja owa pozbawia zaszczytnego miana książki wszystko co ma mniej niż 48 stron. Ale kto z nas będzie teraz przeglądał poukładane na półce książki(!) i sprawdzał ile mają stron? Kto się będzie kłopotał pilnując się czy używa poprawnej nomenklatury? Raczej wątpię by komukolwiek chciało się to robić. Po co sprawiać sobie problem i dokładać pojęć? Lepiej jak leci nazywać wszystko książkami przecież te broszury nie pogniewają  się jak je tak nazwiemy. A może jednak pobiegną pobeczane do mamy?

sobota, 27 listopada 2010

Zamyślenia

Bywa i tak, że całymi dniami przesiadujemy zamyśleni dręczeni jakimś problemem. Ot głupota chciałoby się powiedzieć. Coś w nas jednak powoduje, że drążymy temat, chcemy odnaleźć odpowiedz. Z własnego doświadczenia wiem, że odpowiedz przychodzi często niespodziewanie, zupełnie z zaskoczenia. W opinii niektórych czytelników to nie my wybieramy książkę ale ona wybiera nas. Metafizyczny magnes powoduje przyciąganie tej a nie innej publikacji prosto w nasze ręce. To właśnie w takich książkach znajdujemy odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Przykładem ilustrującym tę prawdę jest chociażby nurtująca mnie przez kilka dni kwestia dlaczego ludzie z takim upodobaniem sięgają po horrory. Dlaczego roznamiętniają się i odczuwają przyjemność z oglądania coraz to nowej jatki. "Naga małpa przed telewizorem. Popkultura w świetle psychologii ewolucyjnej" książka autorstwa Tomasza Szledaka i Tomasza Kozłowskiego udzieliła mi odpowiedzi na to pytanie. Autorzy twierdzą, że popularność choćby motywu zemsty związana jest w bardzo dużym stopniu z pierwotnymi potrzebami człowieka. Nie czas i miejsce na wyjaśnianie tych zawiłych kwestii zachęcam jednak do lektury tej wyjątkowo ciekawej pozycji.

wtorek, 23 listopada 2010

Czytają

Ludzie książki czytają. Czynność tą popełniają w przeróżnych sytuacjach i okolicznościach natury. Miejsce nie jest ważne. Dla tych osób liczy się to co właśnie czytają. Wielu z nich podziwiam i czasem nawet im zazdroszczę. Podziwiam ludzi, którzy czytają idąc po wyjątkowo schodzonych miejskich chodnikach nie potykając się. Z jeszcze większym podziwem spoglądam na Czytelników rowerzystów godzących te dwie tak odległe od siebie czynności. Umiejętność budząca we mnie uczucie niepowetowanej straty, iż ja tak nie potrafię jest niewątpliwie czytanie w autobusie i tramwaju siedząc w stronę odwrotną do kierunku jazdy. Już sam widok powoduje zawroty głowy. Bardzo namacalne staje się w tedy hasło z plakatu przylepionego na szybę miejskiego autobusu "jadąc autobusem czytasz co chcesz, jadąc samochodem czytasz tylko bilbordy".

sobota, 20 listopada 2010

Notka techniczna...

... pierwsza, zapewne nie ostatnia. Pierwszy sezon "Galaktyki Pani Krysi" dobiegł końca wraz z publikacją dziesiątego odcinka oraz przejściem studenta na Ciemną Stronę Mocy. Możliwym i prawdopodobnym jest zmiana formuły mojego małego blogowego serialu. Postacie i kontekst pozostaną jednak te same. Myślę, że zasługują na to by zagościć a właściwie zamieszkać na blogu na stałe. 
Kolejnym wpisom poświęconym książce w jej szerokim kontekście będzie towarzyszyła ciągła praca nad polepszeniem stylu tekstów. 
Podróż do świata książki trwa. W tym świecie ważnym ogniwem swoistym spiritus movens jest człowiek. Właśnie na ten ludzi aspekt postaram się położyć nacisk w kolejnych pracach pisarskich jak i rysunkach.

czwartek, 18 listopada 2010

Galaktyka Pani Krysi, Sezon I, Odcinek X

Pani Krysia zajadała się zacnym kawałkiem tortu sachera przeglądając Encyklopedie Wiedzy O Książce powszechnie znaną jako EWOK. Nic w tym dziwnego, że bibliotekarka wertuje EWOK pamiętać jednak należy o innych rzeczach noszących tę nazwę. Przecież te małe, złośliwe misie z Endoru to także Ewoki! Przeglądać przeglądała ale o tej smutnej prawdzie nie zapomniała, gdyby nie te misie(ot głupota, pluszaki!) to Imperium Galaktyczne nie zaliczyłoby ogromnej porażki jakim było zniszczenie drugiej Gwiazdy Śmierci. "Ech, ech" wzdychała ciężko niby na wspomnienie tejże klęski. Poszukiwania poczynione przez studenta a mające na celu znalezienie książki o wyjątkowo zawiłym tytule spaliły na panewce. "Co robić, trzeba porzucić dumę i poprosić panią Krysię o pomoc" wzruszył ramionami i udał się do skrytej za wysoką ladą bibliotekarki. Ta zaczytana, pochłonięta swoimi echami, ochami i innymi tego typu werbalizmami nawet nie zwróciła uwagi na energicznie zmierzającego do niej chłopaka. Wychylił się stając na jednej nodze, drugą obutą w czerwony trampek uniósł, ręce oparł o czytelnianą ladę i zanurkował nosem wprost w EWOK pani Krysi. Jakież było wielkie jego zdziwienie na to co zobaczył!
"Ależ pani Krysiu! Przecież to nie przystoi, to oburzające!", wykrzykiwał. To nad kolejnym numerem "Play Bibliotekarza" tak wzdychała nasza bohaterka. Wyjątkowo pruderyjny okrzyk przykuł uwagę użytkowników czytelni zanurzonych dotychczas w infosferze (Hanka też tam była, znacie Hankę?). Rumieniec zaś na jego twarzy wraz z okrzykiem i zmieszaniem wywołał tylko uśmiech bibliotekarki. W lot pojął podstęp, wyczuł ogromnie zakłócenia Mocy. Miała go, od tej chwili był w jej władaniu. Właśnie wtedy kiedy zapomniał o swojej zasadzie by nie robić problemów(o sensacji jaką wywołał jego okrzyk nie wspominając) tam gdzie ich nie ma przekroczył tę cienką linię między Jasną a Ciemną Stroną Mocy. Kobieta wstała, uśmiech rozpromieniał jej twarz. Odmłodniała w mgnieniu oka o jakieś dwadzieścia lat. Zaszurała radośnie podhalańskim kapciem. Triumfowała. Ot głupota, małe zdjęcie z "niewinnej" gazetki okazało się wisienką na torciku wcześniejszych prób przeciągnięcia chłopaka na Ciemną Stronę Mocy...

niedziela, 14 listopada 2010

Ja i Warhol

Słyszysz Warhol, myślisz Marylin Monroe. Na hasło popkultura bez wahania odpowiadasz, że to chłam, masówka, że ten cały "Warhoł" nie był artystą tylko kicz-producentem. Przełom wieku XX i XXI to okres rozkwitu tejże pogardzanej, a jakże skrycie bądź bardziej otwarcie wychwalanej popkultury. Jako wielki fan Andy'ego Warhola nie mógłbym pominąć pozycji książkowych poświęconych tejże wybitnej osobie. Nie jest ich niestety tak strasznie dużo na polskim rynku, więc wpis ten poświęcę książce "Filozofia Warhola od A do B i z powrotem". Darze ją szczególnym sentymentem, gdyż była to pierwsza pozycja w mojej kolekcji "Warholianów". Napisana przez samego artystę, rozkoszna mała książeczka przesycona absurdalnym humorem jest niemal tak popkulturowa jak wszystkie jego sitodrukowe płótna. Pełna kłamstewek, kłamstw, mistyfikacji i autokreacji. Warhol uwielbiam robić sobie z ludzi mówiąc kolokwialnie "jaja" (ba! nadal to robi), ta książka jest tego świetnym przykładem. Tworzył sztukę sam sztuką będąc. "Filozofia..." dostarcza nam informacji o nawykach artysty, jego dziewczynie Taxi (zmyślonej oczywiście), która mogła nie myć się kilka dni. Jak każdy z nas ulegał wielu dziwactwom i maniom. O tym także jest ta książka. Jeśli ktoś w ogóle wie jaki był naprawdę Andy Warhol to nie dowiedział się tego z jego książki. Żadnego z wytworów umysłu artysty nie można przecież czytać dosłownie. Do czytania jednak zachęcam. Czytania obrazów, książek, wywiadów (tychże z dużym przymrożeniem oka).

czwartek, 11 listopada 2010

Galaktyka Pani Krysi Sezon I, Odcinek IX

Spokojna jego rozczochrana... była. Pani Krysia w zupełnie nie ambiwalentnie złym humorze wpadła do magazynu książek, gdzie student pieczołowicie czyścił (aj czyścił, aż się kurzyło) każdą pozycje z osobna i ten spokój zburzyła. Tumany kurzu wznieciła. Zadania, które miały złamać ducha i przeciągnąć go na Ciemną Stronę Mocy powodowały zupełnie odwrotny skutek- hartowały go jak hartuje się klingę samurajskiego miecza. Twarz pani Krysi niegdyś piękna teraz zdawała się być ruiną jej dawnego ja. Nie dość było gromów i błyskawic Mocy jakie mogłaby cisnąć w studenta z wystarczającą siłą by go pokonać. Zbliżał się punkt przełomu, oboje to czuli. Każdy gest, spojrzenie i wypowiedziane od niechcenia słowo miały istotne znaczenie. Tylko te dylematy dręczące ją, a objawiające się nerwowym szuraniem podhalańskim kapciem. Chciała powiedzieć "gdyby nie dręczące mnie...", właśnie dylematy. Słowo uwięzło jej w gardle powodując werbalną literówkę "dylemayty". Urwała, nie dokończywszy tego zdania. Chłopak w niepohamowanym wybuchu śmiechu upadł na linoleum wprost pod podhalańskie kapcie pani Krysi. Dojrzał w tedy bibliotekarkę w całym jej majestacie. Pozycja, z której teraz na nią spoglądał, typowa dla egipskiego niewolnika sprawiła, że poczuł respekt i szacunek. "Wstawaj wartko! Do roboty! Będzie się po podłodze walał zimnej i chory będzie potem, i co będzie!". Wstał, a ona wyszła, tak po protu, bez żadnego więcej słowa. Czyżby cisza przed prawdziwą nawałnicą?

sobota, 6 listopada 2010

Publikacje kultowe część III: "Dziecko Rosemary", Ira Levin

Pamiętam jakby to było wczoraj, kiedy dziecięciem (nie, nie ciemności) będąc po raz pierwszy zobaczyłem film Romana Polańskiego na podstawie książki Iry Levina. Długi był to film, przepojony specyficznym klimatem (ziele tojadu, upiorne książki i równie upiorni sąsiedzi). Kilka (może i więcej) lat później do moich rąk trafił książkowy pierwowzór filmu. Znak to naszych czasów niewątpliwie, że książki przemieniają się w filmowe adaptacje. Naturalna droga popularyzacji jednego i drugiego. Bywa tak, że film uwypukla pewne aspekty swojego papierowego pierwowzoru, trochę inaczej rozkłada akcenty itp. Moja osobista refleksja na temat "Dziecka..." jest jednoznaczna. Film i książka doskonale ze sobą współgrają. Oglądnąłeś film? Koniecznie przeczytaj książkę! I na odwrót. Świetna rzecz, klimatyczna jak mało, która książka. O ten klimat się przecież rozchodzi. Pomyśleć, że obyło się bez obscenicznego epatowania ohydom, obrazami gore rodem z rzeźniczych klasyków gatunku horroru. Ani pół flaka nie przelatuje przez stronice "Dziecka Rosemary"! Mamy za to przytłoczoną, brzemienną (w diabła) kobietę otoczoną przez niepokojąco opiekuńczych sąsiadów. Sama sceneria przyprawia o gęsią skórkę. Stara nowojorska kamienica, upiorny dom naszych czasów. Ciągle w nich coś stuka, coś puka i szura. Zakończenie, aż prosiło się o drugą część, która nie nastąpiła. I dobrze...

środa, 3 listopada 2010

Galaktyka Pani Krysi Sezon I, Odcinek VIII

Z wolna przesuwająca się po grzbiecie książki dłoń pani Krysi przykuła rozproszoną tego dnia uwagę studenta. Serdeczny palec prawej dłoni przyozdobiony był złotym pierścionkiem z czerwonym oczkiem. "Ot głupota, zwykłe szkiełko na tombakowym drucie" pomyślał. Przyglądał się nadal, jakby z niedowierzaniem. Fioletowa mgła wspomnień rozwiała się nieznacznie na krótką chwilę, która jednak wystarczyła by przypomniał sobie... Pierścionek jego matki, złoty z czerwonym oczkiem "ot głupota...", który zastawiła w lombardzie "żeby tylko ten jeden przedmiot" westchnął. Z tego fioletowego odrętwienia wyrwał go krzyk pani Krysi "do roboty! filozof chłopski się znalazł, patrzcie jak się zamyślił". Nie bez kozery stała przy regale z książkami przesuwając dłonią po grzbietach. Pokazywała mu ogrom tego co miał wyczyścić. "Najpierw delikatnie na mokro, potem na sucho, zrozumiano?". Głowa go rozbolała kiedy w końcu zrozumiał co tym razem kazała mu zrobić ta mroczna kobieta (wiedźma z Dathomiry). Ukłucie pod czaszką i jedna myśl "polopiryna, aspiryna wszystko jedno, na bezrybiu i rak ryba".