piątek, 31 grudnia 2010

Zwierzyniec SE

Super Express dba o swoich czytelników jak tylko może. Dopieszcza ich dawką humoru, grozy, seksu, ludzkiej głupoty i jakże irytującej słodkiej niefrasobliwości. Od jakiegoś czasu zbieram z rzeczonego tabloidu wzmianki o niebezpiecznych zwierzętach. Tak przy końcu roku warto przypomnieć o 4 gawiednikach uprzykrzających nam życie.
Około sierpnia Polskę zaatakowały przebiegłe, żarłoczne ślimaki o czym pisałem w jednym z pierwszych wpisów dlatego tylko o tymże mięczaku przypominam. Teraz jest zima i ślimaki drzemią w swoich skorupkach i innych norkach jednak kiedy śniegi spłyną Wisłą do Bałtyku, ponownie wypełzną. Wypełzną by zjadać  warzywa i kwiatki z waszych przydomowych ogródków. "Superak" wam o tym na pewno przypomni.
Wściekłe nietoperze zaatakowały Polaków we wrześniu. Nie ma to jak rozpoczynać rok szkolny w obawie, że pogryzie nas lub wplącze się we włosy latająca mysz.
Nie no już nie kpie bo jeszcze mnie jakiś nietoperz "napadnie" lub co gorsza rekin. Jak wiadomo z filmów Spielberga rekiny szczególnie upodobały sobie ludzkie mięso. Któż nie oglądał "Szczęk". Szczęk rekina, nie tych sztucznych zgubionych na chodniku choć i takie się spotyka. Grudniowe wakacje pewnych Rosjan w jednym z egipskich kurortów zakończyły się pogryzieniem przez rekina. Nie no, nie był to żarłacz ludojad, biały rekin z filmów Spielberga tylko żarłacz błękitny. Ważne, że żarłacz. Tajemnicą pozostaje upodobanie rekina do rosyjskich turystów.
"Na słonecznych plażach Egiptu groza. Rekiny ludojady rozszarpują turystów." Kolejna odsłona egipskiego horroru. Rekiny coraz odważniej sobie poczynają o czym nie omieszkał wspomnieć SE. Polacy, jednak rekina się nie boją! Wszakże to dzielny naród co im tam będzie jakaś ryba podskakiwać.
"Może rekin ludojad nie jest smakoszem Polaków..." Głosi podpis pod zdjęciem groźnej paszczy "morskiego potwora". No raczej! Przecież woli Rosjan! Wypasione, wypielęgnowane ciała rosyjskiej burżuazji bardziej mu odpowiadają niż liche ciałka "nas Polaków".
O wściekłych kotach zagryzających staruszki, watahach dzikich psów trzebiących stada owiec, owadach, gadach i ptakach już nie wspominam:-)



czwartek, 30 grudnia 2010

Wrrrrrrrrrrrrrrr

Wiertara drylowała moją głowę przez pół nocy. Decybelami swymi snu błękitną mgłę przeganiała... wiertara. Wrrrr, wrrrr, chrrr, chrrr, wiertła swe w mej głowie zatapiała. Inspiracje do mordu raczej niż do konstruktywnej pracy twórczej wyzwalała. Upierdliwa wiertara. Męki ukojenie, urwany nagle filmy, przecięta filmowa taśma.

środa, 29 grudnia 2010

Tarotowy niezbędnik

Książek Ci dostatek na każdy temat. Toczone mozolnie przez autorów tych książek monologi zmierzają zawsze do tego samego. Do eksploatacji raz i raz jeszcze w syzyfowym trudzie obranego przezeń tematu. Nie ma w tym nic złego. Dzięki temu z lubością możemy przedzierać się przez kolejne pozycje poświęcone toczącym nas niczym gangrena sprawom. Dajmy na to, że zachęceni bajdurzeniem telewizyjnego wróżbity, który z tak irytującą manierą zwraca się do nas per "prosze paNstwa" i w iście teleekspresowym skrócie arkana naszego życia wykłada sypiąc przyjemnymi ogólnikami, machając przy tym radośnie rękami jak głodny pajacyk, sięgamy po karty Tarota. Czy najpierw kupić karty, czy może zgłębić temat? Zgłębić temat! Powodów po temu jest kilka. Najważniejszy to ten, aby nie wydawać bezsensownie pieniędzy na chwilową miłostkę. No dobrze. Przedarliśmy się już przez strony internetowe ale mało nam, zainteresowanie pączkuje jak drożdżowe ciasto. Czas sięgnąć do jednej z wielu książek poświęconych Tarotowi. Na pierwszy ogień polecam Artura Edwarda Waita "Obrazkowy klucz do Tarota". Pozycja obowiązkowa, raczej fundamentalna bo jak sama nazwa wskazuje stanowi "klucz" do symboliki kart. Sam autor podchodzi do Tarota z pewnym dystansem nie szczędząc złośliwości innym "oświeconym" w tej tematyce. Stron też nie za dużo także rzecz nie męczy. Następna pozycja, moja ulubiona to książka Agnieszki Świrskiej "Zaproszenie do Tarota". Ujmująca podejściem do tematu Tarota i jego symboliki. Świrska w bardzo przystępny sposób zagłębia się w treść każdej z kart."Co dzisiaj mówi Tarot" Joann Watters, to kolorowa duperela. Dużo obrazków, garść frazesów, twarda okładka, duży format. Raczej jako ciekawostka, coś co pozwala spojrzeć na sprawę z punktu widzenia mieszkanki Stanów Zjednoczonych. "Tarot dla początkujących" jak sama nazwa wskazuje ma być niejako elementarzem tarota. Książka nie najgorsza, Marie-Jeanne Abadie podaje na końcu opisu każdej z kart słowa kluczowe jak w wyszukiwarce www co bywa przydatne."Tarot. Doktryna ezoteryczna a fenomen wróżebnej magii Tarota" jest próbą autora Piotra Gibaszewskiego wyjaśnienia fenomenu kart Tarota. Dotarcia do jego korzeni. Te książki stanowią niejako mojego zgłębiania wiedzy w temacie kart Tarota zapis. Każda własna droga, własne wnioski i sposoby poszerzania wiedzy w tej, a także w innych kwestiach jest pożądana i do niej właśnie zachęcam.

czwartek, 16 grudnia 2010

Na świątecznie

Szczęśliwego dnia każdego, nie tylko świątecznego, noworocznego czy też urodzinowego. Bo niby dlaczego mamy się ograniczać i wydzielać sobie tylko w wyznaczone dni szczęście? Każdy dzień powinien jaśnieć słońcem. Dzień uroczy to nie tylko taki co spędzony był ze znajomymi w zadymionej odurzonej procentami knajpie. Chwile spędzone na obcowaniu z książką niejednokrotnie przyprawiają nas o zawroty głowy... ze szczęścia nie z powodu procentów i dymu. Aby czytanie książek, oglądanie albumów i wertowanie wszelakich innych publikacji napełniało nas pozytywną energią. Aby każde przeczytane słowo popychało nas w kierunku realizacji zamierzonych planów. Żeby czytanie dawało nam coś więcej niż tylko błahą rozrywkę na chwilę nudy i dekadenckiego nastroju. Tego wszystkiego życzę Wam drodzy Czytelnicy, a także sobie.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

A Ty?

Szanujecie dzieci książki, czy nie? Widok tych zmiętych, pobazgranych, poplamionych dżemikiem książek nie napawa optymizmem. Powydzierane kartki, okładki oddzielone od reszty jakby wyprute zostały im wnętrzności, okropne! Niby przedmiot, ot zwykła książka. Czasem ciąży przez swoje gabaryty lub treść. A to rodzice na nią pieniądze dali, a to z biblioteki zabrana, czym tu się przejmować. Hulaj dusza! Hulaj po stronach brudnymi paluchami, hulaj długopisem podkreślaj do woli! Ale zaraz zaraz. Rodzice pracowali, żeby Ci to zapewnić, biblioteki też pieniędzy z kosmosu nie biorą(choć przydałoby się). Gdyby tak wykazać się odrobiną empatii, i dla rodziców, i dla kolejnych biblioteki użytkowników? Łatwo jest niszczyć, trudniej zastanowić się nad konsekwencjami. Szacunkiem do ludzi przede wszystkim ale także do przedmiotów wyraża człowiek to kim na prawdę jest. Ton umoralniający się zakradł niemiłosiernie. Tylko jak nie mówić o szacunku do książki, kiedy widzi się takie obdartusy, że krew zalewa bo jedna z drugą blond tipsiarą usmarowały ją tanią szminką z karpia i pocięły niechcący kartki tipsami(tymi samymi, od których wzięły swoją nazwę)?

piątek, 10 grudnia 2010

Dola (i rola) Czytelnika

Uczeni ludzie wsparci jeszcze bardziej uczonymi tekstami własnego lub kolegów(uczonych a jakże!) autorstwa upierają się by klasyfikować, szufladkować i opisywać... nas niczym owady. A to z perspektywy psychologicznej, a to z socjologicznej czy antropologicznej. Ile nauk tyle klasyfikacji i interdyscyplinarnych idei. Ilu uczonych tyle kombinacji tego wszystkiego co już powiedziano, opisano i zmierzono. To z jakich powodów Czytelnik sięga (lub nie sięga) po daną książkę badaczom nie umknęło, oj nie. Sam akt tego sięgania po książkę rozumianego jako jej czytanie i swoiste smakowanie nie umknął uwadze, nie zdołał schować się za fioletowa mgiełką niepoznanego. Pani Jadzia wiedziona swoją postawą poznawczą sięga po "Socjologie" Anthonego Giddensa. Zaspokaja w ten sposób potrzebę poznania z zakresu socjologi. Samokształcenia akt pełną gębą. Koleżanka "Szklanka" (ta co marudzi, że w kubku nie pija jeno w szklance) zadowolona zasiada ze swoją Agathą Christie w wygodnym fotelu. Reprezentuje postawę ludyczną, czyta dla rozrywki, naukowe bajania ją męczą, nomenklatura nie ta. By w "Iliady" języku, historii i samej idei rozsmakować się na całego Janeczek porzuca komiksy. Staje się Czytelnikiem dojrzałym a przy okazji reprezentuje postawę estetyczną, aby przebrnąć przez napotkaną barierę kulturową poczyta jeszcze inne około "Iliadowe" dzieła. Nasza droga do dojrzałości czytelniczej i sama dojrzałość wcale nie musi oznaczać porzucania komiksów czy ulubionych książek z nurtu brukowego. W dużej mierze to od książki zależy jaką postawę będziemy reprezentowali. Książka nas przyciąga, ważne by nami nie rządziła.

wtorek, 7 grudnia 2010

Za słuchawką

Przecież to nikogo nie dziwi, że młodzi i Ci mniej młodzi maszerują przed siebie ze słuchawkami wetkniętymi w uszy. Zaciekawienia częsty brak. A jakby tak zapytać czego słuchasz skarbie? Może akurat usłyszałbyś Czytelniku, że tak, że słucham właśnie audiobooka. Na rynku ich coraz więcej a i zwolenników takiej formy obcowania z literaturą przybywa. Zaciekawienia brak, że słuchawki wetknięte w ucho jest okej, zaciekawienia brak czego petent słucha już nie jest okej. Ta jasne, ciekawość pierwszym stopniem do piekła, a dobrymi chęciami jest ono wybrukowane. Marny ten bruk a ciekawość stopniem nie w piekielne czeluści a raczej w niebiańską rozkosz poznania.

niedziela, 5 grudnia 2010

Następny przystanek

"Następny przystanek: Pilotów."
Ścisk straszny, słychać tylko rozmowy rozliczne. "How you choose to express yourself". Ach szczęśliwi Ci posiadacze do uszu zatyczek i odtwarzaczy mp3! "Ty wiesz", białe kozaczki zwracają się nonszalancko do koleżanki w puchowej kurcie. "Ty wiesz, muszę Zemstę wypożyczyć, jest tam gdzieś blisko Ciebie biblioteka?".
"Pilotów"
Wsiada trzecia, słychać radosne, przeciągłe emo-cześć po czym następuje "cmok, cmok, cmok". "Ty stara, pamiętasz, że Zemstę trzeba przeczytać". "No kurde ledwośmy skończyli, te noo całe Dziady...". Głowami pokiwawszy, spojrzały w okno.
"Następny przestanek: Narzymskiego"
"Musze się zapisać do biblioteki i to wyporzyczyć." W słuchawce iPoda słychać "...it comes naturally, it comes naturally..." Trzy milczą czwarta w słuchawce uparcie śpiewa ale zagłuszać nie zagłusza.
"Narzymskiego"
"Trzeba tam z rodzicami przyjść." Patrzą po sobie zdziwione. "Nie no gdzie tam, po co." Że niby rodzice mieliby zgodę wyrazić na zapisane... Jej jeszcze się nie zgodą i Zemsta przepadnie. "...and it takes my breath away (every time)..."
"Następny przystanek: Brodowicza"
"Nie no starrrrra, moja babcia nigdy nie oddaje książek do biblioteki i jakoś żyje." Uśmiechają się przebiegle, hasło "avanti! idziemy na zakupy" nabrało dla nich zupełnie nowego wydźwięku. "...you are the thunder and I am the lightning..." Czwarta gra jak grała, co jej tam Polskie dziewoje, gimnazjalne celebrities.
"Brodowicza"
Dziwią się, i na dziwić się nie mogą. "Jak to tak, jak to?" ta, której babcia jest taka przebiegła dziwi się, że one się dziwią i tak trzy w samonapędzającym się kole podziwu dla babci jadą ku następnemu przystankowi.
"Następny przystanek: Rondo Mogilskie"
"...and it takes my breath away (every time)... what you do so naturally..."
"Rondo Mogilskie"
Cisza podziwu przełamana przez tą wysoce zainteresowaną wypożyczeniem Zemsty zburzyła ich iście filozoficzną zadumę nad istotą oddawania książek do biblioteki. "To ja się tam zapisze, chyba legitymacja mi wystarczy" No na pewno Ci wystarczy. "...when you're with me, baby..."
"Następny przystanek: Lubicz" Doktor Lubisz z Klanu się przystanku dorobił;-P
"Lubicz"
Czwarta zapętlona śpiewa w koło "...naturally, naturally, naturally...", trzy dywagują czy ta legitka to jest okej czy nie do końca okej. 
"Następny przystanek: Dworzec Główny, Central Railway Station"
"Wysiadamy tu?". "Nie no, gdzie tam jeszcze dwa przystanki, ścisk jest nie?". Chórem jej odpowiadają, że tak, że ścisk jak na obrazie Matejki Bitwa pod Grunwaldem.
"Dworzec Główny, Central Railway Station"
...
"Bagatela Theatre" Jak po wielkomiejsku.
I poszły do szkoły, te świnki trzy. Czy wypożyczą, przeczytają i oddadzą dowie się tylko bibliotekarz, który im dzieło Fredry do domu udostępni.

wtorek, 30 listopada 2010

A co to właściwie jest?

Tak się o niej mówi i pisze zupełnie bezrefleksyjnie, a czy ktoś się zastanawia czym owa książka jest? Niby sprawa prosta bo i co w tym ma być skomplikowanego. Plik zadrukowanych i oprawionych kartek. Jaka książka jest każdy widzi. Kolorowa okładka, czarno białe strony, kilka obrazków i tyle. Ryza papieru przekazująca jakieś mniej lub bardziej wzniosłe treści. Dziecko grafomana, naukowca, upadłego literata. Stoi to na półce i tylko się na to kurzy. Ten tylko się dowie co w nich siedzi kto czytał. Jedna z definicji mówi, że książka to wydawnictwo zwarte o objętości powyżej 48 stron. Zupełnie nie romantyczne. Definicja owa pozbawia zaszczytnego miana książki wszystko co ma mniej niż 48 stron. Ale kto z nas będzie teraz przeglądał poukładane na półce książki(!) i sprawdzał ile mają stron? Kto się będzie kłopotał pilnując się czy używa poprawnej nomenklatury? Raczej wątpię by komukolwiek chciało się to robić. Po co sprawiać sobie problem i dokładać pojęć? Lepiej jak leci nazywać wszystko książkami przecież te broszury nie pogniewają  się jak je tak nazwiemy. A może jednak pobiegną pobeczane do mamy?

sobota, 27 listopada 2010

Zamyślenia

Bywa i tak, że całymi dniami przesiadujemy zamyśleni dręczeni jakimś problemem. Ot głupota chciałoby się powiedzieć. Coś w nas jednak powoduje, że drążymy temat, chcemy odnaleźć odpowiedz. Z własnego doświadczenia wiem, że odpowiedz przychodzi często niespodziewanie, zupełnie z zaskoczenia. W opinii niektórych czytelników to nie my wybieramy książkę ale ona wybiera nas. Metafizyczny magnes powoduje przyciąganie tej a nie innej publikacji prosto w nasze ręce. To właśnie w takich książkach znajdujemy odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Przykładem ilustrującym tę prawdę jest chociażby nurtująca mnie przez kilka dni kwestia dlaczego ludzie z takim upodobaniem sięgają po horrory. Dlaczego roznamiętniają się i odczuwają przyjemność z oglądania coraz to nowej jatki. "Naga małpa przed telewizorem. Popkultura w świetle psychologii ewolucyjnej" książka autorstwa Tomasza Szledaka i Tomasza Kozłowskiego udzieliła mi odpowiedzi na to pytanie. Autorzy twierdzą, że popularność choćby motywu zemsty związana jest w bardzo dużym stopniu z pierwotnymi potrzebami człowieka. Nie czas i miejsce na wyjaśnianie tych zawiłych kwestii zachęcam jednak do lektury tej wyjątkowo ciekawej pozycji.

wtorek, 23 listopada 2010

Czytają

Ludzie książki czytają. Czynność tą popełniają w przeróżnych sytuacjach i okolicznościach natury. Miejsce nie jest ważne. Dla tych osób liczy się to co właśnie czytają. Wielu z nich podziwiam i czasem nawet im zazdroszczę. Podziwiam ludzi, którzy czytają idąc po wyjątkowo schodzonych miejskich chodnikach nie potykając się. Z jeszcze większym podziwem spoglądam na Czytelników rowerzystów godzących te dwie tak odległe od siebie czynności. Umiejętność budząca we mnie uczucie niepowetowanej straty, iż ja tak nie potrafię jest niewątpliwie czytanie w autobusie i tramwaju siedząc w stronę odwrotną do kierunku jazdy. Już sam widok powoduje zawroty głowy. Bardzo namacalne staje się w tedy hasło z plakatu przylepionego na szybę miejskiego autobusu "jadąc autobusem czytasz co chcesz, jadąc samochodem czytasz tylko bilbordy".

sobota, 20 listopada 2010

Notka techniczna...

... pierwsza, zapewne nie ostatnia. Pierwszy sezon "Galaktyki Pani Krysi" dobiegł końca wraz z publikacją dziesiątego odcinka oraz przejściem studenta na Ciemną Stronę Mocy. Możliwym i prawdopodobnym jest zmiana formuły mojego małego blogowego serialu. Postacie i kontekst pozostaną jednak te same. Myślę, że zasługują na to by zagościć a właściwie zamieszkać na blogu na stałe. 
Kolejnym wpisom poświęconym książce w jej szerokim kontekście będzie towarzyszyła ciągła praca nad polepszeniem stylu tekstów. 
Podróż do świata książki trwa. W tym świecie ważnym ogniwem swoistym spiritus movens jest człowiek. Właśnie na ten ludzi aspekt postaram się położyć nacisk w kolejnych pracach pisarskich jak i rysunkach.

czwartek, 18 listopada 2010

Galaktyka Pani Krysi, Sezon I, Odcinek X

Pani Krysia zajadała się zacnym kawałkiem tortu sachera przeglądając Encyklopedie Wiedzy O Książce powszechnie znaną jako EWOK. Nic w tym dziwnego, że bibliotekarka wertuje EWOK pamiętać jednak należy o innych rzeczach noszących tę nazwę. Przecież te małe, złośliwe misie z Endoru to także Ewoki! Przeglądać przeglądała ale o tej smutnej prawdzie nie zapomniała, gdyby nie te misie(ot głupota, pluszaki!) to Imperium Galaktyczne nie zaliczyłoby ogromnej porażki jakim było zniszczenie drugiej Gwiazdy Śmierci. "Ech, ech" wzdychała ciężko niby na wspomnienie tejże klęski. Poszukiwania poczynione przez studenta a mające na celu znalezienie książki o wyjątkowo zawiłym tytule spaliły na panewce. "Co robić, trzeba porzucić dumę i poprosić panią Krysię o pomoc" wzruszył ramionami i udał się do skrytej za wysoką ladą bibliotekarki. Ta zaczytana, pochłonięta swoimi echami, ochami i innymi tego typu werbalizmami nawet nie zwróciła uwagi na energicznie zmierzającego do niej chłopaka. Wychylił się stając na jednej nodze, drugą obutą w czerwony trampek uniósł, ręce oparł o czytelnianą ladę i zanurkował nosem wprost w EWOK pani Krysi. Jakież było wielkie jego zdziwienie na to co zobaczył!
"Ależ pani Krysiu! Przecież to nie przystoi, to oburzające!", wykrzykiwał. To nad kolejnym numerem "Play Bibliotekarza" tak wzdychała nasza bohaterka. Wyjątkowo pruderyjny okrzyk przykuł uwagę użytkowników czytelni zanurzonych dotychczas w infosferze (Hanka też tam była, znacie Hankę?). Rumieniec zaś na jego twarzy wraz z okrzykiem i zmieszaniem wywołał tylko uśmiech bibliotekarki. W lot pojął podstęp, wyczuł ogromnie zakłócenia Mocy. Miała go, od tej chwili był w jej władaniu. Właśnie wtedy kiedy zapomniał o swojej zasadzie by nie robić problemów(o sensacji jaką wywołał jego okrzyk nie wspominając) tam gdzie ich nie ma przekroczył tę cienką linię między Jasną a Ciemną Stroną Mocy. Kobieta wstała, uśmiech rozpromieniał jej twarz. Odmłodniała w mgnieniu oka o jakieś dwadzieścia lat. Zaszurała radośnie podhalańskim kapciem. Triumfowała. Ot głupota, małe zdjęcie z "niewinnej" gazetki okazało się wisienką na torciku wcześniejszych prób przeciągnięcia chłopaka na Ciemną Stronę Mocy...

niedziela, 14 listopada 2010

Ja i Warhol

Słyszysz Warhol, myślisz Marylin Monroe. Na hasło popkultura bez wahania odpowiadasz, że to chłam, masówka, że ten cały "Warhoł" nie był artystą tylko kicz-producentem. Przełom wieku XX i XXI to okres rozkwitu tejże pogardzanej, a jakże skrycie bądź bardziej otwarcie wychwalanej popkultury. Jako wielki fan Andy'ego Warhola nie mógłbym pominąć pozycji książkowych poświęconych tejże wybitnej osobie. Nie jest ich niestety tak strasznie dużo na polskim rynku, więc wpis ten poświęcę książce "Filozofia Warhola od A do B i z powrotem". Darze ją szczególnym sentymentem, gdyż była to pierwsza pozycja w mojej kolekcji "Warholianów". Napisana przez samego artystę, rozkoszna mała książeczka przesycona absurdalnym humorem jest niemal tak popkulturowa jak wszystkie jego sitodrukowe płótna. Pełna kłamstewek, kłamstw, mistyfikacji i autokreacji. Warhol uwielbiam robić sobie z ludzi mówiąc kolokwialnie "jaja" (ba! nadal to robi), ta książka jest tego świetnym przykładem. Tworzył sztukę sam sztuką będąc. "Filozofia..." dostarcza nam informacji o nawykach artysty, jego dziewczynie Taxi (zmyślonej oczywiście), która mogła nie myć się kilka dni. Jak każdy z nas ulegał wielu dziwactwom i maniom. O tym także jest ta książka. Jeśli ktoś w ogóle wie jaki był naprawdę Andy Warhol to nie dowiedział się tego z jego książki. Żadnego z wytworów umysłu artysty nie można przecież czytać dosłownie. Do czytania jednak zachęcam. Czytania obrazów, książek, wywiadów (tychże z dużym przymrożeniem oka).

czwartek, 11 listopada 2010

Galaktyka Pani Krysi Sezon I, Odcinek IX

Spokojna jego rozczochrana... była. Pani Krysia w zupełnie nie ambiwalentnie złym humorze wpadła do magazynu książek, gdzie student pieczołowicie czyścił (aj czyścił, aż się kurzyło) każdą pozycje z osobna i ten spokój zburzyła. Tumany kurzu wznieciła. Zadania, które miały złamać ducha i przeciągnąć go na Ciemną Stronę Mocy powodowały zupełnie odwrotny skutek- hartowały go jak hartuje się klingę samurajskiego miecza. Twarz pani Krysi niegdyś piękna teraz zdawała się być ruiną jej dawnego ja. Nie dość było gromów i błyskawic Mocy jakie mogłaby cisnąć w studenta z wystarczającą siłą by go pokonać. Zbliżał się punkt przełomu, oboje to czuli. Każdy gest, spojrzenie i wypowiedziane od niechcenia słowo miały istotne znaczenie. Tylko te dylematy dręczące ją, a objawiające się nerwowym szuraniem podhalańskim kapciem. Chciała powiedzieć "gdyby nie dręczące mnie...", właśnie dylematy. Słowo uwięzło jej w gardle powodując werbalną literówkę "dylemayty". Urwała, nie dokończywszy tego zdania. Chłopak w niepohamowanym wybuchu śmiechu upadł na linoleum wprost pod podhalańskie kapcie pani Krysi. Dojrzał w tedy bibliotekarkę w całym jej majestacie. Pozycja, z której teraz na nią spoglądał, typowa dla egipskiego niewolnika sprawiła, że poczuł respekt i szacunek. "Wstawaj wartko! Do roboty! Będzie się po podłodze walał zimnej i chory będzie potem, i co będzie!". Wstał, a ona wyszła, tak po protu, bez żadnego więcej słowa. Czyżby cisza przed prawdziwą nawałnicą?

sobota, 6 listopada 2010

Publikacje kultowe część III: "Dziecko Rosemary", Ira Levin

Pamiętam jakby to było wczoraj, kiedy dziecięciem (nie, nie ciemności) będąc po raz pierwszy zobaczyłem film Romana Polańskiego na podstawie książki Iry Levina. Długi był to film, przepojony specyficznym klimatem (ziele tojadu, upiorne książki i równie upiorni sąsiedzi). Kilka (może i więcej) lat później do moich rąk trafił książkowy pierwowzór filmu. Znak to naszych czasów niewątpliwie, że książki przemieniają się w filmowe adaptacje. Naturalna droga popularyzacji jednego i drugiego. Bywa tak, że film uwypukla pewne aspekty swojego papierowego pierwowzoru, trochę inaczej rozkłada akcenty itp. Moja osobista refleksja na temat "Dziecka..." jest jednoznaczna. Film i książka doskonale ze sobą współgrają. Oglądnąłeś film? Koniecznie przeczytaj książkę! I na odwrót. Świetna rzecz, klimatyczna jak mało, która książka. O ten klimat się przecież rozchodzi. Pomyśleć, że obyło się bez obscenicznego epatowania ohydom, obrazami gore rodem z rzeźniczych klasyków gatunku horroru. Ani pół flaka nie przelatuje przez stronice "Dziecka Rosemary"! Mamy za to przytłoczoną, brzemienną (w diabła) kobietę otoczoną przez niepokojąco opiekuńczych sąsiadów. Sama sceneria przyprawia o gęsią skórkę. Stara nowojorska kamienica, upiorny dom naszych czasów. Ciągle w nich coś stuka, coś puka i szura. Zakończenie, aż prosiło się o drugą część, która nie nastąpiła. I dobrze...

środa, 3 listopada 2010

Galaktyka Pani Krysi Sezon I, Odcinek VIII

Z wolna przesuwająca się po grzbiecie książki dłoń pani Krysi przykuła rozproszoną tego dnia uwagę studenta. Serdeczny palec prawej dłoni przyozdobiony był złotym pierścionkiem z czerwonym oczkiem. "Ot głupota, zwykłe szkiełko na tombakowym drucie" pomyślał. Przyglądał się nadal, jakby z niedowierzaniem. Fioletowa mgła wspomnień rozwiała się nieznacznie na krótką chwilę, która jednak wystarczyła by przypomniał sobie... Pierścionek jego matki, złoty z czerwonym oczkiem "ot głupota...", który zastawiła w lombardzie "żeby tylko ten jeden przedmiot" westchnął. Z tego fioletowego odrętwienia wyrwał go krzyk pani Krysi "do roboty! filozof chłopski się znalazł, patrzcie jak się zamyślił". Nie bez kozery stała przy regale z książkami przesuwając dłonią po grzbietach. Pokazywała mu ogrom tego co miał wyczyścić. "Najpierw delikatnie na mokro, potem na sucho, zrozumiano?". Głowa go rozbolała kiedy w końcu zrozumiał co tym razem kazała mu zrobić ta mroczna kobieta (wiedźma z Dathomiry). Ukłucie pod czaszką i jedna myśl "polopiryna, aspiryna wszystko jedno, na bezrybiu i rak ryba".

sobota, 30 października 2010

Zapiaszczone...

...właściwie to zakurzone. Otulone wiekową pierzyną zapomnienia, niedotykane, nieczytane. Ile jest takich książek w bibliotekach wszystkich typów nie wie nikt. Wszystkie one czekają aż ktoś je odkryje na nowo. Wydobędzie na światło dzienne tak jak niegdyś wydobywało się spróchniałe, pozbawione wnętrzności nie tylko egipskie mumie. One opatulone kilometrami bandaży, wyprawione w ostatnią podróż ku bogom przeróżnym. Żegnane przez ludzi wznoszących ręce do demiurga, wszystko jedno, którego, wszystko jedno Jedynego. Książki zaś pochowane za życia, leżące na półkach jak zwłoki w kostnicy, czekające na pochówek, który w ich wypadku jednoznaczny jest z przemianą w papier toaletowy. Czekają aż ktoś je wypożyczy, aż będzie je zaczytywał, aż się rozlecą. Żadna nie chce być rolką papieru toaletowego. Niektórzy bibliotekarze spędzający długie wieczory w bibliotece robiąc skontrum lub uzupełniając dokumentacje podobno słyszą jak jęczą, płaczą i błagają, aby ktoś po nie sięgnął. A oto i zadanie dla Ciebie Czytelniku. Zamiast zastanawiać się nad tym jak to fajnie byłoby odkryć coś niezwykłego niczym Indiana Jones, wybierz się do miejskiej biblioteki i znajdź coś nie zwykłego. Autor zapomniany, tytuł także, doskonale! Znalazłeś, przeczytaj, zapamiętaj i podziel się z innymi. Nowości jest w bród, zdążysz do nich sięgnąć. Do wielu skarbów jednak nigdy nie dotrzesz jeśli się nie pośpieszysz.

wtorek, 26 października 2010

Galaktyka Pani Krysi Sezon I, Odcinek VII

"To samo, codziennie to samo" pomyślał spełniając kolejną jakże wysmakowaną prośbę młodej emerytki o klasycznego kanadyjskiego harlequina. Wszystko to samo, ta sama Manitoba, ta sama farma, to samo poszukiwanie samej siebie. Romans tak sztampowy, że aż kalka, na której był powielany podarła się na strzępy. "Niewolnica Eskimosa" rozradowała młodą emerytkę, tego jeszcze nie czytała. Odetchnął z ulgą kiedy w końcu odeszła od bibliotecznej lady, przynajmniej pani Krysi nie było w pobliżu. Zrobiłby sobie chwilkę przerwy, może i on napije się kawy. Nie, niestety nie. Oto zakurzony przestwór biblioteki zaczyna kurczyć się niemiłosiernie. Pierwszy w kolejce stoi chłopaczek, ot poczciwina, entuzjasta kaktusów. "Co teraz sobie wymyślił? Kaktusaria, gwiazdokolczaki czy inne badylaria ech". Student wzdycha, wywraca oczami i czeka, czeka na słowa, tak oczywiste, że wołają o litość, o trochę zaskoczenia. Zonk! Wielki tak, że nawet Chajzer rozdziawił by gębę. "Dzieńdobry", powiedział zupełnie jakby było to jednym słowem. "Artemis Fowl jest?". Pomyślał chwilkę czy ktoś taki pracuje w bibliotece zanim zorientował się, że to tytuł książki, tak zaćmiło go to zaskoczenie, że nie kaktus, że nie leksykon badylariów. "Jest!" Studenta entuzjastyczny krzyk budzi zdziwienie w kolejce. Biegnie za regał, szelest tylko słychać, wraca z nosem ubrudzonym kurzem, wygląda jak kret, ale co tam. Uśmiechem poczciwina podziękował i odszedł zadowolony ze swoim "Artemisem Fowlem", który przez chwilkę stał się pracownikiem biblioteki. Kolejny zadowolony czytelnik, jeszcze tylko 100, a co tam! Da radę!

piątek, 22 października 2010

Miazga myślisz?

Miotasz się bezładnie, myśli zebrać nie możesz. Siedzisz, siedzisz i nic. Stylu arkana zgłębić starasz się usilnie lecz z każdego kąta krzyczą "mistrzowie", "mentorzy", "geniusze" - wszystkowiedzące mądre głowy. Że się powtarzasz, że przecinek nie tam, gdzie trzeba stawiasz, że ubogi zasób słownictwa twego deprecjonuje każdą spędzoną na pisaniu minutę. Gdyby tak zaproponować tym, którzy ponad zalety cenią wady, aby spojrzeli na problem od pozytywów strony? Pochwalić rzecz zrobioną dobrze. Wskazówkę na przyszłość, by lepiej tworzyć, by codziennie stawać się lepszym, mieć na pierwszym miejscu. Robisz źle? Okej, rób, ale świadomie. Wiedza na temat tego jak i dlaczego robi się coś tak, a nie inaczej pozwala twórcy na wiele. Autor piszący książkę, stwarzający na nowo świat, układając słowa w zdania często słowa nowe, które sam wymyślił, ma prawo zrobić wszystko w obrębie swojego dzieła. Zrobi Ci na paskudę, da prztyczka w nos tylko po to byś podniósł wrzawę. Manipulując faktami, dopierając takie, a nie inne słowa, mnożąc nie domówienia sprawi, że uwierzysz w bardzo różne rzeczy. Umiejętnie kierując treścią wywoła skandal. Dobry skandal nie jest zły, darmowa reklama. Przekonało się o tym już wielu autorów, bigotów i krzykaczy nie nauczyło to niczego. Nadal krzyczą, a książki idą jak świeże bułeczki z awiteksu. Krzyczcie dalej! Oni pisać będą jak pisali!

poniedziałek, 18 października 2010

Galaktyka pani Krysi, Sezon I, Odcinek VI

"Czy mogłabym prolongować "Królową Margot" Aleksandra Dumasa?". Wypowiedziane przez okularnice mimochodem, zupełnie od niechcenia zdanie sprawiło, że student się zawstydził i spiekł raka. Poczerwieniała także pani Krysia lecz ze złości. Szurnęła podhalańskim, aż jej się podeszwa podwinęła, otworzyła usta i nim wypowiedziała pierwsze słowa już w kąciku pojawiła się piana. "Miesiąc już trzyma! Jeszcze prolongować się jej zachciewa!" Dziewczyna najpierw pobladła tylko po to by za chwilę odzyskać zdrowy rumiany koloryt perfekcyjnej cery. Student pomyślał, że wypróbował już wszystkie żele, maseczki i pilingi a nadal robią się mu pryszcze. Na zgłębienie jej sekretu przyjdzie czas później, teraz musi ją ratować z rąk Imperatorki Krystyny. "Droga Pani" spokojnie zwraca się do bibliotekarki. "Już prolongowałem, przed sekundą". Okularnica uśmiechnęła się życzliwie puszczając do niego oko, znowu się zaczerwienił, podziękowała, dygnęła grzecznie Pani Krysi po czym wyszła. Podważanie autorytetu człowieka, który stanowi prawo nie jest najlepszym pomysłem szczególnie przed drugim śniadaniem. Poczuł jak na jego szyi zaciskają się niewidzialne palce, jak unosi się 10 cm nad linoleum. Pchnął Mocą z całej siły tak, że Krysia przeleciała na drugi koniec biblioteki, w miejsce gdzie nie wiadomo dla czego pewna kobieta zajada się sernikiem i kawusie popija. Lodowate spojrzenie Krysi było jak klimatyzacja. Wstała, otrzepała z bibliologicznego kurzu skotłaszoną kamizelkę po czym zniknęła za regałem z książkami. Student mógł dokończyć swoją trójkątną kanapkę.

czwartek, 14 października 2010

Biznesmenka

Robiąc kolejny zgrabny unik przed złymi informacjami, łapiąc się na zrzędzeniu, negatywnym myśleniu przypominam sobie kilka prawideł, które rządzą życiem człowieka sukcesu. W pamięci mam cytaty, parafrazy z przeczytanych książek- biznesmenek. Uświadomienie sobie, że bez planu i swoistej mapy drogowej do celu nie dotrzemy, może i jest oczywiste, ale czy Ty czytelniku już spisałeś plan swoich dążeń? Czy poznałeś już potęgę pozytywnego myślenia i przekonania w słuszność własnych czynów? Zasada "mówisz masz" działa nie tylko w reklamie telefonii komórkowej. Działa przede wszystkim w życiu. Myślisz jest szaro, pomyśl za Jandą Krystyną "jest cudownie szaro!". Nie koncentruj się na tym co Ci nie wyszło, spoglądaj w cudownie świetlaną przyszłość. Przyszłość, w której każde Twoje marzenie się spełnia. Idź przez życie z podniesioną głową, krokiem modelki omijaj rzucane przez zawistników kłody. To Ty jesteś zwycięzcą nie oni. Jesteś świetlistą istotą, zasługujesz na wszystko to co najlepsze, nie bój się po to sięgać. Pamiętaj jednak, że w około masz wiele przyjaciółek. książek biznesmenek, które pomogą Ci okiełznać wewnętrzny bałagan i wygonią z Ciebie "gnuśnika" co to tylko zrzędzi i jest na nie. Zrewiduj poglądy na swoje dochody, rozejrzyj się za dochodem pasywnym z Robertem T. Kiyosakim ("Bogaty Ojciec, Biedny Ojciec"). Poszukaj swojej klamki do sukcesu z Johnem Kalenchem ("MLM Marketing wielopoziomowy- dołącz do najlepszych"). Połykaj żaby z Brianem Tracym ( "Zjedz tę żabę")! Tytułów jest wiele, tak samo jak dróg do sukcesu ("Akademia Sukcesu" Iwona Majewska-Opiełka), najważniejsze byś na którąś się zdecydował! I śpiąc można spełniać swoje marzenia ("Bogać się kiedy śpisz" Ben Sweetland). Trzymam kciuki i życzę powodzenia!

niedziela, 10 października 2010

Galaktyka pani Krysi Sezon I, Odcinek V

Krysia podśpiewując pod nosem piosenkę Nancy Sinatry "These boots are made for walking" szurała w kierunku wypożyczalni książek swoimi podhalańskimi kapciami. Jej twarz promieniała ozdobiona wilczym uśmiechem. Cieszyła się na samo wyobrażenie tego co tam zobaczy. Student biegał od regału do regału wyszukując zamówione przez czytelników książki i jednocześnie je wydając i odbierając te już przeczytane. Uwijał się jak w ukropie, to był wyjątkowo pracowity poranek. Sam już nie wiedział czy ktoś na prawdę nuci piosenkę Nancy Sinatry czy to ze zmęczenia miesza mu się w głowie. Nadeszła upragniona przerwa śniadaniowa i w tedy zobaczył zadowoloną Krysię w tej jej ulubionej skotłaszonej kamizelce. Ich spojrzenia skrzyżowały się niczym miecze świetlne i niemal było widać błysk i sypiące się w około iskry co oczywiscie było niedopuszczalne z uwagi na książki i przepisy przeciwpożarowe. Rzuci jej wyzwanie. Wyjmuje z niebieskiej torby, która tyle z nim przeszła swoją perfekcyjną, trójkątną kanapkę z sałatą, pomidorem, ogórkiem i majonezem. Krysia wybałusza oczy, a on z niekłamana rozkoszą w oczach zatapia zęby w kanapce, odrywa kawałek i zaczyna ostentacyjne przeżuwać. "Co robi!" krzyczy bibliotekarka, "je" odpowiada student". Już miała pchnąć go Mocą na regał kiedy do biblioteki weszła ona. Spokojna okularnica, stała bywalczyni biblioteki i miłośniczka powieści spod znaku płaszcza i szpady. Krysia poczuła zakłócenia Mocy, dziewczyna emanowała silną energią, student też to czuł.

czwartek, 7 października 2010

Dawno, dawno temu w książce...

Fenomen Gwiezdnych Wojen jest niepodważalny. Dowodzą tego rzesze fanów skupiających się w licznych fanklubach na całym świecie. Gwiezdne Wojny stały się jedną z ikon popkultury. Oprócz filmów kinowych, serialu animowanego, licznych gadżetów mamy także książki i komiksy, które przybliżają nam filmowa odległą galaktykę. Cóż to za fan, który nie przeczytał choć jednej publikacji rozszerzającej uniwersum Star Wars. Powieści, albumy, komiksy to bezlik informacji, smaczków i typowej dla świata Gwiezdnych Wojen akcji. Opowiadają nie tylko o znanych z filmów postaciach jak Han Solo czy Luke Skywalker, ale przede wszystkim wprowadzają cały ogrom nowych fantastycznych postaci, wymienić dla przykładu można admirała Thrawna, Mare Jade czy Księcia Xizora. Sama saga George'a Lucasa stała się przepyszną kandyzowana wiśnią na słodkim, ogromnym torcie uniwersum Star Wars. Ta praprzyczyna będąca natchnieniem i wzorcem pozwoliła wielu twórcom na stworzenie historii tak ogromniej i tak niesamowitej, że niepodobieństwem byłoby wszystko sfilmować. Efekty specjalne dają duże pole do popisu, ale właśnie w książkach dostajemy to co często gubi się pośród fantastycznych błysków i eksplozji. Z książek dowiadujemy się o rozterkach i zmaganiach bohaterów ze samymi sobą. Każda powieść uzupełnia filmowy obraz znanych bohaterów, ukazuje ich interakcje, motywy działania, stawia ich przed coraz to nowymi wyzwaniami nie tylko wobec galaktyki, ale także wobec siebie nawzajem, a są one niemałe. Sobie i wszystkim fanom życzę, aby odległa galaktyka żyła i rozrastała się wiecznie, aby autorzy powieści nie poprzestawali i co książkę wspinali się na coraz to wyższy poziom gwiezdnowojennego wtajemniczenia. Niech Moc będzie z Wami!

niedziela, 3 października 2010

Galaktyka pani Krysi Sezon I, Odcinek IV

Ósma piętnaście na chronometrze pani Krysi zbliżała się nieubłaganie. Była wyczuwalna w powietrzu niemal tak jak nadchodząca zima. Studenta nadal nie było, spóźniał się. Nagle Krysia została wybita z rytmu szurania podhalańskimi kapciami. "Która godzina?" pyta rzeczowo Krysia. "8:15 pani Krysiu, przepraszam za spóźnienie". Już miał powiedzieć, że na rondzie Ojcowskim był straszny korek, kiedy Krysia powiedziała to czego się nie spodziewał, a co bibliotekarka obmyśliła w cichości po ostatniej zniewadze. "Udasz się do wypożyczalni książek, teraz tam będzie Twoje miejsce pracy". Nogi stały się jak z waty, a skwaszona mina studenta mówiła wszystko. Wysłanie do wypożyczalni było porównywalne do zesłania niemieckiego żołnierza na front wschodni. Bynajmniej nie można było tego porównać do podróży Luka Skywalkera do układu Dagobah, gdzie zgłębiał tajniki Mocy pod okiem mistrza Yody. Pani Krysia triumfowała. Tę bitwę wygrała. Jasne jest, że nadal będzie chciał wyrwać się spod jej podhalańskiego pantofla, ale teraz to on walczyć będzie z hordami czytelników. Tego kwadransa akademickiego student nie zapomni przez długi czas. Piętnaście minut, które przyczyniły się do spełnienia jego największego koszmaru. Minuty te spędzone w korku pośród śmierdzących potem dziadów dały pani Krysi pretekst do zemsty. Niema tego złego coby na dobre nie wyszło. Czas na wygnaniu wykorzysta do zgłębienia tajników Mocy.

sobota, 2 października 2010

Doktorze!

Białe ściany pokoju bez klamek oszałamiają i tak otumaniony prozakiem mózg bohatera. Gdzie jest? Jak się tam znalazł? Natłok pytań nie pozwala zebrać mu się w sobie, ciche odgłosy obcasów na korytarzu i nagle otwierają się drzwi. Do pomieszczenie wlewa się fala kującego w przemęczone oczy światła, tylko ciemny zarys człowieka mówi mu, że ktoś zaraz wejdzie, aby zaaplikować mu kolejną porcję leku. W dłoni uśmiechniętej pani doktor dostrzega skalpel, ociekający świeża krwią.  Mniej więcej o to w tym chodzi, może jest bardziej zawoalowane, ale jednak. Thriller medyczny. Szpital, klinika, tajne eksperymenty i lekarze psychopaci owładnięci rządzą mordu w imię nauki (lub własnej chorej przyjemności). Poruszanie tematów takich jak eutanazja czy eksperymenty medyczne na ludziach oraz oczywiście innych tematów zahaczających o etykę lekarską to chleb powszedni autora książek spod znaku skalpela i maski chirurgicznej. Zapotrzebowanie na tego typu pozycje było i będzie tak samo jak na inne pozycje pograniczne gatunkowi thrillera medycznego. Ludzie ochłoną obsceniczne obrazy ohydy i zniszczenia jak nadmorskie powietrze. napawają się wizualizacjami bestialsko mordowanych na milion sposobów ofiar. Deprawują swoją wyobraźnie, podstawiają pod kolejne ofiary szalonego doktorka swoich znienawidzonych znajomych. (Nie, nie skądże, ani przez chwilkę. Akurat! Bo jeszcze uwiężę, że tak nie jest.) Odczuwają przyjemność z tego jak dostają gęsiej skórki, czytając makabryczne opisy i trzymające w napięciu pełne suspensu przerywniki między jedną, a drugą siekanką. Zaspokoiwszy swoje wysublimowane zachcianki czytelnik sięga po kolejną książkę oczekując jeszcze większej dawki krwi, wnętrzności i też tak upragnionego trzymającego w napięciu suspensu. Często to właśnie krwawe kawałki zatopione są w suspensie jak rodzynki w cieście. Tak po prawdzie to o to chodzi. Nie trzeba sugestywnego opisu wyrywania zęba żeby Czytelnik mając iść do dentysty odczuwał paniczny lęk. Fanki botoksu i silikonu tu i ówdzie zaaplikowanego powinny sobie poczytać, może by im przeszła ochota na igraszki na operacyjnym stole.

środa, 29 września 2010

Galaktyka pani Krysi Sezon I, Odcinek III

Wzuwając podhalański kapeć na swoją filigranową stopę, Krysia poczuła jak jej ciało przeszywa prąd. Zobaczyła coś, czego nigdy nie powinna zobaczyć. "Historia Powszechna Polski" (UKD 94+943.8](075.3)) znajdowała się na regale przeznaczonym dla działu 3 – NAUKI SPOŁECZNE. PRAWO. ADMINISTRACJA. Gniew niesłychany wzmocnił jej i tak już nieugiętą wolę. Wyczuła w Mocy, że student, ten ślepy głupiec, jak o nim lubiła myśleć znajduje się za regałem działu 9 – ARCHEOLOGIA. PREHISTORIA. GEOGRAFIA. BIOGRAFIE. HISTORIA, udała się tam niezwłocznie. Tylko niezwykły refleks studenta uchronił go przed oberwaniem w głowę nadlatującą "Historia Powszechną Polski". "O co pani chodzi!" wykrzyczał do rozjuszonej bibliotekarki. "Postawiłeś książkę na złym regale!". Student uśmiechnął się szelmowsko pod nosem, podniósł książkę po czym rzekł "Pani Krysiu czas zmienić okulary i zacząć uważniej czytać tytuły książek". Podał jej do ręki książkę, którą uprzednio rzuciła w niego. "Historia Polityczna Polski" książka, którą kilka dni temu Krysia wyjątkowo zakwalifikowała do działu trzeciego z jej tylko wiadomych powodów. Gniewnym spojrzeniem obdarzony przez panią Krysię student wrócił do ręcznego katalogowania nowych książek. Pani Krysia dojrzewała do podjęcia decyzji mającej uprzykrzyć studentowi życie. Nieświadomy niczego chłopak katalogował dalej pilnując usilnie, aby każda strefa opisu książki, która tego wymaga, zakończona była znakiem kropki i kreski. "Czeka Cię zesłanie mój mały zielony przyjacielu", demoniczny uśmiech Krysi zamknął sprawę książki, odeszła obracając się na pięcie i "kropka kreska" pomyślała. Na razie...

niedziela, 26 września 2010

Oka kuszenie

Któż z nas nie poddał się choć raz przemożnej ochocie zakupienia książki, której oprawa przemawiała wprost  "kup mnie, kup mnie"? Kusicielka wabiąca potencjalnego nabywce kolorami, obrazami, przemyślnymi okuciami czy innymi elementami cieszącymi oko. Niby nie powinno się oceniać książki po okładce... ale na to niby właśnie należy postawić nacisk. Książka to produkt jak każdy inny, żeby się dobrze sprzedawała to poza przymiotami treści musi wyróżniać się ładną okładką (o reszcie szaty graficznej nie wspominam, to temat na inny wpis). Zupełnie jak w przypadku ilustracji książkowej i okładka w jakiś sposób musi korespondować z jej treścią. Przynajmniej powinna się starać. Wyjątkowy przepych książkowej okładki nie zawsze jest źródłem sukcesu. Okładka oszczędna w środkach artystycznego wyrazu też może być i jest piękna. Teraz zaprezentuje kilka okładek, które według mnie są bardzo dobre. Dlaczego tak uważam wyjaśnione będzie pod każdą z nich.
Biografia "Che" Guevary pióra Jeana Cormiera. Okładka bardzo oszczędna, wykorzystująca tylko dwie barwy. W oczy od razu rzucają się wielkie litery układające się w słowo "CHE"- przydomek słynnego rewolucjonisty. Przemawia do mnie prostota formy. Na duży plus składa się także to, że wydawca nie zdecydował się na kolejną okładkę biografii Guevary przyozdobioną jego kultowym zdjęciem autorstwa Alberto Kordy.
"Andy Warhol. Życie i śmierć" biografia mojego idola autorstwa Victora Bockrisa. Przyjemna kolorystka i świetnie wkomponowana fotografia Warhola, który wydaje się spoglądać na czytelnika. W sumie taki biograficzny standardzik, ale i tak wyszło niesztampowo. Szkoda tylko, że to obwoluta. Pod obwolutą znajdziemy coś jeszcze bardziej oszczędnego niż przy biografii Guevary, a mianowicie białe litery na szarym tle.
Mistrz Yoda dzierżący miecz świetlny oraz wielki mieniący się napis STAR WARS zdobią okładkę rzeczy wspaniałej, niestety na polskim rynku niedostępnej. "Star Wars: The Complete Visual Dictionary", kompendium wiedzy o 6 częściach Gwiezdnych Wojen. Niesamowite jest to, że na okładkę tej pokaźnej publikacji trafił właśnie Yoda, a nie jak można by się spodziewać Darth Vader lub jakiś gwiezdnowojenny miszmasz.

Tak robi się to dziś, dawniej nie byłe wcale gorzej. Jako ciekawostkę zamieszczam fotografię rokokowej oprawy z superekslibrisem Stanisława A. Poniatowskiego, Ridolfino Venuti, Giovanni Cristofano Amaduzzi Monumenta Mattheiana, Rzym 1776-1779. Piękna, prawda?
 A to z kolei oprawa modlitewnika z połowy XVIII wieku, należącego do biskupa Andrzeja S. Załuskiego.
Dla każdego coś miłego. Dzisiejsza książka może i nie jest tak kosztownie zdobiona jak kiedyś, ale spowodowane jest to ich ogólną dostępnością. Książka już nie jest luksusem bogatych i wykształconych. Do tematu opraw i zdobnictwa książki będę jeszcze zapewne wracał nie raz.

czwartek, 23 września 2010

Galaktyka pani Krysi Sezon I, Odcinek II

Dla pani Krysi było jasne, że "Wesele" nie może iść na półkę jako pierwsze ze sterty jeszcze nie posegregowanych książek. Tak samo jasne jak podział zbiorów na beletrystykę i nie beletrystykę, wpisywanych na karty biblioteczne odpowiednio czarnym i czerwonym długopisem. Jak podział na Jasną i Ciemną stronę Mocy. Popełniony przez studenta błąd nie został nie zauważonym. Bezszelestnie prześlizgując się pomiędzy regałami, Krysia sunęła w podhalańskich kapciach na przeciw studentowi. Byli na kursie kolizyjnym, mentalnie i fizycznie. "Tak nie wolno! Najpierw trzeba posegregować". Słowa te jakby niezauważone nie zrobiły na studencie wrażenia. "No nie! Trzymajcie mnie, i robi swoje!". Student ogląda się za siebie, rzecze tako "przecie obiekt ten definiowany jako książka znajdzie się na swoim miejscu, bez obaw". Zbyt wiele już tego było dla Krysi. Nie dość, że dnia poprzedniego ominął jedna rubrykę w karcie bibliotecznej to jeszcze zamiar zgubienia "Wesela" wyczuła. "Jak zgubi to będzie szukał", Krysia pomyślawszy to znikła za regałem. Pani Krysia raz zaatakowana zawsze kontratakuje. Student korzystając z tego iż bibliotekarka znikła w przepastnych czeluściach placówki, zaczął się po niej rozglądać, aby rozeznania nabrać. Mina jego zdziwiona mogłaby stać się reklamą najnowszego koreańskiego horroru, kiedy pomiędzy regałami dostrzegł dziwo wielkie. Oto kobieta w białej koszuli, przy stoliku pałaszuje sernik popijając kawę. W bibliotece? Krysia na to pozwoliła, niesłychane! Nie kontestując dłużej zjawiska niezrozumiałego, udał się na drugie śniadanie. Zje w bibliotece. Wyjmuje swoją idealna trójkątną kanapkę z sałatą, serem, szynką, majonezem i pomidorem. Pierwszy gryz i krztusić się zaczyna bo Krysia z diablikami w oczach krzyczy "gdzie z tą kanapką!". "Tam siedzi kobieta" odpowiada student, Krysia na to "co z tego", "a to z tego, że ona sernik zjada i kawusią popija!". Gdyby wzrok mógł zabijać już by nie żył...

poniedziałek, 20 września 2010

Upolowana

Bystre oko, refleks (bynajmniej nie szachisty korespondencyjnego, a raczej modliszki), determinacja, odrobina sprytu oraz wypchany portfel pomogą Ci osiągnąć cel. Wyruszasz na bezkrwawe polowanie. Szczególnie pożądana zwierzyna to książka trudno dostępna. Książka nie mająca innych wydań poza pierwszym, o ograniczonej ilości egzemplarzy. Okazy, najlepiej numerowane i opatrzone autografem autora, które w jakiś sposób wyróżniają się od innych (brakujące strony, odwrotnie wydrukowana czcionka, notatki poprzedniego znamienitego właściciela). Żadne Harry Pottery o milionowych nakładach nie wchodzą w rachubę (poza oczywiście tymi osobiście pobłogosławionymi przez autorkę i noszącymi znamiona wyjątkowości). Kilka dni temu głośno było o wystawionej na aukcje pozycji "Ptaki Ameryki", książki uważanej za najdroższą na świecie (na poprzedniej licytacji sprzedana została za 8,8mln dolarów, uhm, to bardzo dużo jak za książkę co?). Jesteś koneserem, chcesz zdobyć tego jedynego w swoim rodzaju białego kruka. Odwiedzasz antykwariaty, domy aukcyjne, witryny internetowe, kontaktujesz się z prywatnymi kolekcjonerami, a nuż mają podwójne egzemplarze. To oczywiście bardzo ogólny szkic tego co jako bibliofil zaczniesz w pewnym momencie robić. Ochota i apatyt na coraz to rzadsze i cenniejsze eksponaty do Twojej domowej biblioteki pojawia się w miarę rozbudowywania zbiorów oraz pogłębiania wiedzy w tym temacie. Upolowana cenna książka jest świetną lokatą kapitału. Może i nie jest specjalnie przyjemna w obsłudze i brzydko pachnie, ale napawa dumą sam fakt jej posiadania. Zapolować na książkę można też z zupełnie prozaicznego powodu. Albo interesuje Cię jej treść albo forma, a najlepiej to i to. Taka książka wcale nie musi być specjalnie stara ani cenna, sam fakt, że wydawca nie zdecydował się na kolejne wydania już sprawia, że taka pozycja jest trudno dostępna. Posiadanie tego czego nie mają inni poprawia humor. Może to i małe, ale bardzo ludzkie i nic w tym złego. W swoim domowym zbiorze mam taką szczególnie cenną dla mnie samego książkę. Mała rzecz i niespecjalnie stara, ale cieszy niezmiernie fakt jej posiadania. Książka wydana przez Zakład Narodowy im. Ossolińskich w 1960 roku, więc licząca sobie okrągłe 50 lat(dosłownie bo druk ukończono w sierpniu 1960r). Jak dotąd poprzestano na tym jedynym wydaniu liczącym 4 tysiące egzemplarzy. Pozycja z serii "Książki o Książce" autorstwa Elżbiety Skierkowskiej pod tytułem "Wyspiański artysta książki". Rzecz cudowna dla miłośnika książki i twórczości Wyspiańskiego w jednym. Pewne jest, że równać się nie może z "Ptakami Ameryki" Johna Jamesa Audubona ta skromna książeczka, ale wszystko przede mną, prawda?

piątek, 17 września 2010

Galaktyka pani Krysi Sezon I, Odcinek I

Pani Krysia to kobieta wszechstronna, nie podlega to dyskusji. Z resztą, dyskusja nie wchodzi w rachubę kiedy do gry wchodzi pani Krysia. Kobieta mała i zwinna o włosie przyprószonym siwizną(a może to siwizna jest przyprószona, jej dawnym kolorem włosów w księgach zapisanym jako "czarny"?). Sam Melvil Dewey ze swoją Uniwersalną Klasyfikacją Dziesiętną musiał polec na polu bitwy jakim dla naszej bohaterki stały się regały mieszczące cenne zasoby jej zacnej placówki bibliotecznej. Pani Krysia rządziła niepodzielnie przez wiele lat swoją biblioteką. Stała się ona dla niej tym czym Imperium Galaktyczne było dla Imperatora Palpatinea- bohatera Gwiezdnych Wojen. Dzień w którym zjawił się on, niepozorny student miał stać się dla niej punktem zwrotnym w skali porównywanym do zniszczenia Gwiazdy Śmierci. To w tedy Imperium zachwiało się w posadach, a pani Krysia w swoich miękkich podhalańskich kapciach. Świat już nigdy nie będzie taki sam. Nad jej głową zabłysła żarówka, zupełnie jak w tych japońskich kreskówkach z włoskim dubbingiem. Wyczuła wielkie zakłócenia Mocy, postanowiła działać i przeciągnąć oponenta na Ciemną Stronę. "Uczynię z niego swojego sługę" pomyślała, a w myślach hiperpoprawnie wypowiedziała "ę" twardo akcentując "g". Krysia musiała działać, wiedziała, że rząd dusz, a właściwie ksiąg(będących w jej szponach) może wyślizgnąć się niespostrzeżenie spod jej podhalańskiego pantofla. Księżniczka Leia rzekła z pogardą w stronę Moffa Tarkina "im silniej zaciśniesz szpony, tym więcej układów stracisz". Pani Krysia też oglądała ten film...

wtorek, 14 września 2010

Publikacje kultowe część II: "Carrie" Stephena Kinga

"Byli w jej rękach, w jej mocy. Moc! Cóż to było za słowo!" Oto szara myszka Carrie White. Wyszydzana przez rówieśników córka fanatyczki religijnej. Nastolatka stojąca w obliczu największego upokorzenia. Obdarzona darem telekinezy dziewczyna, wymierzająca okrutną karę swoim prześladowcą. Studium mrocznych zakamarków ludzkiej psychiki, pierwotnych demonów nakłaniających nas do znęcania się i pastwienia nad osobnikami słabszymi. Obraz zemsty totalnej. Samozagłady umęczonej jednostki, zabójstwa ludzkiego sumienia. "Carrie" Stephena Kinga, przenosi nas w bezwzględny świat młodzieży. Świat, w którym bycie odszczepieńcem niepasującym do ogółu przynosi szereg cierpień fizycznych i psychicznych. King ukazuje młodą dziewczynę, obdarzoną nadprzyrodzoną mocą, która dokonuje ostatecznej zemsty na wszystkich prześladowcach, począwszy od kolegów ze szkoły, kończąc na własnej matce. Z pozoru banalna historia jakich wiele. Kiedy przeczytałem "Carrie" po raz pierwszy byłem pod wielkim wrażeniem. Nie uległo to zmianie po kolejnych powrotach do tej książki, a sięgałem po nią wielokrotnie. Prosty schemat pozwalał domyślać się zakończenia. Kolejne upokorzenia powoli przepełniają kielich goryczy, który w końcu eksploduje. Nie, nie przelewa się, a eksploduje. Cały świat płonie pochłaniając w oczyszczającym ogniu każdego. Opowiadanie fabuły jest zupełnie bezcelowe i mogłoby popsuć Ci, drogi Czytelniku przyjemność czytania "Carrie". Przyjemność odkrywania mrocznych zakamarków psychiki każdego z bohaterów. Może skłoni Cię do refleksji nad własnym postępowaniem. Życie tak, aby nikt nigdy przez Ciebie nie płakał może i nie jest łatwe, ale czy nie warto spróbować. Zastanów się czy kolejna cierpka uwaga pod adresem adwersarza nie spowoduje nieoczekiwanego zwrotu akcji. Nietypowa lekcja empatii uzmysłowić powinna  tym szczególnie lubiącym pastwić się nad słabszymi, że wszystko ma swoje granice. Mało tego przekroczenie tych granic może spowodować, że cała agresja, którą niegdyś szczodrze obdarzyliśmy naszą ofiarę wróci do nas ze zdwojoną siłą. Czy aby na pewno nic nie usprawiedliwiało ludzkiego postępowania? "Carrie" to pozycja obowiązkowa dla każdego fana twórczości Stephena Kinga, ale im tego mówić nie muszę.

piątek, 10 września 2010

Lustrzana biotafla

Nadchodzi taka chwila w życiu, kiedy czas podsumować swoje dotychczasowe osiągnięcia. Czas życiowej buchalterii. Każdy pieprzny szczegół, tajemnice małżeńskiej alkowy, romanse z małymi kobietkami z klasą (lub bez) ubranymi w garsonki od Chanel, teraz wyjdą na światło dzienne. Przekręty, mafijne powiązania, artystyczne inspiracje i perwersyjne pragnienia znajdą ujście. Spisujesz swoje wspomnienia, sekrety w formie autobiografii. Jeśli jesteś wystarczająco sławny to ktoś zrobi to za Ciebie, niestety możesz nie mieć kontroli nad zawartymi w biografii małymi i większymi grzeszkami. Całkowicie stracisz kontrolę nad treścią książki, jeśli ktoś napisze biografię po Twoim zejściu z tego padołu łez. Może to i lepiej? Nie będziesz musiał się wstydzić swojego zamiłowania do damskich ciuchów czy bachicznych orgii. Oszczędzone Ci będzie dorabianie pozytywnego kontekstu do Twoich złych postępków. O popularności biografii i autobiografii decydują zawarte w nich fakty z życia sławnej osoby idola, a także sama jego osobowość. Ludzie chcą czytać jak ich oblubieniec borykał się z nałogami, toksycznymi znajomościami, jak udawało mu się omijać kolejne rzucane pod nogi przez życzliwych kłody. Od jednego kryzysu tożsamości do drugiego. Od poszukiwania siebie do odnalezienia i znowu zagubienia się w alkalicznych oparach absurdu. Kontrowersyjna postać odarta z kontrowersji okazuje się zwykłą zakompleksioną ćpunką, która nie wie co ze sobą zrobić. Tajemnicza aktorka z klasą to w rzeczywistości karierowiczka odwiedzająca co rusz to inne łóżka producentów filmowych i reżyserów. Sławny playboy impotentem, bożyszcze nastolatek gejem. Wyliczać w ten sposób można w nieskończoność. Człowiek jest istotą pełną sprzeczności, biografie doskonale te sprzeczności ukazują. Mistrz Yoda powiedziałby "o interakcjach ludzkich wiedzy źródłem cennym one są". Nie tylko o interakcjach, ale także o tym jak kształtują one ludzką osobowość, często doprowadzając ją w bezdenną, mroczną otchłań. Pamiętaj o tym pnąc się po szczeblach kariery. Nie samymi sukcesami usłane jest życie człowieka. To w jaki sposób wybrniesz z kłopotów powie potencjalnemu czytelnikowi Twojej biografii lub autobiografii jakim człowiekiem jesteś (byłeś). Świadczysz o sobie całym swoim życiem, szczególnie będąc na świeczniku.

wtorek, 7 września 2010

Sennie o senniku

Wstajesz rano, zmięty ni to wypoczęty, ni to zmęczony. Nie chcesz, aby oglądał Cię świat. Rozczochrane włosy przysłaniają Ci muskany promieniami porannego słońca świat. Stajesz przed lustrem z dziwnym wrażeniem, jakbyś oglądał film. Przywołujesz dopiero co stworzone podczas sennej egzystencji obrazy. Wizje i symbole przeplatają się jak nitki w pajęczej sieci podświadomości. Nagły błysk, swobodna myśl podpowiada Ci pomysł. Biegniesz do pokoju, szybko lustrujesz grzbiety książek. Jest! Widzisz go i postanawiasz rozwikłać zagadkę chińskiej torby wypchanej zimowymi, bawełnianymi czapkami i szalikami prosto z Hong Kongu. Przeglądasz karty Wielkiego Sennika. Pośród wielu haseł, często absurdalnych i niedorzecznych interpretacji odnajdujesz to czego szukałeś. Stopień zadowolenia wyznaczy ton przepowiedni. Jeśli będzie dobra i pomyślna podświadomie dążyć będziesz, by wola siły wyższej się wypełniła. Odrzucisz wróżbę, przestrogę jeśli będzie negatywnej treści. No chyba, że wyjątkowo zabobonny z Ciebie czytelnik, zaszyjesz się w domu w obawie, że pogryzie Cie wściekły lis. Sennik jest jak encyklopedia snu. Skarbnica wiedzy minionych pokoleń na temat symboli podsyłanych nam przez podświadomość. Ludzie lubią zaglądać w przyszłość, tłumaczyć symbole objawiające się w ich własnych marzeniach sennych, a senniki im w tym pomagają. Łatwo dostępne przedruki starych wydań senników staropolskich, egipskich, chaldejskich lub ich kompilacje są doskonałym kompendium wiedzy nie tylko na temat symbolicznego znaczenia snów, ale także folkloru i postrzegania świata przez przodków. Dlaczego nie korzystać z wiedzy przechowywanej w sennikach. Kiedy nad Twoje łóżko po raz kolejny nadleci piaskowa wróżka, aby obsypać Ci powieki magicznym proszkiem, zasypiając pamiętaj, że na półce stoi sennik. Spokojnie udaj się w świat niesamowitych imaginacji, zapamiętaj jak najwięcej, aby po przebudzeniu sprawdzić co podpowiada Ci podświadomość. Dobranoc, śpij dobrze.

czwartek, 2 września 2010

Upiory

Człowiek czasami budzi się w środku nocy, przepełniony irracjonalnym lękiem. Drzewa szumią poruszane nagłymi porywami wiatru, podłoga skrzypi, a cienie na ścianie przybierają najróżniejsze, demoniczne kształty. Strach ma wielkie oczy, szczególnie po zmroku. Szklanka wody jednemu wystarcza, inny zaś wstaje z łóżka i zasiada do pisania lub rysowania. Nie dowiemy się nigdy ile książek zrodziło się pod wpływem upiornych sennych wizji. Strach i chęć jego przezwyciężenia lub raczej cyklicznego przezwyciężania, każdej nocy dla wielu autorów książek jest kołem zamachowym ich twórczości. Mówi się, że najlepszym sposobem na uporanie się z prześladującymi nas wizjami, upiorami jest przelanie wszystkiego na papier. Spisanie wszystkiego i zamknięcie całej dręczącej nas bezsennością wizji w jednej opowieści. Miałoby to niejako na celu nabranie dystansu do całej historii. Bo czy jest lepszy sposób na uporanie się z dżinem od zamknięcia go w lampie? Upiory zapieczętowane w kolejnej kasowej powieści. Czytelnik zadowolony świetną publikacją zasiada do czytania, otwiera książkę i uwalnia dżina. Zaczytany, pochłonięty lekturą zaraża się odautorskimi upiorami, które będą mu towarzyszyć, aż do ukończenia lektury. Oczywiście jeśli książka jest naprawdę dobra to jeszcze kilka tygodni później będzie rozpamiętywał jej fabułę. Teraz to on będzie budził się zlany potem, a autor? Autor jest wolny, aż do kolejnej nocy, kiedy obudzi się spocony i przerażony. Wolny do momentu, aż  mroczne wizje nie każą mu zacząć pisać nowej książki. Jego podświadomość będzie mu uporczywie podsyłać makabryczne wizje, podsycane nocnym przebudzeniem, bijącym o szybę deszczem w księżycową noc. Uwolni się od koszmarów zaraz po tym jak postawi ostatnią kropkę, wieńczącą jego dzieło. Może zapali w tedy papierosa i wypije kieliszek szampana jak miał to w zwyczaju Paul Sheldon, bohater "Misery" Stephena Kinga? Kto czytał ten wie, że dla niego koszmar dopiero się zacznie, kiedy los zetknie go z fanką jego powieści. Zupełnie jak w życiu. To co dla mnie jest koszmarem dla Ciebie może być największą przyjemnością. Nawet takie straszydła książkowe jak duchy mniej lub bardziej dosadnie ujawniające swoją obecność, niepokojącym odbiciem w lustrze czy zwykłym skrobaniem o ścianę, są przedmiotem dwubiegunowych reakcji. Od panicznego lęku do perwersyjnej przyjemności. Podobno człowiek lubi się bać. Powieściopisarze z tego korzystają, czytelnicy także. Czerpanie różnorakich korzyści z własnego lęku jest prawdopodobnie najbardziej przewrotną rzeczą z jaką może spotkać się artysta. Nic nie daje takiej przyjemności i satysfakcji jak zadanie porządnego kopniaka lub prztyczka w nos swoim demonom. Złap nocne koszmary za kłaki, potrząśnij nimi, wyduś z nich cały ten lęk, a potem to opisz. Polecam każdemu, a nuż może jeszcze na tym zarobisz.

sobota, 28 sierpnia 2010

Guma, guma do żucia!

Przykleja się do butów, do spodni, a co bardziej niefrasobliwy (słodka niefrasobliwość rzecz irytująca) użytkownik miał nie raz posklejane nią włosy. Co ma guma do żucia do książki? Jacek Wojciechowski jako jeden ze sposobów zwalczania fonetyzacji (najogólniej rzecz ujmując mamrotania pod nosem tego co czytamy) proponuje właśnie żucie gumy. Nie walka z zaburzeniami czytania skłoniła mnie do sięgnięcia po gumę do żucia.  Może by tak porównać żucie gumy do czytania książki? Czytelnika do konsumenta gumy balonowej? Horror, thriller, powieść obyczajowa, jak miętowa, porzeczkowa, cytrynowa guma balonowa. Koneser książki, jak koneser gumy balonowej. Dwie bliskie człowiekowi czynności rzucie i czytanie. Czytanie ma zbawienny wpływ na nasz intelekt, ale żucie gumy też bo zmniejsza napięcie nerwowe. Z drugiej strony obie czynności mogą niektórym podnieść ciśnienie i zszargać nerwy, szczególnie świadkom bezczelnego mlaskania gumy na lekcji, czy też perfidnego czytania książki pod ławką. Nikt nie lubi być lekceważony, a zarówno książka jak i guma balonowa stały się uczniowskim symbolem walki z dyktaturą myśli i zwyczajna nudą. Czy to jednak nie za mało, aby postawić znak równości między czytaniem i żuciem gumy? Obie czynności sprawiają nam przyjemność. Wiadomą sprawą jest to, że człowiek niechętnie wykonuje czynności, które nie są przyjemne, unika ich. Tak samo książka jak i guma balonowa mają swoich przeciwników jak i zwolenników. Uogólniając, czytanie i rzucie są przyjemnymi czynnościami, pozwalają się odstresować, zatopić w świecie własnej lub opisanej przez autora fantazji, absorbują do tego stopnia, że możemy stracić kontakt z rzeczywistością (niestety nie na zawsze ech). Nie łatwo porównać te dwie czynności. Jak można coś tak skomplikowanego jak czytanie,  którego proces jest przedmiotem badań, stawiać na równi z czymś tak trywialnym jak żucie gumy?  Mnie o to nie pytaj, ja tu tylko piszę.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Raczkiem nieboraczkiem przestać być

Idzie rak nieborak, idzie tyłem czyli wspak... Do nieszczęsnego skorupiaka przyrównał się zapewne niejeden czytelnik mający ochotę obkupić się w nowości wydawnicze. Owe światowe i krajowe bestsellery, spoczywające na pólkach jak drogocenne skarby cenami często im dorównują. Cena potrafi skutecznie odstraszyć od książki. Żadnemu bywalcowi Empiku nie obcy jest widok młodszych i nieco starszych czytelników przesiadujących w kątach z różnymi książkami. W niewygodnych pozycjach zaczytują się korzystając z możliwości darmowej lektury. W moim przypadku proceder taki doprowadził już nie raz do efektu raka nieboraka. Jeśli już mam zamiar wydać pieniądze na książkę to chce, by była w idealnym stanie. Ogólna dostępność i swoiście popkulturowy obyczaj czytania książki w księgarni osobie, która poza przymiotami treści ceni sobie także wygląd książki, często odbiera ochotę do jej zakupu. Ratunkiem są centra taniej książki. Nie tylko przyciągają rozsądnymi cenami. Sprawiają, że nie czujemy się jak rak nieborak. Asortyment może i nie jest najnowszy, ale jest coś w każdym z nas, co sprawia, że lubimy poszperać, poszukać. Nie zapominajmy jednak o domach książki jakimi są biblioteki. Doskonałe miejsce dla każdego kto lubi poczytać, a nie odczuwa potrzeby gromadzenia własnego księgozbioru. Chciałem pominąć sprawę książek elektronicznych, niestety nie mogę tego zrobić. Nie dość, że są niedrogie, często darmowe to właściwie nie zajmują miejsca. Nie powodują u mnie efektu raka nieboraka, ale nie jestem ich fanem. Możliwe, że to przez przywiązanie do bardziej namacalnych przedmiotów. Niepodważalnym faktem jest myśl, że każdy z nas czytelników ma swoje sposoby jak pokonać wewnętrznego raka.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Czasu zżeraczka

Każde stuknięcie palca w klawiaturę, odgłos tykającego nakręcanego na starą modłę zegara, kolejna zmieniająca się w odtwarzaczu mp3 piosenka sprawia, że upływ czasu staje się bardziej namacalny. Może nie tak jak przybywające z roku na rok zmarszczki sprawiające, że twarz coraz bardziej upodobnia się do suszonej śliwki, ale jednak. Czas jest dobrem jak każde inne, warto z niego korzystać w przemyślany sposób. Podjęcie refleksji nad tym co robimy, tym samym na co poświęcamy czas nie każdemu przychodzi z łatwością. Warto jednak taką refleksję podjąć. I książka bierze czynny udział w skradaniu nam cennego czasu. Jednak czas poświęcony na lekturę dobrej literatury, książki, z której wyniesiemy coś więcej niż tylko zbiór miałkich frazesów, nie jest czasem straconym. Niestety nie każdy czytelnik potrafi odpowiednio wybrać (chwała mu, że w ogóle czyta!). "Wykształcenie dało ludziom umiejętność czytania, ale nie nauczyło ich umiejętności wyboru literatury. To właśnie jest źródłem sukcesu brukowej literatury" te słowa wypowiedziane niegdyś przez George'a Macaulaya Trevelyana, powodują, że zastanawiam się na kim spoczywa obowiązek nauczenia ludzi co czytać. Ilu ludzi na świecie, tyle powodów, dla których sięgają po książkę. Proces dojrzewania czytelniczego rządzi się swoimi prawami. Czy jednak można zgeneralizować wszystko do kilku faz i uznać, że sprawa jest zamknięta? Od rodzicielskiego czytania dziecku na dobranoc do samodzielnego wyboru literatury poprzez fascynacje baśnią, powieścią przygodową, obyczajową itp? Rodzic, nauczyciel, bibliotekarz kto zmusi nas byśmy nie "marnowali" czasu na to co sprawia nam przyjemność, na specyficzną używkę jaką może i pewnie jest książka. Nieustający karnawał XXI wieku, ogólna dostępność treści drukowanych w przeróżnych formach i odmianach sprawiły, że książki z "wysokich półek" niebezpiecznie zbliżyły się do poziomu bruku. Myślę, że najważniejsze jest być świadomym. Wiedzieć co czytamy i dlaczego akurat to czytamy, nawet jeśli jest to przysłowiowa "literatura brukowa". Trywialne zabijanie czasu to jednak nie najlepsza motywacja do czytania. Człowiek wymyślił niezliczoną ilość tych "zabijaczy czasu", możliwe, że zapomniał o takim małym kłopotliwym szczególe. Zabitego czasu już nie wskrzesi.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Samouzdrowienie złotej rączki

Problemy małżeńskie? Dzieci Cię nie słuchają, a pies woli być głaskany przez znienawidzoną sąsiadkę plotkarę? Kolejny świetny biznes nie wypalił bo wolałeś/aś spać zamiast wcześniej otworzyć podwoje sklepu? Masz pryszcze, haluksy albo ciągle boli Cię głowa? Może nie radzisz sobie z wystrojem domu lub pakowaniem prezentów w Twoim nowym przeznaczonym specjalnie do tego celu pokoju w Greenwich? Nie martw się! Zawijaj kiece i biegiem udaj się do najbliższej dobrze zaopatrzonej księgarni. Tam niczym w aptece znajdziesz lekarstwo w formie poradnika. Przed użyciem skonsultuj się jednak z księgarzem lub biblioterapeutą, gdyż każde niewłaściwe użycie poradnika może spowodować niepożądane skutki uboczne. Poradnik zaspokaja potrzeby trzech rodzajów ludzi. Pierwsi to Ci, którzy przeświadczeni o swojej życiowej mądrości, przepełnieni chęcią pomocy innym piszą poradniki spełniając swoją życiową misję. Po drugiej stronie poradnika stoi zwykle szary człowiek z kompleksami, który chłonie wszystkie wlane na papier mądrości. Jak wiemy papier wszystko przyjmie czego nie można powiedzieć o człowieku. Dobra rada zawsze w cenie. Dobrze przekazane przez poradnik treści "dydaktyczne" niejednemu pomogły.

Problem zaczyna się w tedy, kiedy całą odpowiedzialność za to co robimy zrzucamy na poradnik. Wielu ludzi już dawno temu wymieniło mózgi na poradniki. Ta skrajność, której nie sposób się wyzbyć wynika prawdopodobnie z przeświadczenia, że przeczytanie poradnika wszystko załatwi. Zupełnie z boku, patrząc jakby z ukosa z szelmowskim uśmiechem stoi trzeci użytkownik poradników. Dobiera on poradnik nie pod kątem problemu jaki go dręczy lecz zwraca uwagę na pozytywne przesłanie, zawarty w nim humor. Konfrontuje swoje poglądy z poglądami autora, nie przyjmuje ich bezkrytycznie. Poradnik nie jest zły. Nie ma złych książek, są tylko źli czytelnicy. Poradnik nie rozwiąże Twoich problemów jeśli Ty sam nie weźmiesz się z nimi za bary, nie wypchniesz ich za drzwi tak jakbyś wypychał drogi Czytelniku niechcianego akwizytora sprzedającego perskie dywany.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Wrednych kucharek 6

Znam jedną kobietę, której zupy przeszły już do legendy. Przepis (zapewne autorski) wygląda mniej więcej tak: 3 ziemniaki, marchewka, 5 litrów wody, kostka rosołowa, trochę śmietany. Wszystko zagotuj, zakuć śmietaną i gotowe, smacznego! Niesamowita wodziana, która w zależności od koloru i wykończenia przybiera nazwy od rosołu do pomidorowej poprzez krupnik. Kobieta, o której mowa zapewne nie miała nigdy w ręku książki kucharskiej. Skarbnice tysiąca i jednego przepisu, z których czerpią całymi garściami nasze babcie i mamy. Niczym księgi czarnoksięskie przechowywane są w domach od pokoleń. Cenne porady, przepisy do smaku doprawione są urokliwymi przedstawieniami idealnej potrawy. Niczym magiczne ingrediencje, mieszamy naszą zupę według przepisu zgodnie lub w przeciwnym kierunku do ruchu wskazówek zegara tak jak w księdze zapisano. Gotowanie to magia, atrybutem tej magii, książka kucharska. Sięgajmy po nie, wertujmy je, cieszmy się nimi. Księgarnie oferują nam książki kucharskie dotyczące kuchni mniej lub bardziej egzotycznych, ja zachęcam (pewnie jeszcze nie raz będę) poszperajcie w szafach, komodach, zapytajcie babcie o starą wysłużoną książkę kucharską. Jeśli uda wam się jakąś znaleźć to gratuluje. Czas stać się czarodziejem i z niej skorzystać! Przyodziać fartuch, uśmiechnąć się jak Martha Stewart, zgromadzić rzeczone magiczne ingrediencje i brać się do dzieła. Do dzieła wielkiego jak wielkie są książki kucharskie! Korzystajcie z nich chłopcy i dziewczęta, aby nigdy nie przydarzyło się wam jedzenie zupy pomidorowej z liśćmi buraka, abyście zadając pytanie co owe liście robią w pomidorowej nie usłyszeli, że to barszcz ukraiński!

sobota, 14 sierpnia 2010

Publikacje kultowe część I: VOGUE

Pierwsza cześć mojego cyklu poświęconego różnym publikacją, które zostały okrzyknięte mianem kultowych. Trudno odmówić tego miana magazynowi VOGUE. Biblia mody, która doczekała się edycji w wielu krajach na całym świecie. Mało który tytuł tak wrósł w kulturę masową. W jednym z seriali komediowych główna bohaterka nawet żartuje, że na pokazie mody pojawiła się ekipa Abisyńskiego Vogue'a. Bohaterka innego serialu pisze do Vogue'a artykuły. Madonna śpiewała swojego czasu "Vogue, Beauty's where you find it" i temu podobne historie. Piękna, w magazynie, którego stery twardo od lat trzyma "Editor in Chief" (jak głosi stopka redakcyjna, którą niełatwo odnaleźć w przepastnych czeluściach pisma) Anna Wintour wystarczy dla każdego. Sama redaktor naczelna to osoba legendarna, zrośnięta z magazynem tak, że słysząc Wintour myślimy Vogue i na odwrót. W Nowym Jorku nigdy nie byłem. Z opowieści jednak mogę wywnioskować, że Vogue jest jak NY. Przepastny (z okładki krzyczy napis "798 Pages of BRILLIANT FALL FASHION"), kolorowy, pełen reklam znanych domów mody jak Chanel czy Gucci, pachnący od próbek perfum, przepełniony tysiącem świetnych fotografii.  Vogue przyciąga, jest jak magnes. Kto nie chciałby trafić na okładkę tego magazynu, gdzie goszczą największe gwiazdy? O ilości takich osób świadczy portal Nasza Klasa. Nie trudno znaleźć tam siermiężne i przaśne fotomontaże, na których widnieją puste twarze wkomponowane w okładkę Vogue.  Polska nie doczekała się swojej edycji. Bo kto miałby stanąć na czele polskiego Vogue? Kto miałby trafić na co miesięczną okładkę? Czego reklamy miałby tam być?